sobota, 17 września 2016

Rozdział 5: Obrona Królestwa Crystalis cz.2



Gdy tylko rozległ się dźwięk alarmu Will dobył miecza, który cały czas trzymał przy sobie w skórzanej pochwie. Od samego początku nie tracił czujność, a teraz jego łowieckie zmysły jak zawsze go nie zawiodły.
Od stołu przy którym siedzieli natychmiast wstała Shelia i niczym dowódca oddziału zaczęła rozdawać wszystkim polecenia, co robić aby obronić rodzinę królewską i gdzie się udać. Przez głowę Willa przemknęła myśl, czy białowłosa dziewczyna aby na pewno jest tylko służącą. Ta myśl jednak zniknęła tak szybko jak się pojawiła, gdy tylko księżniczka wraz z Shelią, paroma magami i strażnikami udała się do schronu.
Do Willa podbiegła Dragonella wraz z Leonitrix, na której twarzy malowało się wyraźne przerażenie.
- Co... co teraz? - wyjąkała.
- Nigdzie nas nie zdążyli nawet przydzielić więc pewno mamy iść z innymi magami – swój wzrok odwrócił w kierunku smoczej dziewczyny – A ty uważaj na siebie, martwa mi się na nic nie przydasz. Nie ufaj nikomu.
- Tobie na pewno nie zamierzam – odparowała i wraz z Leonitrix wtopiła się w tłum magów i strażników którzy biegli korytarzem na zewnątrz.
Smoczy łowca głęboko westchnął i ruszył za Dragonellą, zastanawiając się czy jest tu po to aby walczyć przeciwko najeźdźcą Crystalis, czy też po to aby upilnować Smoczą Królową żeby nie zdążyła się zabić zanim doprowadzi go ona do Caireen (albo zanim on pewnego dnia z nią skończy za jej arogancję i upór).
Udało mu się odnaleźć swoje towarzyszki w tłumie, co w sumie nie należało do trudności, zważając na ich charakterystyczny wygląd, lecz nie podszedł do nich, wciąż starając się obserwować otoczenie. Ku jego uldze choć również i zdziwieniu, bliźniaczy bracia wypieli się na prowadzenie, najwyraźniej biorąc sobie obronę królestwa za priorytet.
Gdy wybiegli na zewnątrz z pałacu, wojsko zdążyło się już zmobilizować i podzielić na grupy. Jedne z nich odprowadzały pozostałych cywilów którzy nie opuścili miasta do schronów w pałacu, a drugie z bronią zajmowały swoje pozycje biegnąc ku szczytu gór które otaczały dolinę, gdzie leżało miasto. Większość magów również się tam udała.
Dragonella gdy tylko znalazła się poza terenem pałacu wzbiła się powietrze, na swych czarnych skrzydłach, które wydawały się podobnie jak ona wyczekiwać upragnionego lotu. Smocza dziewczyna poleciała ku szczytu góry, gdzie zatrzymała się w powietrzu. Wkrótce dołączyła do niej Leone która wcześniej wykrzykując zaklęcie, również wzbiła się ku niebu zdobionego błękitem i purpurą.
Wkrótce Willowi udało się wspiąć wraz z innymi po stromych schodach na szczyt z którego rozprzestrzeniał się niesamowity widok na ocean. Za jego horyzontem zachodziło słońce, swym blaskiem barwiąc niebo na odcienie pomarańczu, który mieszał się z wieczorną purpurą i szarością. Co jednak jeszcze bardziej zaimponowało Willowi były wyrastające z ziemi ciemnoróżowe i białe kryształy które tworzyły mur, prawie tak samo wysoki jak góra na której stanęli. U dołu muru rozprzestrzeniały się szerokie piaszczyste plaże na których Taravisowie umieścili swe oddziały. Ich ilość była przerażająco wielka, gdy wtem do uszu Willa dobiegła wiadomość strażnika który krzyczał, że królestwo zaatakowano również od strony wschodniej bramy. Chłopak wiedział, że ta walka nie będzie należała do łatwych, mimo wszystko podziwiał ogólny entuzjazm panujący wśród wojowników broniących Crystalis.
Najeźdźcy próbowali zwalić mury zbudowane z kryształu, w części gdzie znajdowała się zamknięta kamienna brama. Pod wpływem zadawanych ciosów ledwo się trzymała, a włócznie które cały czas szybowały w kierunku wroga nie zraziły Taravisów przed próbą jej całkowitego zniszczenia. Czas bramy był już policzony.
