sobota, 17 września 2016

Rozdział 5: Obrona Królestwa Crystalis cz.2



Gdy tylko rozległ się dźwięk alarmu Will dobył miecza, który cały czas trzymał przy sobie w skórzanej pochwie. Od samego początku nie tracił czujność, a teraz jego łowieckie zmysły jak zawsze go nie zawiodły.
Od stołu przy którym siedzieli natychmiast wstała Shelia i niczym dowódca oddziału zaczęła rozdawać wszystkim polecenia, co robić aby obronić rodzinę królewską i gdzie się udać. Przez głowę Willa przemknęła myśl, czy białowłosa dziewczyna aby na pewno jest tylko służącą. Ta myśl jednak zniknęła tak szybko jak się pojawiła, gdy tylko księżniczka wraz z Shelią, paroma magami i strażnikami udała się do schronu.
Do Willa podbiegła Dragonella wraz z Leonitrix, na której twarzy malowało się wyraźne przerażenie.
- Co... co teraz? - wyjąkała.
- Nigdzie nas nie zdążyli nawet przydzielić więc pewno mamy iść z innymi magami – swój wzrok odwrócił w kierunku smoczej dziewczyny – A ty uważaj na siebie, martwa mi się na nic nie przydasz. Nie ufaj nikomu.
- Tobie na pewno nie zamierzam – odparowała i wraz z Leonitrix wtopiła się w tłum magów i strażników którzy biegli korytarzem na zewnątrz.
Smoczy łowca głęboko westchnął i ruszył za Dragonellą, zastanawiając się czy jest tu po to aby walczyć przeciwko najeźdźcą Crystalis, czy też po to aby upilnować Smoczą Królową żeby nie zdążyła się zabić zanim doprowadzi go ona do Caireen (albo zanim on pewnego dnia z nią skończy za jej arogancję i upór).
Udało mu się odnaleźć swoje towarzyszki w tłumie, co w sumie nie należało do trudności, zważając na ich charakterystyczny wygląd, lecz nie podszedł do nich, wciąż starając się obserwować otoczenie. Ku jego uldze choć również i zdziwieniu, bliźniaczy bracia wypieli się na prowadzenie, najwyraźniej biorąc sobie obronę królestwa za priorytet.
Gdy wybiegli na zewnątrz z pałacu, wojsko zdążyło się już zmobilizować i podzielić na grupy. Jedne z nich odprowadzały pozostałych cywilów którzy nie opuścili miasta do schronów w pałacu, a drugie z bronią zajmowały swoje pozycje biegnąc ku szczytu gór które otaczały dolinę, gdzie leżało miasto. Większość magów również się tam udała.
Dragonella gdy tylko znalazła się poza terenem pałacu wzbiła się powietrze, na swych czarnych skrzydłach, które wydawały się podobnie jak ona wyczekiwać upragnionego lotu. Smocza dziewczyna poleciała ku szczytu góry, gdzie zatrzymała się w powietrzu. Wkrótce dołączyła do niej Leone która wcześniej wykrzykując zaklęcie, również wzbiła się ku niebu zdobionego błękitem i purpurą.
Wkrótce Willowi udało się wspiąć wraz z innymi po stromych schodach na szczyt z którego rozprzestrzeniał się niesamowity widok na ocean. Za jego horyzontem zachodziło słońce, swym blaskiem barwiąc niebo na odcienie pomarańczu, który mieszał się z wieczorną purpurą i szarością. Co jednak jeszcze bardziej zaimponowało Willowi były wyrastające z ziemi ciemnoróżowe i białe kryształy które tworzyły mur, prawie tak samo wysoki jak góra na której stanęli. U dołu muru rozprzestrzeniały się szerokie piaszczyste plaże na których Taravisowie umieścili swe oddziały. Ich ilość była przerażająco wielka, gdy wtem do uszu Willa dobiegła wiadomość strażnika który krzyczał, że królestwo zaatakowano również od strony wschodniej bramy. Chłopak wiedział, że ta walka nie będzie należała do łatwych, mimo wszystko podziwiał ogólny entuzjazm panujący wśród wojowników broniących Crystalis.
Najeźdźcy próbowali zwalić mury zbudowane z kryształu, w części gdzie znajdowała się zamknięta kamienna brama. Pod wpływem zadawanych ciosów ledwo się trzymała, a włócznie które cały czas szybowały w kierunku wroga nie zraziły Taravisów przed próbą jej całkowitego zniszczenia. Czas bramy był już policzony.
Na jednej z najwyższych skał stanął wojownik, który sądząc po swoim bogatym uzbrojeniu musiał być jednym z przywódców. Odwrócił się do żołnierzy i magów, aby wydać rozkaz.
- Kiedy brama nie wytrzyma i uda im się dostać – mówił wskazując na Taravisów – Spróbujemy ich zepchnąć z powrotem na plażę i tam rozegramy z nimi bitwę.
Wszyscy w napięciu czekali, wyczekując tego co miało nieuchronnie nastąpić. Will ten czas wykorzystał na skupienie się i przewidzenie ataków swoich przeciwników. Nigdy nie brał udziału w bitwie, więc jego serce zaczęło bić szybciej na myśl o nowym przeżyciu. Starał się również nie myśleć o czarnych scenariuszach, lecz one i tak kłębiły się w jego głowie. Był spokojny o Dragonellę, w której siłę nie wątpił gdy miała sprawne oby dwa skrzydła, lecz zaczął bać się o siebie. Czy uda mu się przeżyć tą walkę? Czy będzie mu dane jeszcze spotkać Caireen?
W duchu przeprosił ją za to, że będzie musiał odebrać ludzkie życia. Ci ludzie w końcu też mieli domy i rodziny na nie czekające. Caireen nie pochwaliła by jego udziału w walce, nienawidziła zabijania jakichkolwiek stworzeń i zawsze mimo uśmiechu który goił jego wszelkie rany w sercu, widział wstręt w jej oczach na widok smoczej krwi. Sam wtedy się siebie brzydził.
Z przemyśleń wybudził go entuzjastyczny okrzyk wydany przez wojowników Taravis, którym udało się zniszczyć grodzące im przejście wrota. W tym samym momencie rozkaz do ataku wydał ich przywódca. Jako pierwsi do obrony rzucili się żołnierze, dzierżąc w swoich silnych dłoniach długie miecze, przyozdabiane kryształami przy rękojeści. W drugiej odsłonie zaatakowali magowie, którzy z daleka ciskali różnymi czarami.
Dragonella wzbiła się w powietrze i powitała najeźdźców zionięciem ognia, które nie okazało się zbyt dla nich silne ze względu na ognioodporna pancerze. Lecz i tak ich osłabiło na tyle, że po niemal paru minutach walki wręcz z wojownikami Crystalis, padli pokonani na ziemię.
W ten sposób bitwa przeniosła się zgodnie z planem na plażę. Marne jednak to było pocieszenie ze względu na setki wojowników gotowych do walki, czekających na swoich przeciwników. Gdy tylko żołnierze Crystalis i część magów znalazła się wystarczająco blisko, rzucili się na nich z dzikim okrzykiem bojowym.