Na jednej z najwyższych skał stanął wojownik, który sądząc po swoim bogatym uzbrojeniu musiał być jednym z przywódców. Odwrócił się do żołnierzy i magów, aby wydać rozkaz.
- Kiedy brama nie wytrzyma i uda im się dostać – mówił wskazując na Taravisów – Spróbujemy ich zepchnąć z powrotem na plażę i tam rozegramy z nimi bitwę.
Wszyscy w napięciu czekali, wyczekując tego co miało nieuchronnie nastąpić. Will ten czas wykorzystał na skupienie się i przewidzenie ataków swoich przeciwników. Nigdy nie brał udziału w bitwie, więc jego serce zaczęło bić szybciej na myśl o nowym przeżyciu. Starał się również nie myśleć o czarnych scenariuszach, lecz one i tak kłębiły się w jego głowie. Był spokojny o Dragonellę, w której siłę nie wątpił gdy miała sprawne oby dwa skrzydła, lecz zaczął bać się o siebie. Czy uda mu się przeżyć tą walkę? Czy będzie mu dane jeszcze spotkać Caireen?
W duchu przeprosił ją za to, że będzie musiał odebrać ludzkie życia. Ci ludzie w końcu też mieli domy i rodziny na nie czekające. Caireen nie pochwaliła by jego udziału w walce, nienawidziła zabijania jakichkolwiek stworzeń i zawsze mimo uśmiechu który goił jego wszelkie rany w sercu, widział wstręt w jej oczach na widok smoczej krwi. Sam wtedy się siebie brzydził.
Z przemyśleń wybudził go entuzjastyczny okrzyk wydany przez wojowników Taravis, którym udało się zniszczyć grodzące im przejście wrota. W tym samym momencie rozkaz do ataku wydał ich przywódca. Jako pierwsi do obrony rzucili się żołnierze, dzierżąc w swoich silnych dłoniach długie miecze, przyozdabiane kryształami przy rękojeści. W drugiej odsłonie zaatakowali magowie, którzy z daleka ciskali różnymi czarami.
Dragonella wzbiła się w powietrze i powitała najeźdźców zionięciem ognia, które nie okazało się zbyt dla nich silne ze względu na ognioodporna pancerze. Lecz i tak ich osłabiło na tyle, że po niemal paru minutach walki wręcz z wojownikami Crystalis, padli pokonani na ziemię.
W ten sposób bitwa przeniosła się zgodnie z planem na plażę. Marne jednak to było pocieszenie ze względu na setki wojowników gotowych do walki, czekających na swoich przeciwników. Gdy tylko żołnierze Crystalis i część magów znalazła się wystarczająco blisko, rzucili się na nich z dzikim okrzykiem bojowym.
Will jako jeden z ostatnich dołączył do bitwy, analizując przedtem jaką magią posługują się Taravisowie i starając się dobrać do walki najskuteczniejsze ze swoich zaklęć. Problem polegał na tym, że przeciwnicy na pierwszy rzut oka nie posługiwali się żadną magią. Walczyli używając masywnych toporów lub długich, zręcznych włóczni.
- Aknotrivia! - wykrzyczał zaklęcie, a jego miecz spowił szczerniały blask, dzięki któremu Will poczuł jak jego siła znacznie wzrasta.
Uniósł swój miecz do góry i zaszarżował na najbliższego wojownika, pomagając przy tym jednemu ze strażników Crystalis który krwawił raniony w ramię. Przeciwnik padł po paru seriach ciosów, a Will ruszył wkrótce do dalszej walki.
W krótkim czasie wpadł w wir walki, używając zaklęć i posyłając rażące ciosy mieczem ku swoim przeciwnikom. Niewielu z nich używało magi, a jeśli już tacy się znaleźli używali jej aby umacniać swą obronę lub aby oślepić ofiarę zaklęciem wytwarzającym smugę światła, co według Will było niehonorowe.
Gdy ranił któregoś z rzędu przeciwnika, zatrzymał się głęboko oddychając ze zmęczenia. Postanowił zrobić sobie chwilę odpoczynku i wykorzystać ją aby zobaczyć jak radzą sobie inni magowie, a przede wszystkim Leonitrix i Dragonella. Ku jego uldze zobaczył jak smocza dziewczyna po odzyskaniu swej zdolności do latania radzi sobie w walce doskonale. Jej niemal całe ciało płonęło żywym ogniem, podobnie jak oczy które rozświetlał szmaragdowy blask. Posyłała z góry, niesiona na skrzydłach, ogniste zaklęcia ku Taravisów lub walczyła wręcz powalając ich paroma ciosami. Niektórzy z przeciwników na sam jej widok rzucali się do ucieczki, z powrotem ku statkom.
Reszta magów walczyła równie mężnie, przepełniona odwagą i pewnością siebie. Jedni z nich posługiwali się mało skomplikowaną magią, polegającej na rzucaniu ciosów siłowych, magia innych wprawiła Willa w zdumienie. Na przykład dziewczyna która wcześniej rozmawiała z Dragonellą, Ashira, posługiwała się magią lodu, tworząc pułapki z których wyrastały szpikulce i doszczętnie raniły przeciwników w odnóża. Inny mag posługiwał się podobnym typem magi co Will, różnica polegała jedynie na tym że chłopak zamiast ataków mieczem, posyłał z daleka ze swego łuku grad strzał, z czego każda przynosiła inne obrażenia.
Swoją uwagę zwrócił również na wojowników Crystalis, których szczerze podziwiał. Z zimną krwią walczyli ze swym najeźdźcami z dziką nienawiścią w oczach, że odważyli się zaatakować ich szlachetne królestwo. Widząc ich Will zrozumiał, że tak naprawdę nie potrzebowali oni magi w walce, bo nawet bez niej sposób w jaki walczyli pozostawał niesamowity i efektowny.
W ten sposób, po zaledwie godzinie udało im się odeprzeć atak wroga. Jedni z Taravisów uciekali płynąc statkami, innych ciała leżały poległe, zalane jeszcze ciepłą krwią. Również wśród sił Crystalis pojawiły się straty, na które wszyscy spoglądali żałobnym wzrokiem. Ich śmierć nie poszła na marne.
Wśród magów na szczęście nikt nie zginął, a najcięższą raną był raniony bok, który leczyli medycy po zakończeniu się bitwy. Mimo, że poniesiono tyle strat wśród wszystkich dało się wyczuć entuzjazm wygranej potyczki. Will jednak nie potrafił się cieszyć. Wciąż coś budziło w niego wątpliwości i pozostawał niepewien, spoglądając w odpływające statki.
Obok niego wylądowała Dragonella, której oczy już nie iskrzyły toksycznym blaskiem, a ciało na szczęście przestało płonąć. Widząc jego niepewną twarz zdziwiła się.
- Co się stało? - spytała – Póki co odeprzeliśmy atak.
Nie odpowiedział, wciąż spoglądają w oddalających się wrogów. Jego myśli krążyły wokół miejsca do którego mogli się udawać. Czy posiadali jakąś przystań gdzie stacjonowały ich wojska?Skoro mieszkali na wyspie, to dlaczego płynęli w kierunku lądu... czyżby...
Jego myśli przerwało nagłe wołanie strażnika, który zbiegał ze szczytu góry krzycząc na całe gardło.
- To zasadzka – wrzeszczał – Ci potężni magowie zaatakowali od innej strony!
Cały panujący jeszcze chwilę temu entuzjazm w jednej chwili wyparował, a w jego miejsce pojawiło się przerażenie. Wszyscy rzucili się do biegu, nawet ci lekko ranni, w kierunku miasta. Dragonella wyprzedziła ich lecąc górą, natomiast Leonitrix wybrała drogę ziemną. Will aby nie zgubić jej z oczu biegł niedaleko za nią. Widocznie jej aspekt sokoła i umiejętność latania posiadał spore ograniczenia, lub dziewczyna zużyła zbyt dużo mocy w walce która rozegrała się na plaży. Nie wróżyło to niczego dobrego, zwłaszcza że prawdopodobnie będą teraz potrzebowali znacznie więcej sił.
Gdy w końcu po kamiennych schodach dotarli na stromy szczyt wzgórza, widok tylko utwierdził przekonania Willa i w głębi duszy wzbudził w nim zgrozę. W mieście panował chaos i zamęt, a w wielu kątach ulic, które wydały mu się niezwykle piękne kiedy przechadzał się nimi parę godzin temu, leżały martwe ciała. Ku przerażeniu wszystkim w większości należące do zwyczajnych obywateli Crystalis lub wojowników.
Odwrócił wzrok w kierunku atakujących Taravisów i poczuł jeszcze większe zdziwienie. Spodziewał się zobaczyć podobną rzeszę ludzi przypominającą barbarzyńców, których spotkali na plaży. Zamiast tego ujrzał mężczyzn, zarówno przyodzianych w potężne zbroje lub szaty, którzy nieustraszenie przemierzali ulice, rzucając w stronę ludzi czary które ich raniły, lub od razu zabijały.