Will jako jeden z ostatnich dołączył do bitwy, analizując przedtem jaką magią posługują się Taravisowie i starając się dobrać do walki najskuteczniejsze ze swoich zaklęć. Problem polegał na tym, że przeciwnicy na pierwszy rzut oka nie posługiwali się żadną magią. Walczyli używając masywnych toporów lub długich, zręcznych włóczni.
- Aknotrivia! - wykrzyczał zaklęcie, a jego miecz spowił szczerniały blask, dzięki któremu Will poczuł jak jego siła znacznie wzrasta.
Uniósł swój miecz do góry i zaszarżował na najbliższego wojownika, pomagając przy tym jednemu ze strażników Crystalis który krwawił raniony w ramię. Przeciwnik padł po paru seriach ciosów, a Will ruszył wkrótce do dalszej walki.
W krótkim czasie wpadł w wir walki, używając zaklęć i posyłając rażące ciosy mieczem ku swoim przeciwnikom. Niewielu z nich używało magi, a jeśli już tacy się znaleźli używali jej aby umacniać swą obronę lub aby oślepić ofiarę zaklęciem wytwarzającym smugę światła, co według Will było niehonorowe.
Gdy ranił któregoś z rzędu przeciwnika, zatrzymał się głęboko oddychając ze zmęczenia. Postanowił zrobić sobie chwilę odpoczynku i wykorzystać ją aby zobaczyć jak radzą sobie inni magowie, a przede wszystkim Leonitrix i Dragonella. Ku jego uldze zobaczył jak smocza dziewczyna po odzyskaniu swej zdolności do latania radzi sobie w walce doskonale. Jej niemal całe ciało płonęło żywym ogniem, podobnie jak oczy które rozświetlał szmaragdowy blask. Posyłała z góry, niesiona na skrzydłach, ogniste zaklęcia ku Taravisów lub walczyła wręcz powalając ich paroma ciosami. Niektórzy z przeciwników na sam jej widok rzucali się do ucieczki, z powrotem ku statkom.
Reszta magów walczyła równie mężnie, przepełniona odwagą i pewnością siebie. Jedni z nich posługiwali się mało skomplikowaną magią, polegającej na rzucaniu ciosów siłowych, magia innych wprawiła Willa w zdumienie. Na przykład dziewczyna która wcześniej rozmawiała z Dragonellą, Ashira, posługiwała się magią lodu, tworząc pułapki z których wyrastały szpikulce i doszczętnie raniły przeciwników w odnóża. Inny mag posługiwał się podobnym typem magi co Will, różnica polegała jedynie na tym że chłopak zamiast ataków mieczem, posyłał z daleka ze swego łuku grad strzał, z czego każda przynosiła inne obrażenia.
Swoją uwagę zwrócił również na wojowników Crystalis, których szczerze podziwiał. Z zimną krwią walczyli ze swym najeźdźcami z dziką nienawiścią w oczach, że odważyli się zaatakować ich szlachetne królestwo. Widząc ich Will zrozumiał, że tak naprawdę nie potrzebowali oni magi w walce, bo nawet bez niej sposób w jaki walczyli pozostawał niesamowity i efektowny.
W ten sposób, po zaledwie godzinie udało im się odeprzeć atak wroga. Jedni z Taravisów uciekali płynąc statkami, innych ciała leżały poległe, zalane jeszcze ciepłą krwią. Również wśród sił Crystalis pojawiły się straty, na które wszyscy spoglądali żałobnym wzrokiem. Ich śmierć nie poszła na marne.
Wśród magów na szczęście nikt nie zginął, a najcięższą raną był raniony bok, który leczyli medycy po zakończeniu się bitwy. Mimo, że poniesiono tyle strat wśród wszystkich dało się wyczuć entuzjazm wygranej potyczki. Will jednak nie potrafił się cieszyć. Wciąż coś budziło w niego wątpliwości i pozostawał niepewien, spoglądając w odpływające statki.
Obok niego wylądowała Dragonella, której oczy już nie iskrzyły toksycznym blaskiem, a ciało na szczęście przestało płonąć. Widząc jego niepewną twarz zdziwiła się.
- Co się stało? - spytała – Póki co odeprzeliśmy atak.
Nie odpowiedział, wciąż spoglądają w oddalających się wrogów. Jego myśli krążyły wokół miejsca do którego mogli się udawać. Czy posiadali jakąś przystań gdzie stacjonowały ich wojska?Skoro mieszkali na wyspie, to dlaczego płynęli w kierunku lądu... czyżby...
Jego myśli przerwało nagłe wołanie strażnika, który zbiegał ze szczytu góry krzycząc na całe gardło.
- To zasadzka – wrzeszczał – Ci potężni magowie zaatakowali od innej strony!
Cały panujący jeszcze chwilę temu entuzjazm w jednej chwili wyparował, a w jego miejsce pojawiło się przerażenie. Wszyscy rzucili się do biegu, nawet ci lekko ranni, w kierunku miasta. Dragonella wyprzedziła ich lecąc górą, natomiast Leonitrix wybrała drogę ziemną. Will aby nie zgubić jej z oczu biegł niedaleko za nią. Widocznie jej aspekt sokoła i umiejętność latania posiadał spore ograniczenia, lub dziewczyna zużyła zbyt dużo mocy w walce która rozegrała się na plaży. Nie wróżyło to niczego dobrego, zwłaszcza że prawdopodobnie będą teraz potrzebowali znacznie więcej sił.
Gdy w końcu po kamiennych schodach dotarli na stromy szczyt wzgórza, widok tylko utwierdził przekonania Willa i w głębi duszy wzbudził w nim zgrozę. W mieście panował chaos i zamęt, a w wielu kątach ulic, które wydały mu się niezwykle piękne kiedy przechadzał się nimi parę godzin temu, leżały martwe ciała. Ku przerażeniu wszystkim w większości należące do zwyczajnych obywateli Crystalis lub wojowników.
Odwrócił wzrok w kierunku atakujących Taravisów i poczuł jeszcze większe zdziwienie. Spodziewał się zobaczyć podobną rzeszę ludzi przypominającą barbarzyńców, których spotkali na plaży. Zamiast tego ujrzał mężczyzn, zarówno przyodzianych w potężne zbroje lub szaty, którzy nieustraszenie przemierzali ulice, rzucając w stronę ludzi czary które ich raniły, lub od razu zabijały.
Will spojrzał na towarzyszących mu magów, którzy wydawali się przeprowadzać wewnątrz siebie walkę między decyzjami; czy iść dalej walczyć, czy poddać się i uciekać.
- Jestem wyczerpany – powiedział jeden z magów – Nie dam rady nawet odpierać czarów tamtych.
Połowa mu przytaknęła, głęboko dysząc. Pozostała część wyglądała na oburzoną.
- Obiecaliśmy, że im pomożemy, Li – odezwała się do maga dziewczyna, z wysoko upiętymi blond włosami – Jeśli nic nie zrobimy wielu z nich zginie.
- Sami możemy zginąć! - krzyknął ktoś z tłumu, niektórzy mu zawtórowali.