Will spojrzał na towarzyszących mu magów, którzy wydawali się przeprowadzać wewnątrz siebie walkę między decyzjami; czy iść dalej walczyć, czy poddać się i uciekać.
- Jestem wyczerpany – powiedział jeden z magów – Nie dam rady nawet odpierać czarów tamtych.
Połowa mu przytaknęła, głęboko dysząc. Pozostała część wyglądała na oburzoną.
- Obiecaliśmy, że im pomożemy, Li – odezwała się do maga dziewczyna, z wysoko upiętymi blond włosami – Jeśli nic nie zrobimy wielu z nich zginie.
- Sami możemy zginąć! - krzyknął ktoś z tłumu, niektórzy mu zawtórowali.
W grupie wybuchła kłótnia, która nie obchodziła Willa. Bardziej martwił się o zamiary Dragonelli, które z pewnością go nie zadowolą. Pół smoczyca rzeczywiście wyglądała na wściekłą słuchając tych którzy uważali, że powinni uciekać, póki jeszcze tamci magowie ich nie dopadli. W końcu dziewczyna nie wytrzymała.
- Marnujecie tylko czas – powiedziała oschle – Ci tchórze którzy chcą uciekać niech znikają mi z oczu, ci którzy chcą nadal walczyć... nie oszukujmy się mamy marne szanse. Dlatego musimy naszą obronę skierować w stronę pałacu. Jest tam rodzina królewska i ocaleli ludzie. Musimy też wesprzeć wojowników i pomóc rannym. Jako magowie jako jedyni mamy szansę, więc pośpieszmy się.
Ku zdziwieniu Willa wszyscy się jej usłuchali. Chłopak nawet nie sądził, że jego smocza towarzyszka potrafi być przywódcą, choć skoro potrafiła kierować krwiożercze smoki to grupa spanikowanych magów musiała być dla niej niczym nadzwyczajnym.
Magowie skierowali się w stronę pałacu, biegnąc ile mieli sił. Niektórzy wyciągali ze swoich małych toreb przypiętych do pasa mikstury zakorkowane w okrągłych buteleczkach, które wypijali. Will mógł się tylko spodziewać do czego służą, choć sądził że głównie regenerują magię i siłę. Słyszał kiedyś o nich, a skład z którego zostały stworzone na pewno nie spodobał by się Dragonelli...
Gdy dotarli do głównego placu znajdującego się przed pałacem, zastali już tam żołnierzy którzy wpadli na ten sam pomysł co Dragonella i w bojowym szyku umacniali obronę, wpuszczając do pałacu ostatnich cywili. Magowie nie ociągali się i ci którzy zdołali odzyskać nieco mocy wykorzystywali swą magię, aby utworzyć niewidzialną tarczę. Dragonella stworzyła wysoką na trzy metry, ognistą ścianę, której utrzymanie kosztowało ją wiele wysiłku, lecz spoglądając na jej twarz Will widział, że nie straciła ani trochę determinacji. Reszta magów przyjęła odpowiednie pozycje do magicznego ataku, kiedy w końcu dojdzie do bezpośredniej konfrontacji z Taravisami.
Ich wrogowie pewnym siebie krokiem zmierzali w ich kierunku, z niewzruszonymi twarzami, a tuż za nimi biegły hordy uzbrojonych wojowników z toporami i mieczami uniesionymi ku górze. Will na ten widok przełknął głośno ślinę, wyjmując swój miecz i rzucając na niego jedno ze swoich zaklęć. Niepewnie rozejrzał się wokół siebie i z niemiłą ulgą przyznał, że reszta magów jest równie niespokojna co on.
Magowie Taravisów w końcu dotarli do skraju placu, gdzie umieszczono barierę. Krzyknęli coś do siebie w swoim języku i cofnęli się do tyłu w kilkumetrowej od siebie odległości. Nagle wszyscy wykonali taki sami gest rękoma i z ich dłoni wystrzelił strumień białego dymu który połączył się w powietrzu w całość. Gdy czar dotknął bariery otoczył ją całkowicie, napierając na nią swoją siłą. Magowie którzy ją podtrzymywali ledwo trzymali się na nogach.
Will podbiegł do Dragonelli, która wciąż podtrzymywała swoją ognistą ścianę.
- Wiesz co to za zaklęcia? - spytał się jej, wskazując na biały dym. Pół smoczyca władała potężną magią, więc na pewno znała się w tej dziedzinie znacznie lepiej niż on.
Dragonella ku jego rozczarowaniu potrząsnęła przecząco głową. Widocznie magia Taravisów nawet dla niej pozostawała tajemnicą, choć istniała możliwość, że przez zmęczenie nie mogła sobie niczego przypomnieć. Zacisnęła mocniej zęby, z trudem mogą utrzymać barierę.
Will widząc jej trud pragnął jej pomóc, choć wiedział że nie miał jak. Poczuł nagle ucisk w żołądku kiedy przypomniał sobie o czymś innym. O swoim koniu, który został odprowadzony do stajni i na pewno nadal się w niej znajdował. Nie mógł go pozostawić, a perspektywa ucieczki pozostawała przed nimi nieunikniona.
Bez żadnych wyjaśnień rzucił się w stronę koszar, gdzie zaraz obok dało dostrzec się wyrastający zza rozgałęzionego drzewa budynek służący za stajnie. Gdy biegł nagle z obawą stwierdził, że sięga ona poza obszar objęty tarczą, lecz nie zniechęciło go to. Rzucił ponownie na swój miecz czar i zmusił się aby mimo wszystko dotrzeć do budynku.
Na szczęście nie zastał w stajni żadnego z Taravisów, choć zamiast nich w boksach niespokojnie wierzgały przestraszone dźwiękiem jakie towarzyszyły czarom, konie. Tylko jeden czarny ogier spokojnie stał przywiązany do drewnianego, wbitego w ziemię drążka u końcu podłużnej stajni, czekając na swego właściciela. Jego panem w końcu był smoczy łowca, musiał być wyszkolony i przyzwyczajony do magi i wysokich dźwięków.
Na jego widok Will poczuł wyraźną ulgę. Natychmiast do niego podbiegł po wyścielanej słomą podłodze, nie zważając na inne spłoszone konie. Gdy dobiegł do swego wierzchowca pogładził go po szyi i dotknął delikatnie jego nozdrzy. Jeździł na nim jeszcze długo zanim opuścił pałac i niemal się z nim wychował, dlatego wiedział że mimo tego, że koń wyglądał na spokojnego w środku był równie przestraszony co Will.
Chłopak uspokoił oddech i sięgnął po swoje siodło, które zdjęto aby odciążyć konia. Założył je na jego grzbiet i wsiadł na wierzchowca, wiedząc że nie może tracić więcej czasu. Popędzając swego konia wyjechał ze stajni, przyśpieszając do galopu. W siodle zawsze czuł się pewniej, wiedział że może ufać swojemu jedynemu przyjacielowi, dlatego nawet zdarzało mu się walczyć w jeździe.
Mknąc na swym koniu spojrzał z oddali na plac przed pałacem, aby ujrzeć jak przez zaklęcia Taravisów tarcza podtrzymywana przez magów, w jednej chwili została zniszczona. Przyśpieszył, starając się powstrzymać przygnębiające uczucie jakie zapanowało w jego sercu.
Przegrali. Mimo wszystkich starań Taravisowie ich pokonali. Pierwszy atak skierowali na plaże aby odwrócić ich uwagę, a główne siły skierowali wprost w same serce Crystalis, ku centrum miasta. Błędem magów oraz żołnierzy była dezorientacja i brak organizacji. Nie mieli na nią czas, a nawet jeśli udało by opracować im się jakikolwiek plan obrony, Crystalis od stuleci nie miało żadnych wrogów. Ich czujność została uśpiona i mimo, że ich wojownicy zostawali świetnie przeszkoleni, brakowało im doświadczenia w bitwie. Szansę i tak pozostawały by marne i nawet kilkunastu magów nie mogło nic zdziałać bez odpowiedniego planu. Will głęboko westchnął. Jedyne co mogli jeszcze zrobić to odnaleźć rodzinę królewską i uczynić co się dało.
Wbiegli wraz z żołnierzami do pałacu, którzy zatrzasnęli i zaryglowali za nimi bramę. Magowie zagłębili się w kryształowe korytarze, w których panował zamęt. Wszyscy wojownicy którzy mieli siłę wciąż próbowali bronić swoje królestwo biegnąc ku bramie, choć w ich oczach czaił się strach i przerażenie. Will przyśpieszył kroku rozglądając się za księżniczką. Pierwszą zauważyła ją Ashira.
- Księżniczko! - krzyknęła z oddali dziewczyna widząc Crystalię.