W grupie wybuchła kłótnia, która nie obchodziła Willa. Bardziej martwił się o zamiary Dragonelli, które z pewnością go nie zadowolą. Pół smoczyca rzeczywiście wyglądała na wściekłą słuchając tych którzy uważali, że powinni uciekać, póki jeszcze tamci magowie ich nie dopadli. W końcu dziewczyna nie wytrzymała.
- Marnujecie tylko czas – powiedziała oschle – Ci tchórze którzy chcą uciekać niech znikają mi z oczu, ci którzy chcą nadal walczyć... nie oszukujmy się mamy marne szanse. Dlatego musimy naszą obronę skierować w stronę pałacu. Jest tam rodzina królewska i ocaleli ludzie. Musimy też wesprzeć wojowników i pomóc rannym. Jako magowie jako jedyni mamy szansę, więc pośpieszmy się.
Ku zdziwieniu Willa wszyscy się jej usłuchali. Chłopak nawet nie sądził, że jego smocza towarzyszka potrafi być przywódcą, choć skoro potrafiła kierować krwiożercze smoki to grupa spanikowanych magów musiała być dla niej niczym nadzwyczajnym.
Magowie skierowali się w stronę pałacu, biegnąc ile mieli sił. Niektórzy wyciągali ze swoich małych toreb przypiętych do pasa mikstury zakorkowane w okrągłych buteleczkach, które wypijali. Will mógł się tylko spodziewać do czego służą, choć sądził że głównie regenerują magię i siłę. Słyszał kiedyś o nich, a skład z którego zostały stworzone na pewno nie spodobał by się Dragonelli...
Gdy dotarli do głównego placu znajdującego się przed pałacem, zastali już tam żołnierzy którzy wpadli na ten sam pomysł co Dragonella i w bojowym szyku umacniali obronę, wpuszczając do pałacu ostatnich cywili. Magowie nie ociągali się i ci którzy zdołali odzyskać nieco mocy wykorzystywali swą magię, aby utworzyć niewidzialną tarczę. Dragonella stworzyła wysoką na trzy metry, ognistą ścianę, której utrzymanie kosztowało ją wiele wysiłku, lecz spoglądając na jej twarz Will widział, że nie straciła ani trochę determinacji. Reszta magów przyjęła odpowiednie pozycje do magicznego ataku, kiedy w końcu dojdzie do bezpośredniej konfrontacji z Taravisami.
Ich wrogowie pewnym siebie krokiem zmierzali w ich kierunku, z niewzruszonymi twarzami, a tuż za nimi biegły hordy uzbrojonych wojowników z toporami i mieczami uniesionymi ku górze. Will na ten widok przełknął głośno ślinę, wyjmując swój miecz i rzucając na niego jedno ze swoich zaklęć. Niepewnie rozejrzał się wokół siebie i z niemiłą ulgą przyznał, że reszta magów jest równie niespokojna co on.
Magowie Taravisów w końcu dotarli do skraju placu, gdzie umieszczono barierę. Krzyknęli coś do siebie w swoim języku i cofnęli się do tyłu w kilkumetrowej od siebie odległości. Nagle wszyscy wykonali taki sami gest rękoma i z ich dłoni wystrzelił strumień białego dymu który połączył się w powietrzu w całość. Gdy czar dotknął bariery otoczył ją całkowicie, napierając na nią swoją siłą. Magowie którzy ją podtrzymywali ledwo trzymali się na nogach.
Will podbiegł do Dragonelli, która wciąż podtrzymywała swoją ognistą ścianę.
- Wiesz co to za zaklęcia? - spytał się jej, wskazując na biały dym. Pół smoczyca władała potężną magią, więc na pewno znała się w tej dziedzinie znacznie lepiej niż on.
Dragonella ku jego rozczarowaniu potrząsnęła przecząco głową. Widocznie magia Taravisów nawet dla niej pozostawała tajemnicą, choć istniała możliwość, że przez zmęczenie nie mogła sobie niczego przypomnieć. Zacisnęła mocniej zęby, z trudem mogą utrzymać barierę.
Will widząc jej trud pragnął jej pomóc, choć wiedział że nie miał jak. Poczuł nagle ucisk w żołądku kiedy przypomniał sobie o czymś innym. O swoim koniu, który został odprowadzony do stajni i na pewno nadal się w niej znajdował. Nie mógł go pozostawić, a perspektywa ucieczki pozostawała przed nimi nieunikniona.
Bez żadnych wyjaśnień rzucił się w stronę koszar, gdzie zaraz obok dało dostrzec się wyrastający zza rozgałęzionego drzewa budynek służący za stajnie. Gdy biegł nagle z obawą stwierdził, że sięga ona poza obszar objęty tarczą, lecz nie zniechęciło go to. Rzucił ponownie na swój miecz czar i zmusił się aby mimo wszystko dotrzeć do budynku.
Na szczęście nie zastał w stajni żadnego z Taravisów, choć zamiast nich w boksach niespokojnie wierzgały przestraszone dźwiękiem jakie towarzyszyły czarom, konie. Tylko jeden czarny ogier spokojnie stał przywiązany do drewnianego, wbitego w ziemię drążka u końcu podłużnej stajni, czekając na swego właściciela. Jego panem w końcu był smoczy łowca, musiał być wyszkolony i przyzwyczajony do magi i wysokich dźwięków.
Na jego widok Will poczuł wyraźną ulgę. Natychmiast do niego podbiegł po wyścielanej słomą podłodze, nie zważając na inne spłoszone konie. Gdy dobiegł do swego wierzchowca pogładził go po szyi i dotknął delikatnie jego nozdrzy. Jeździł na nim jeszcze długo zanim opuścił pałac i niemal się z nim wychował, dlatego wiedział że mimo tego, że koń wyglądał na spokojnego w środku był równie przestraszony co Will.
Chłopak uspokoił oddech i sięgnął po swoje siodło, które zdjęto aby odciążyć konia. Założył je na jego grzbiet i wsiadł na wierzchowca, wiedząc że nie może tracić więcej czasu. Popędzając swego konia wyjechał ze stajni, przyśpieszając do galopu. W siodle zawsze czuł się pewniej, wiedział że może ufać swojemu jedynemu przyjacielowi, dlatego nawet zdarzało mu się walczyć w jeździe.
Mknąc na swym koniu spojrzał z oddali na plac przed pałacem, aby ujrzeć jak przez zaklęcia Taravisów tarcza podtrzymywana przez magów, w jednej chwili została zniszczona. Przyśpieszył, starając się powstrzymać przygnębiające uczucie jakie zapanowało w jego sercu.
Przegrali. Mimo wszystkich starań Taravisowie ich pokonali. Pierwszy atak skierowali na plaże aby odwrócić ich uwagę, a główne siły skierowali wprost w same serce Crystalis, ku centrum miasta. Błędem magów oraz żołnierzy była dezorientacja i brak organizacji. Nie mieli na nią czas, a nawet jeśli udało by opracować im się jakikolwiek plan obrony, Crystalis od stuleci nie miało żadnych wrogów. Ich czujność została uśpiona i mimo, że ich wojownicy zostawali świetnie przeszkoleni, brakowało im doświadczenia w bitwie. Szansę i tak pozostawały by marne i nawet kilkunastu magów nie mogło nic zdziałać bez odpowiedniego planu. Will głęboko westchnął. Jedyne co mogli jeszcze zrobić to odnaleźć rodzinę królewską i uczynić co się dało.