Wszyscy zbliżyli się do królewskiej córki, która w niemal parę godzin zdążyła stracić całą swoją radość jaką ich powitała. Na jej twarzy o delikatnych rysach pozostał jedynie ból i rozpacz, za pewnie powstały po wiadomości o stracie poddanych oraz, że jej miasto zostało niemal przejęte.
- Ah, dobrze was widzieć żywych – powiedziała, a jej twarz rozświetlił lekki uśmiech, mimo że całą twarz miała we łzach.
- Tak nam przykro, wasza wysokość – odparła niemal bezgłośnie Dragonella – Zawiedliśmy.
Crystalia dotknęła jej ramienia opiekuńczo.
- To było do przewidzenia – wytarła spływającą łzę – Ważne jest teraz aby udało wam się stąd uciec. Zabierzcie ze sobą Shelię, ona zna ukrytą, bezpieczną drogę.
- Pozwól mi walczyć, księżniczko – upierała się białowłosa – Wiesz, że nie mogę...
- Nie, Shelio – przerwała jej Crystalia, zaciskając pięści – To jest rozkaz, straciłam zbyt dużo drogich mi osób aby stracić i ciebie. Rób co musisz.
Do księżniczki podbiegł nagle jeden ze strażników mówiąc, że musi się ukryć do schronu. Dziewczyna przelotnie pożegnała się ze swoją wierną służącą, ściskając ją. Po chwili oddaliła się wraz ze swoimi królewskimi ochroniarzami, a jedyną rzeczą którą Shelia mogła dla niej zrobić było odprowadzenie jej wzrokiem.
Dziewczyna spojrzała na magów zimnym spojrzeniem, jak by to z ich winy nie mogła już towarzyszyć swojej pani.
- Za mną – powiedziała, odwracając się i zagłębiając się w jeden z kryształowych korytarzy.
Wszyscy posłusznie ruszyli za nią, z czego Dragonella szła na końcu pilnując tyłów. Jako pół smoczyca mogła zawsze potraktować wrogów ogniem, więc wydawało się że jej miejsce w szyku jest jak najbardziej rozsądne. Will, jako że prowadził konia i mógł ich opóźniać. towarzyszył jej w tej krótkiej wędrówce. Rozczarowanie jakie przez ten czas zdążył zobaczyć na jej twarzy sprawiło, że jego serce również zaczęło krwawić. Zawiodła.
- Ej, nie jest źle – odezwał się próbując ją pocieszyć – Przynajmniej żyjemy i jeszcze się nawzajem nie wykończyliśmy. A biorąc pod uwagę nas to niezły wyczyn.
W odpowiedzi uśmiechnęła się słabo, posyłając mu przelotne spojrzenie, po czym wróciła do swojego zadania. Wkrótce Shelia doprowadziła całą grupę do jednego z królewskich pokoi, w którym powywracano lub poniszczono wszystkie meble i tiulowe zasłony, zupełnie jak by przez pokój przebiegło stado dzikich zwierząt.
Dziewczyna podbiegła do jednej z płaskorzeźb i zdejmując ze szyi przezroczysty kryształ o nieregularnych kształtach, wetknęła go do ledwo zauważalnego otworu, przypominającego zamek na klucz. Po chwili ściana zadrżała i przed nimi rozsunęły się kryształowo-kamienne drzwi, za którymi rozprzestrzeniał się korytarz skąpany w mroku.
- Natychmiast wchodźcie do środka! - wydała rozkaz Shelia.
Nikomu nie było trzeba powtarzać drugi raz. Wszyscy magowie natychmiast zagłębili się w ciemny tunel, a gdy nadeszła kolej na Leonitrix nagle Will usłyszał za sobą zionięcie ogniem Dragonelli.
- Pośpieszcie się – krzyknęła smocza dziewczyna, powstrzymując intruzów przed wejściem do komnaty.
Will przekaz Leonitrix swego konia do prowadzenia (co wymagało z jego strony naprawdę wiele poświęcenia i zaufania) i sam pobiegł pomóc Dragonelli. W międzyczasie wypowiedział zaklęcie Aknotrivium, dzięki któremu stał się szybszy i w porę udało mu się dobiec do dziewczyny gdy rzucała ogniste zaklęcie. Wziął zamach mieczem który pod wpływem czaru znacznie się wydłużył, i przeciął nim powietrze dzięki czemu zamach jak wykonał lepiej rozprzestrzenił ogień Dragonelli na korytarzu. Przeciwnicy padli na kryształową, niemal szklaną posadzkę choć wiedział że na długo i tak ich nie powstrzymali.
Spojrzał w stronę Dragonelli, która zamiast mu podziękować za pomoc parsknęła, że poradziła by sobie sama. Will w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami i razem pobiegli do kamiennych wrót, które akurat się zamykały. Wpadli przez nie, zapadając się w grobowe ciemności w ostatniej chwili.
Dysząc ze zmęczenia, odnaleźli boki kamiennych ścian na których udało im się wesprzeć. Mrok przed nimi rozświetliła Shelia, trzymająca w swojej dłoni wisior z kryształkiem który rozświetlał ciemności w których się znaleźli.
- Nic wam nie jest? - spytała.
- Raczej nie – wykrztusiła Dragonella.
Willowi udało się odnaleźć po omacku swojego konia, który trącił go mokrym pyskiem. Ucieszył się mając swojego końskiego towarzysza u boku, przeżył z nim naprawdę wiele i nie wiedział co by się stało gdy by nagle go stracił. Wsparty o jego grzbiet ruszył wraz z innymi magami w głąb korytarzy.
- To przejście prowadzi przez górę z której wyrasta kryształ gdzie wyrzeźbiono pałac – tłumaczyła Shelia, kiedy szli – Zostało stworzone dla rodzinny królewskiej w razie ewakuacji.
- W takim razie dlaczego księżniczka nim nie uciekła? - spytał jeden z magów.
Dziewczyna głęboko westchnęła, a Will nie wątpił że na jej twarzy zapanował smutek.
- Crystalia jest niezwykle szlachetna po swoim ojcu. Nie zostawi swoich ludzi choć by waliło się całe Crystalis. Jedyny powód dla którego używam tego wyjścia to aby was stąd wyprowadzić z jej rozkazu. Wy nie powinniście umierać za obcą ojczyznę. Nikt nie powinien.
Po tych słowach zapanowała cisza. Wszystkim udzielił się żałobny nastrój i przygnębienie, że mimo starań nie udało się i uchronić królestwa przed zagładą. Pogrążeni w myślach pokonywali w całkowitych ciemnościach korytarz, przygnieceni poczuciem winy. Wszyscy bez wątpienia czuli się jak tchórze uciekający przed wojną, choć w głębi duszy każdy cieszył się, że uniknął zniewolenia. Will w pełni popierał Shelię, powinno się umierać za coś w co się wierzy lub za kogoś. On był gotów umrzeć za Caireen, bez której jego życie i tak istniało pozbawione barw. Przekonał się o tym niestety dopiero kiedy ją stracił.
W końcu u końca tunelu ujrzeli niknące światło dnia, które jak się po chwili okazało było wejściem do korytarzy, zarośniętym pnącymi się po skałach roślinami. Dzięki temu przynajmniej z daleka wylot tej jaskini pozostał niezauważalny.
Gdy przebili się przez porastającą przed nimi zieleń znaleźli się na plaży, na szczęście z tej strony nie było widać Taravisów, a zresztą nawet gdy by jacyś tu stacjonowali, pewno nikogo by nie zastali. Najeźdźcy byli teraz zajęci innymi zajęciami jak penetrowaniem podbitego królestwa.
Nagle prowadząca ich Shelia zatrzymała się w bezruchu z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Z niedowierzaniem kręciła głową, nerwowo rozglądając się wokół.
- O nie nie nie – mówiła, cała drżąc z przerażenia – Tu powinna gdzieś być łódź. Inaczej nie uda nam się uciec, Taravisowie zajęli wszystkie mosty łączące z lądem.
- Spokojnie – uśmiechnęła się Ashira, która jako jedyna nie przejęła się z zaistniałego problemu – Damy jakoś radę.
To mówiąc spokojnym krokiem podeszła do brzegu morza, wśród których unosiły się spokojnie falę. Słońce już dawno zniknęło za horyzontem, ustępując miejsca na niebie wznoszącemu się ku górze księżycowi i rozświetlającym mrok nocy gwiazdą.
Dziewczyna dotknęła dłońmi wodę, gdy ta po chwili w miejscu gdzie trzymała ręce znieruchomiała, uwalniając się od delikatnych fal. Nagle na powierzchni pojawił się kruchy szron a potem taflę wody pokrył lód, który zaczął się rozprzestrzeniać ku oddalonemu o parę mil lądowi.