Wbiegli wraz z żołnierzami do pałacu, którzy zatrzasnęli i zaryglowali za nimi bramę. Magowie zagłębili się w kryształowe korytarze, w których panował zamęt. Wszyscy wojownicy którzy mieli siłę wciąż próbowali bronić swoje królestwo biegnąc ku bramie, choć w ich oczach czaił się strach i przerażenie. Will przyśpieszył kroku rozglądając się za księżniczką. Pierwszą zauważyła ją Ashira.
- Księżniczko! - krzyknęła z oddali dziewczyna widząc Crystalię.
Wszyscy zbliżyli się do królewskiej córki, która w niemal parę godzin zdążyła stracić całą swoją radość jaką ich powitała. Na jej twarzy o delikatnych rysach pozostał jedynie ból i rozpacz, za pewnie powstały po wiadomości o stracie poddanych oraz, że jej miasto zostało niemal przejęte.
- Ah, dobrze was widzieć żywych – powiedziała, a jej twarz rozświetlił lekki uśmiech, mimo że całą twarz miała we łzach.
- Tak nam przykro, wasza wysokość – odparła niemal bezgłośnie Dragonella – Zawiedliśmy.
Crystalia dotknęła jej ramienia opiekuńczo.
- To było do przewidzenia – wytarła spływającą łzę – Ważne jest teraz aby udało wam się stąd uciec. Zabierzcie ze sobą Shelię, ona zna ukrytą, bezpieczną drogę.
- Pozwól mi walczyć, księżniczko – upierała się białowłosa – Wiesz, że nie mogę...
- Nie, Shelio – przerwała jej Crystalia, zaciskając pięści – To jest rozkaz, straciłam zbyt dużo drogich mi osób aby stracić i ciebie. Rób co musisz.
Do księżniczki podbiegł nagle jeden ze strażników mówiąc, że musi się ukryć do schronu. Dziewczyna przelotnie pożegnała się ze swoją wierną służącą, ściskając ją. Po chwili oddaliła się wraz ze swoimi królewskimi ochroniarzami, a jedyną rzeczą którą Shelia mogła dla niej zrobić było odprowadzenie jej wzrokiem.
Dziewczyna spojrzała na magów zimnym spojrzeniem, jak by to z ich winy nie mogła już towarzyszyć swojej pani.
- Za mną – powiedziała, odwracając się i zagłębiając się w jeden z kryształowych korytarzy.
Wszyscy posłusznie ruszyli za nią, z czego Dragonella szła na końcu pilnując tyłów. Jako pół smoczyca mogła zawsze potraktować wrogów ogniem, więc wydawało się że jej miejsce w szyku jest jak najbardziej rozsądne. Will, jako że prowadził konia i mógł ich opóźniać. towarzyszył jej w tej krótkiej wędrówce. Rozczarowanie jakie przez ten czas zdążył zobaczyć na jej twarzy sprawiło, że jego serce również zaczęło krwawić. Zawiodła.
- Ej, nie jest źle – odezwał się próbując ją pocieszyć – Przynajmniej żyjemy i jeszcze się nawzajem nie wykończyliśmy. A biorąc pod uwagę nas to niezły wyczyn.
W odpowiedzi uśmiechnęła się słabo, posyłając mu przelotne spojrzenie, po czym wróciła do swojego zadania. Wkrótce Shelia doprowadziła całą grupę do jednego z królewskich pokoi, w którym powywracano lub poniszczono wszystkie meble i tiulowe zasłony, zupełnie jak by przez pokój przebiegło stado dzikich zwierząt.
Dziewczyna podbiegła do jednej z płaskorzeźb i zdejmując ze szyi przezroczysty kryształ o nieregularnych kształtach, wetknęła go do ledwo zauważalnego otworu, przypominającego zamek na klucz. Po chwili ściana zadrżała i przed nimi rozsunęły się kryształowo-kamienne drzwi, za którymi rozprzestrzeniał się korytarz skąpany w mroku.
- Natychmiast wchodźcie do środka! - wydała rozkaz Shelia.
Nikomu nie było trzeba powtarzać drugi raz. Wszyscy magowie natychmiast zagłębili się w ciemny tunel, a gdy nadeszła kolej na Leonitrix nagle Will usłyszał za sobą zionięcie ogniem Dragonelli.
- Pośpieszcie się – krzyknęła smocza dziewczyna, powstrzymując intruzów przed wejściem do komnaty.
Will przekaz Leonitrix swego konia do prowadzenia (co wymagało z jego strony naprawdę wiele poświęcenia i zaufania) i sam pobiegł pomóc Dragonelli. W międzyczasie wypowiedział zaklęcie Aknotrivium, dzięki któremu stał się szybszy i w porę udało mu się dobiec do dziewczyny gdy rzucała ogniste zaklęcie. Wziął zamach mieczem który pod wpływem czaru znacznie się wydłużył, i przeciął nim powietrze dzięki czemu zamach jak wykonał lepiej rozprzestrzenił ogień Dragonelli na korytarzu. Przeciwnicy padli na kryształową, niemal szklaną posadzkę choć wiedział że na długo i tak ich nie powstrzymali.
Spojrzał w stronę Dragonelli, która zamiast mu podziękować za pomoc parsknęła, że poradziła by sobie sama. Will w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami i razem pobiegli do kamiennych wrót, które akurat się zamykały. Wpadli przez nie, zapadając się w grobowe ciemności w ostatniej chwili.
Dysząc ze zmęczenia, odnaleźli boki kamiennych ścian na których udało im się wesprzeć. Mrok przed nimi rozświetliła Shelia, trzymająca w swojej dłoni wisior z kryształkiem który rozświetlał ciemności w których się znaleźli.
- Nic wam nie jest? - spytała.
- Raczej nie – wykrztusiła Dragonella.
Willowi udało się odnaleźć po omacku swojego konia, który trącił go mokrym pyskiem. Ucieszył się mając swojego końskiego towarzysza u boku, przeżył z nim naprawdę wiele i nie wiedział co by się stało gdy by nagle go stracił. Wsparty o jego grzbiet ruszył wraz z innymi magami w głąb korytarzy.
- To przejście prowadzi przez górę z której wyrasta kryształ gdzie wyrzeźbiono pałac – tłumaczyła Shelia, kiedy szli – Zostało stworzone dla rodzinny królewskiej w razie ewakuacji.
- W takim razie dlaczego księżniczka nim nie uciekła? - spytał jeden z magów.
Dziewczyna głęboko westchnęła, a Will nie wątpił że na jej twarzy zapanował smutek.
- Crystalia jest niezwykle szlachetna po swoim ojcu. Nie zostawi swoich ludzi choć by waliło się całe Crystalis. Jedyny powód dla którego używam tego wyjścia to aby was stąd wyprowadzić z jej rozkazu. Wy nie powinniście umierać za obcą ojczyznę. Nikt nie powinien.
Po tych słowach zapanowała cisza. Wszystkim udzielił się żałobny nastrój i przygnębienie, że mimo starań nie udało się i uchronić królestwa przed zagładą. Pogrążeni w myślach pokonywali w całkowitych ciemnościach korytarz, przygnieceni poczuciem winy. Wszyscy bez wątpienia czuli się jak tchórze uciekający przed wojną, choć w głębi duszy każdy cieszył się, że uniknął zniewolenia. Will w pełni popierał Shelię, powinno się umierać za coś w co się wierzy lub za kogoś. On był gotów umrzeć za Caireen, bez której jego życie i tak istniało pozbawione barw. Przekonał się o tym niestety dopiero kiedy ją stracił.
W końcu u końca tunelu ujrzeli niknące światło dnia, które jak się po chwili okazało było wejściem do korytarzy, zarośniętym pnącymi się po skałach roślinami. Dzięki temu przynajmniej z daleka wylot tej jaskini pozostał niezauważalny.
Gdy przebili się przez porastającą przed nimi zieleń znaleźli się na plaży, na szczęście z tej strony nie było widać Taravisów, a zresztą nawet gdy by jacyś tu stacjonowali, pewno nikogo by nie zastali. Najeźdźcy byli teraz zajęci innymi zajęciami jak penetrowaniem podbitego królestwa.
Nagle prowadząca ich Shelia zatrzymała się w bezruchu z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Z niedowierzaniem kręciła głową, nerwowo rozglądając się wokół.
- O nie nie nie – mówiła, cała drżąc z przerażenia – Tu powinna gdzieś być łódź. Inaczej nie uda nam się uciec, Taravisowie zajęli wszystkie mosty łączące z lądem.
- Spokojnie – uśmiechnęła się Ashira, która jako jedyna nie przejęła się z zaistniałego problemu – Damy jakoś radę.
To mówiąc spokojnym krokiem podeszła do brzegu morza, wśród których unosiły się spokojnie falę. Słońce już dawno zniknęło za horyzontem, ustępując miejsca na niebie wznoszącemu się ku górze księżycowi i rozświetlającym mrok nocy gwiazdą.
Dziewczyna dotknęła dłońmi wodę, gdy ta po chwili w miejscu gdzie trzymała ręce znieruchomiała, uwalniając się od delikatnych fal. Nagle na powierzchni pojawił się kruchy szron a potem taflę wody pokrył lód, który zaczął się rozprzestrzeniać ku oddalonemu o parę mil lądowi.
Ashira szczęśliwa z udanego zaklęcia w podskoku wskoczyła na powierzchnię wody, która z każdym jej krokiem zamarzała. Czarnowłosa odwróciła się w stronę stojących na brzegu magów.
- Nie martwcie się – mówiła z uśmiechem i wyraźną dumą na twarzy – Nad wszystkim panuję, lód wytrzyma tak długo póki panuję nad czarem.
- A jak długo panujesz nad czarem? – spytała nieufnym tonem Leonitrix.
- Przez parę godzin.
- To ja polecę przodem – powiedziała Dragonella i wzbiła się w powietrze na swoich czarnych skrzydłach.
- Ja polecę z Dragonellą – odparła Leonitrix i korzystając ze swojego aspektu sokoła dołączyła do smoczej dziewczyny.
Reszta miała mniej szczęścia, ponieważ musiała zdać się na Ashirę, która tanecznym krokiem przejęła prowadzenie, wprost przez po części zamarznięte morze. Niestety nikt nie podzielał jej entuzjazmu, dlatego Will kiedy przekroczył granicę lodowej tafli postanowił zająć się czymś innym niż rozmyślanie nad tym, że zaraz wszyscy wpadną do wody w której się utopią. Nie za dobrze wychodziło mu pływanie.
Podszedł do Sheli, która obejmując się rękoma i drżąc z zimna, począwszy nawet nie zauważyła obecności Willa. Chłopak zdjął wełniany koc, jaki tkwił przyczepiony do siodła jego konia i podał go białowłosej.
- Masz – powiedział wręczając go dziewczynie – Inaczej zamarzniesz.
Shelia z lekkim uśmiechem przyjęła podarunek czarnowłosego i okryła nim zziębnięte ramiona. Szybko jednak spuściła wzrok, a jej twarz o łagodnych rysach zmarkotniała.
- I tak nic gorszego mi się już nie może przytrafić – głęboko westchnęła – Straciłam wszystko. Dom, rodzinę, przyjaciółkę. Co ja teraz zrobię? Świata poza Crystalis nigdy nie widziałam.
- Hej, głowa do góry – uśmiechnął się chłopak – Kiedyś odzyskasz swoją ojczyznę, widziałem waszych wojowników w walce. Wątpię aby tak po prostu pozwolili komuś przejąć Crystalis.
Dziewczyna na nowo posłała mu uśmiech, który rozświetlił jej alabastrową twarz. Lecz nagle jej twarz przybrała wyraz jak by białowłosa wpadła na pewien pomysł.
- Naucz mnie! - powiedziała z entuzjazmem – Twoja magia łączy się z walką z mieczem, a obywatele Crystalis potrafią świetnie władać tą bronią. Jeśli ty mnie nauczysz będę mogła wrócić i nauczyć ich tej magi dzięki której przepędzą Taravisów.
Willa zaskoczyła ta propozycja ze strony tak delikatnej dziewczyny na którą wyglądała Shelia. Nigdy też nawet nie próbował nikogo uczyć, oprócz swojej siostry jazdy konno. Jednak na koniu jeździł od najmłodszych lat a magią posługiwał się dość krótki czas i sam musiał się jeszcze wiele nauczyć.
Jego serce robiło się mimo wszystko nie ubłagalnie ociężałe kiedy myślał o tej dziewczynie, która straciła tak wiele jednej nocy a teraz nie miała się gdzie podziać. Zapragnął ją wziąć pod swoje skrzydła i nauczyć ją co potrafił, mimo że było tego naprawdę niewiele.
- Zrobię co w mojej mocy, Shelio – odezwał się po głębokim zastanowieniu – Abyś mogła wrócić i odzyskać dom.
Dziewczyna z radości rzuciła mu się na szyję, obejmując go drobnymi rękami. Radość z nowego celu i ulga która udzieliła się również Willowi. Chłopak ostatni raz czuł się tak gdy niósł pomoc Caireen, ona również wydała mu się wtedy tak delikatna i bezbronna. Wiedział, że nie mógł postąpić wtedy inaczej, tak samo wiedział to teraz przystępując na prośbę Sheli.
Gdy już wyswobodził się z uścisku wdzięcznej mu dziewczyny, głęboko westchnął zagłębiając się w swe rozmyślenia. Caireen będzie musiała na niego poczekać, a tym bardziej Dargonella z ich umową. Kolejna obietnica postawiona przed nim sprawiła, że jego serce spowił strach, lecz nie mógł się wycofać.
Nie mógł zawieść kolejnej osoby jaka na niego liczyła.