Ashira szczęśliwa z udanego zaklęcia w podskoku wskoczyła na powierzchnię wody, która z każdym jej krokiem zamarzała. Czarnowłosa odwróciła się w stronę stojących na brzegu magów.
- Nie martwcie się – mówiła z uśmiechem i wyraźną dumą na twarzy – Nad wszystkim panuję, lód wytrzyma tak długo póki panuję nad czarem.
- A jak długo panujesz nad czarem? – spytała nieufnym tonem Leonitrix.
- Przez parę godzin.
- To ja polecę przodem – powiedziała Dragonella i wzbiła się w powietrze na swoich czarnych skrzydłach.
- Ja polecę z Dragonellą – odparła Leonitrix i korzystając ze swojego aspektu sokoła dołączyła do smoczej dziewczyny.
Reszta miała mniej szczęścia, ponieważ musiała zdać się na Ashirę, która tanecznym krokiem przejęła prowadzenie, wprost przez po części zamarznięte morze. Niestety nikt nie podzielał jej entuzjazmu, dlatego Will kiedy przekroczył granicę lodowej tafli postanowił zająć się czymś innym niż rozmyślanie nad tym, że zaraz wszyscy wpadną do wody w której się utopią. Nie za dobrze wychodziło mu pływanie.
Podszedł do Sheli, która obejmując się rękoma i drżąc z zimna, począwszy nawet nie zauważyła obecności Willa. Chłopak zdjął wełniany koc, jaki tkwił przyczepiony do siodła jego konia i podał go białowłosej.
- Masz – powiedział wręczając go dziewczynie – Inaczej zamarzniesz.
Shelia z lekkim uśmiechem przyjęła podarunek czarnowłosego i okryła nim zziębnięte ramiona. Szybko jednak spuściła wzrok, a jej twarz o łagodnych rysach zmarkotniała.
- I tak nic gorszego mi się już nie może przytrafić – głęboko westchnęła – Straciłam wszystko. Dom, rodzinę, przyjaciółkę. Co ja teraz zrobię? Świata poza Crystalis nigdy nie widziałam.
- Hej, głowa do góry – uśmiechnął się chłopak – Kiedyś odzyskasz swoją ojczyznę, widziałem waszych wojowników w walce. Wątpię aby tak po prostu pozwolili komuś przejąć Crystalis.
Dziewczyna na nowo posłała mu uśmiech, który rozświetlił jej alabastrową twarz. Lecz nagle jej twarz przybrała wyraz jak by białowłosa wpadła na pewien pomysł.
- Naucz mnie! - powiedziała z entuzjazmem – Twoja magia łączy się z walką z mieczem, a obywatele Crystalis potrafią świetnie władać tą bronią. Jeśli ty mnie nauczysz będę mogła wrócić i nauczyć ich tej magi dzięki której przepędzą Taravisów.
Willa zaskoczyła ta propozycja ze strony tak delikatnej dziewczyny na którą wyglądała Shelia. Nigdy też nawet nie próbował nikogo uczyć, oprócz swojej siostry jazdy konno. Jednak na koniu jeździł od najmłodszych lat a magią posługiwał się dość krótki czas i sam musiał się jeszcze wiele nauczyć.
Jego serce robiło się mimo wszystko nie ubłagalnie ociężałe kiedy myślał o tej dziewczynie, która straciła tak wiele jednej nocy a teraz nie miała się gdzie podziać. Zapragnął ją wziąć pod swoje skrzydła i nauczyć ją co potrafił, mimo że było tego naprawdę niewiele.
- Zrobię co w mojej mocy, Shelio – odezwał się po głębokim zastanowieniu – Abyś mogła wrócić i odzyskać dom.
Dziewczyna z radości rzuciła mu się na szyję, obejmując go drobnymi rękami. Radość z nowego celu i ulga która udzieliła się również Willowi. Chłopak ostatni raz czuł się tak gdy niósł pomoc Caireen, ona również wydała mu się wtedy tak delikatna i bezbronna. Wiedział, że nie mógł postąpić wtedy inaczej, tak samo wiedział to teraz przystępując na prośbę Sheli.
Gdy już wyswobodził się z uścisku wdzięcznej mu dziewczyny, głęboko westchnął zagłębiając się w swe rozmyślenia. Caireen będzie musiała na niego poczekać, a tym bardziej Dargonella z ich umową. Kolejna obietnica postawiona przed nim sprawiła, że jego serce spowił strach, lecz nie mógł się wycofać.
Nie mógł zawieść kolejnej osoby jaka na niego liczyła.