środa, 31 sierpnia 2016

Rozdział 4: Obrona Królestwa Crystalis cz.1



Ze wspaniałego snu zbudziły ją poranne promienie słońca, które wym ciepłem muskały jej twarz. Niechętnie otworzyła swe smocze, szmaragdowe oczy powracając do rzeczywistości. Podniosła się z gałęzi na której leżała i przeciągnęła, głęboko ziewając. Starała się zapamiętać jak najwięcej szczegółów ze snu do którego pragnęła by na zawsze wrócić.
Śniła jej się jej wioska kiedy była małą dziewczynką. Małym, niewinnym dzieckiem które nie zaznało okrutności życia i losu. Stała boso wśród zieleni traw, a porywisty wiatr muskał jej twarz, rozwiewając jeszcze krótkie, bordowe włosy. Pamięta, że słyszała śmiech, a kiedy się odwróciła ujrzała swoich przyjaciół którzy głaskali smoka. Stworzenie leżało spokojnie na ziemi pod jednym z drzew, niedaleko jej domostwa, czujnym wzrokiem obserwując bawiące się przy nim dzieci. Dragonella wiedziała, że ich nie skrzywdzi, nawet jeśli któreś z dzieci niechcący by go uderzyło lub się potknęło i na niego upadło.
Ruszyła w kierunku swoich przyjaciół, gdy wtem usłyszała jak ktoś ją woła. Odwróciła się w stronę dobiegającego głosu i ujrzała swoją matkę, która wołała ją na obiad. Ten obraz pragnęła zatrzymać na jak najdłużej. Ta niepozorna chwila, gdzie występowała jej matka, mająca w jej dzieciństwie miejsce niemal codziennie i tak przez nią nie doceniana, teraz wydawała jej się najszczęśliwszą. Chciała ruszyć w stronę czekającej na niej matki, gdy wtem się zbudziła.
Po jej policzku spłynęła łza, którą szybko otarła. Jak dawno ta scena mogła się odgrywać? Dziesięć, czternaście lat temu? Głęboko westchnęła, nie chcąc dłużej rozmyślać nad swoim dawnym życiem, którego w żaden sposób nie dało się odzyskać. Pośpiesznie zeszła z drzewa na ziemię, gdzie od dawna krzątali się już Will i Leonitrix, szykując do podróży.
Dargonella starała ominąć się wzroku smoczego łowcy. Bała się, że znów zapyta ją o Caireen, a to przyniosło by kolejną falę bolesnych wspomnień. Z resztą niewiele mogła mu o niej powiedzieć, ona na pewno wolała by wytłumaczyć mu wszystko sama.
Swoją uwagę zwróciła na Leonitrix, która... nie przypominała ani trochę Leonitrix którą poznali wczoraj. Włosy dziewczyny tym razem przybrały niebieską barwę i zostały spięte w dwa wysokie kuce, natomiast z jej sukienki zniknęły falbany. Zamiast nich pojawiła się czarna, rozkloszowana spódnica sięgająca do kolan. Dopełnieniem całego stroju były czarne sznurowane buty, na wysokiej podeszwie.
- Leonitrix – zagadnęła zdziwiona pół smoczyca – Co... co ci się stało?
Dziewczyna odwróciła się w stronę Dragonelli, odgarniając grzywkę na bok. Uśmiechnęła się i chwyciła za medalion przyczepiony do jej czarnej koli.
- To dzięki niemu – wskazała na biżuterię na jej szyi – Kiedy wyruszyłam w moją podróż szukając mistrza, zanim spotkałam ciebie, natrafiłam na pewnego maga który sprzedawał stare, magiczne przedmioty. Nie chciał ze mną walczyć, ale w zamian że zgodziłam mu potowarzyszyć przez część jego podróży dał mi to.
- To, czyli co?
- Medalion dzięki któremu mogę zmieniać krój sukienki, butów i kolor włosów. Każdy z wielkich, słynnych magów ma jakiś swój charakterystyczny wygląd. A ja nigdy nie umiem się zdecydować.
- Czekaj – wtrącił się Will - Zanim spotkałaś Dragonellę czyli właściwie z iloma magami przedtem walczyłaś?
Na twarzy Leonitrix pojawiło się zakłopotanie. Nerwowo zaczęła skubać czubek swojej nowo wyczarowanej spódnicy.
- No cóż... właściwie to z nikim nigdy tak na poważnie nie walczyłam, tylko z moją siostrą.
Gdy tylko dziewczyna wspomniała o swojej siostrze na jej twarzy zapanował smutek. Wyraźnie za nią tęskniła i Dragonelli zrobiło jej się żal tej młodej czarodziejki. Była w stanie sobie wyobrazić co musi czuć.
- A więc... - drążył nadal temat Will.
- Daj jej spokój – przerwała mu pół smoczyza i zwróciła się do Leonitrix – Nie martw się, pomożemy ci się dostać do tej gildii abyś była razem z siostrą. Ale najpierw musimy wykonać zlecenie aby móc kupić konie. Będzie nam się z nimi zdecydowanie lepiej podróżowało.
W odpowiedzi wszyscy skinęli głową i już po chwili wyruszyli dalej w swą wędrówkę, w świat przepełniony magią i sekretami jakie każdy z magów za wszelką cenę próbował ukryć w głębi swej duszy i bijącego cicho serca.

***

Zanim udało im się pokonać zarośla i las pnących się na kilkanaście metrów drzew, minął niecały tydzień. Przez ten czas Dragonella zdążyła polubić swoją nową towarzyszkę, która nieraz sprawiła, że na jej ustach zagościł uśmiech. Bawiły ją liczne kłótnie jakie rozgrywały się między Willem a Leonitrix, podczas których smoczy łowca droczył się z młodą czarodziejką, a dziewczyna czerwieniała cała na twarzy ze złości.
Niejednokrotnie też Will próbował się spytać o Caireen, lecz dziewczyna starała się unikać tematu. Nie zamierzała mu niczego mówić, choć w pełni rozumiała jego ciekawość. Gdy by to ona myślała, że jej ukochana osoba zginęła a potem by się okazało, że jednak żyje zrobiła by wszystko aby się jak najwięcej o niej dowiedzieć.
Jednak sprawa z Caireen wyglądała zupełnie inaczej i na pewno nie należała do prostych. Kryły się za nią sekrety o których jeśli dowiedział by się Will na pewno odważył by się skrócić pół smoczycę o głowę. Tajemnice mrożące krew w żyłach, o których wiadomo było tylko jej i Caireen...
- Ej, co to za ludzie? - nagle z przemyśleń wybudziło Dragonellę pytanie Leonitrix.
Podniosła wzrok. Znajdowali się na drodze prowadzącej przez stepy, rzadko porośniętej poniekąd drzewami. Z oddali ujrzała przed nimi setki ludzi idącej w zgranym szyku, niosącym jakieś przedmioty. Z początku Dragonella myślała, że to wojsko lecz gdy wyostrzyła swój czuły smoczy wzrok, spostrzegła że maszerujący ludzie są zwykłymi mieszkańcami którzy w swoich ramionach nieśli zmęczone podróżą dzieci lub bagaże. Niektórzy z nich prowadzili za sobą zwierzęta gospodarcze lub konie zaprzyrzenzione w powozy.
Wszystkich zaniepokoił ten widok. Spojrzeli po sobie nie pewnie, aż w końcu zdecydowali się podejść do człowieka wyglądającego na przywódcę, aby się dowiedzieć skąd pochodzą ci ludzie i dokąd zmierzają. Pierwszy wysunął się Will, a za nim ruszyła Dragonella, która idąc cały czas miała nadzieję, że ludzie na jej widok nie rzucą się z krzykiem do ucieczki. Kto wie co mogli o niej pomyśleć, kiedy miała smoczą skórę i kilku metrowe, czarne skrzydła. Spotkała się już z ludźmi którzy posądzali ją o bycie demonem pochodzącym z najczerniejszych otchłani piekieł.
Maszerujący ludzie również zdążyli już zauważyć grupkę zbliżających się magów i pod rozkazem swojego przywódcy zatrzymali się. Ku zdziwieniu pół smoczycy była nią kobieta przyodziana w granatowe szaty, która trzymała u swojego boku imponująco wyglądającą rzeźbioną, drewnianą laskę z błękitnym kryształem umieszczonym u szczytu. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest magiczny.
- Kim jesteście i czego tu szukacie? - zapytała ich kobieta, mocniej ściskając swoją broń.
- Grupką zwykłych magów szukających zlecenia – odpowiedział Will, łagodnym głosem.
Kobieta uważnie przyjrzała się Leonitrix i Dragonelli. Swój pełen wątpliwości wzrok zatrzymała na pół smoczycy.
- A ona? Nie wygląda na zwyczajnego maga – odparła, a z tłumu za nią dało się usłyszeć mruknięcia i szepty.
- Spokojnie, jest z nami – zapewnił Will – A jeśli wolno mi spytać, dokąd prowadzisz tych ludzi pani?
Kobieta głęboko westchnęła.
- Cóż, nie są to informacje które należy ukrywać, bo za niedługo całe Estherios się o tym dowie. Nasze królestwo, wspaniałe i poczciwe Crystalis zaatakowali najeźdźcy. Niewiele nam czasu zostało, dlatego ewakuujemy tych którzy są najbardziej zagrożeni na niebezpieczeństwo.
- Czytałam o Crystalis – odezwała się nagle Leonitrix – To bardzo dzielne królestwo, słynące z wojowników o których opowiadają legendy. Jak to możliwe, że najechali na waszą ojczyznę?
Słowa młodej czarodziejki najwyraźniej schlebiły kobiecie, ponieważ jej wzrok stał się mniej podejrzliwy.
- Owszem – mówiła – Nasi wojownicy są wspaniali, lecz nasza kultura nie wykorzystuje magi do walki. Używamy jej tylko do leczenia, lecz i tak na niej nie polegamy. Nasi najeźdźcy są w większości bardzo silnymi magami, dlatego nasz król wzywa do siebie wszystkich niezrzeszonych magów i prosi ich o pomoc. Jeśli nam się uda wygrać oferuje nawet sztabki złota.
Na dźwięk o nagrodzie Leonitrix zaświeciły się aż oczy. Jedna sztabka złota równoważyła się z trzydziestoma złotymi colibrami, więc parę sztabek mogło by pozwolić jej na wstąpienie do Knigtwalkers. Z resztą sam udział w obronie królestwa Crystalis był imponującym czynem.
Dragonella na początku sceptycznie podeszła do brania udziału w odpieraniu intruzów obcego królestwa. Była to niebezpieczna i nie pewna gra której wolała unikać, w końcu mogli stracić w niej życie. Lecz nagle na myśl przyszło jej całkiem podobne miejsce, które kiedyś znalazło się w podobnej sytuacji.
Miejsce po którym zostały same szczątki do których wracała niemal w każdym niespokojnym śnie. Miejsce niegdyś ciche i spokojne teraz trapione przez tysiące niewinnych duszy zamieszkałych tam niegdyś ludzi. Oni nie mieli nawet czasu na ucieczkę. Oni podobnie jak królestwo Crystalis zostali zaatakowani i nie mając cienia szansy na ocalenie swego wspaniałego dziedzictwa, popadli w zapomnienie, żyjąc jedynie w krwawiącym sercu Smoczej Królowej.
Przeklęte miasto, Dragon Haven.
- Pomożemy wam – odezwała się Dragonella, a uwaga wszystkich skierowała się na nią – Pomożemy i sprawimy, że ci najeźdźcy nie tkną waszego królestwa przez następne sto lat. Macie na to słowo Królowej Smoków.
Pośród niektórych w tłumie wybuchł lekki entuzjazm. W ludzkich sercach nagle zapłonął płomyk nadziei, że ich ukochane Crystalis wciąż nie jest stracone. Dragonella posłała w ich stronę lekki uśmiech. Kobieta która pełniła uchodźcą wojennym za przewodnika, choć wciąż nie darzyła dziewczynę zaufaniem, lekko skłoniła głowę na wyraz szacunku, że zdecydowała się walczyć za ich ojczyznę.
Wkrótce pół smoczyca pożegnała się z gromadą ludzi pochodzących z Crystalis. Przewodniczka przekazała jej list ze słowami dzięki którym wpuszczą ich do miasta i pozwolą walczyć. Gdy ludzie zniknęli już za horyzontem i Dragonella zamierzała ruszyć w drogę, nagle zatrzymał ją Will, łapiąc za ramię. Rozgniewało ją to, że ją dotknął lecz spokojnie odwróciła się, ograniczając się tylko do ściśnięcia z całych sił pięści i starania się nie wybuchnąć ogniem.
- Co ty sobie wyobrażasz? - fuknął na nią lodowatym tonem – Mieliśmy załatwić konia i ruszać w stronę Dragon Village,
- Właśnie nam załatwiłam zlecenie za które kupimy konia – broniła się Dragonella.
Czarnowłosy skrzyżował ręce.
- Tylko, że to nie jest zbieranie kwiatków na polanie tylko wojna. Brałaś kiedyś w niej udział? Umrą w niej ludzie, może nawet i my umrzemy. Mieliśmy nie pisać się na takie zlecenia.
Pół smoczycę rozgniewał lekceważący ton jakim się do nie zwracał. Zupełnie jak by on był doświadczonym wojownikiem, a ona dopiero co początkującym magiem. Wiedziała jakie każda wojna ciągnęła za sobą konsekwencje. Widziała znacznie więcej ludzkiego cierpienia niż on, znacznie więcej krwi zostało przelanych na jej oczach.
- Każdy kto pochodzi z Dragon Haven wie co to wojna, nawet twoja Caireen. I gdy by ona tu z nami teraz była na pewno poszła by pomóc tym ludziom. Zrobię to bez względu na wszystko.
Na twarzy Willa zagościł gniew, czego Smocza Królowa mogła się spodziewać. Mówiła tylko o Caireen kiedy chciała albo zakpić z niego albo kiedy chciała na nim coś wymusić. Smoczy łowca w jednej chwili wyjął z pochwy swój miecz i skierował ostrze w stronę Dargonelli.
- Will! Przestań! – krzyknęła Leonitrix która do tej pory tylko przyglądała się całej rozmowie. Chłopak jej nie usłuchał.
- Jeśli nie odpowiadasz na moje pytania z nią związane to nie masz prawa w ogóle o niej mówić! - krzyknął rozgniewany, posyłając chłodne spojrzenie.
- Nie odpowiadam, bo nie wiem! Ale znam ją i wiem co by zrobiła.
- Daj spokój, pewno nawet jej nie ma a ty mnie oszukałaś.
Dragonellę zamurowało. Wydawało jej się, że zaufał jej na tyle aby uwierzyć, że zaprowadzi go ona do Caireen. Nie okłamała by go w tak ważnej sprawie, nie złamała by umowy która być może miała zaważyć o losach smoków w Estherios.
Chciała mu to wszystko powiedzieć, lecz słowa uwięzły jej w gardle. Jedyne co udało jej się powiedzieć, było czymś tak nie spodziewanym że zdziwiła się, że nie ugryzła się w język.
- Opowiem ci o niej jeśli uratujemy to królestwo – powiedziała – Wszystko co wiem, ale pod warunkiem że nie będzie dotyczyło ani mnie ani Dragon Haven.
Will przez moment wpatrywał się w pół smoczycę jak by nie wierzył w jej słowa, lecz potem głęboko westchnął cofając się o krok i chowając swój miecz do pochwy.
- Wszystko?
- Oprócz rzeczy powiązanych z Dragon Haven i mną – utwierdziła go.
- W takim razie – posłał jej uśmiech – Prowadź, Smocza Królowo.
***

Droga do Crystalis zajęła im nie więcej niż pół dnia i podczas niej nikt się do siebie nie odezwał. Od czasu do czasu Leonitrix się odzywała podziwiając otaczające ich, niemal bijące zielenią i świeżością lasy, lub wysokie strzępiaste góry górujące nad nimi kiedy skończyli przemierzać stepy. Dziewczynka próbowała rozluźnić atmosferę, lecz nikt jej nie słuchał, więc i ona wkrótce zamknęła się w sobie.
Myśli Dragonelli krążyły nad królestwem które mieli uratować, choć nie raz przyłapywała się, że myśli o Caireen, Co ta delikatna, z pozoru bezbronna osóbka jak ona mogła zrobić, aby tak zawrócić w głowie Willowi? Mogła się tylko domyślać dlaczego smoczy łowca tak mocno ją pokochał, choć wątpiła czy nadal by jego uczucia pozostały takie same gdy by dowiedział się prawdy o Caireen. Natychmiast odłożyła na bok tą myśl, mając nadzieję, że jej wyraz twarzy nie zdradził o czym rozmyślała.
Zatrzymali się przed drewnianym mostem zwodzonym, będącym jedynym z wielu przejść jakie prowadziło do królestwa Crystalis. Pilnowało go czworo uzbrojonych strażników, o wilczym spojrzeniu przepełnionym nieufnością. Jeden z nich, o najbogatszym uzbrojeniu zbliżył się do nich, mając swój zdobiony miecz w ciągłej gotowości.
- A wy to kto? - spytał oschłym tonem.
- Jesteśmy magami którzy przybyli aby pomóc bronić wasze królestwo – odparła Dragonella, dumnym i wyniosłym tonem, starając się zachować w nim łagodność.
- Nie potrzebujemy magów – prychnął – Wynoście się.
- Owszem potrzebujecie, przysłała nas kobieta która wyprowadzała uchodźców z waszego królestwa i...
- Posługujecie się magią, prawda? - przerwał jej strażnik – Skąd mamy nie wiedzieć, że jesteście szpiegami naszego wroga? Wynocha!
- Mamy list od...
- Wypuście ich – nagle usłyszeli męski głos pochodzący z drugiej strony mostu.
Wzrok wszystkich powędrował w tamtym kierunku. Ujrzeli mężczyznę o długiej brązowej brodzie, który o dziwo wyglądał jak by nie przekroczył czterdziestu lat. Odziany był w granatowo czarne szaty, a na jego szyi pobłyskiwało kilka drogocennych kamienni różnych kolorów. U jego boku wisiał w skórzanej pochwie długi miecz który niemal sięgał ziemi. Na widok mężczyzny, strażnicy pokłonili się. Śmieli się dopiero odezwać wtedy kiedy tamten gestem ręki nakazał im powstać.
- Panie, nie wiemy kim oni są, przecież...
- Ah, głupcy – zaśmiał się mężczyzna – Nasi wrogowie to zaparci wrogowie smoków. Zabijają je, przyodziewają w ich skóry, malują znaki ich krwią. Myślisz, że dziewczyna która jest pół smoczycą jest ich sprzymierzeńcem?
Strażnik który się odezwał spuścił wzrok, jak by wstydząc się swego rozumowania chciał ukryć się przed spojrzeniami pozostałych. Mężczyzna w szatach odwrócił od niego wzrok i skierował swoją uwagę na wędrownych magów.
- Chodźcie za mną – powiedział robiąc gest aby za nim podążali – Jestem Valerian, poprowadzę was.
W milczeniu usłuchali rozkazu, przechodząc przez drewniany most, którego teraz Dragonella dostrzegła liczne zdobienia i kryształy po brzegach. Jak sięgała pamięcią nigdy nie była ani nie przelatywała nad Crystalis więc poczuła nagłe podekscytowanie. Kochała odkrywać i eksplorować nowe, nieznane jej krainy które zawsze ją zaskakiwały.
Crystalis również ją nie zawiodło. Najpierw wkroczyli w granice lasu, których liście drzew były tak długie, że sięgały aż do ziemi. Tworzyły niemal zieloną ciągnącą się zewsząd ścianę, po dwóch stronach ułożonej z białej kamieni ścieżki którą szli. Dragonella zastanawiała się co mogą kryć te liściaste mury i jakie imponujące stworzenia muszą się za nimi chować.
Bardziej jednak jej uwagę, podobnie jak Leonitrix która nie mogła obyć się bez wyraźnego zachwytu, przykuły kryształy wyrastające niemal z ziemi. Lśniły różnymi odcieniami różu, fioletu oraz bielą rozświetlając im drogę. Przywiodły na myśl smoczej dziewczynie drogocenne kamienie które gromadziły niektóre ze smoków jako swój skarb. Jako, że ona po części również była smokiem nie mogła podobnie jak Leonitrix powstrzymać swojego podziwu. Jednak ona w porównaniu do młodej czarodziejki szła prosto ścieżką, a nie podbiegała niemal do każdego, wytrzeszczając oczy.
Widząc jej zachowanie mężczyzna który im przewodził uśmiechnął się do siebie.
- To zaledwie początek, młoda magiczko – mówił do dziewczyny – Za niedługo przekonasz się czym nasze wspaniałe królestwo zawdzięcza swą nazwę.
Słysząc to wróciła na swoje miejsce obok Dragonelli, jak by trochę było jej wstyd że nieznajomy zauważył jej entuzjazm. W zasadzie trudno było go nie zauważyć, choć gdy Smocza Królowa odwróciła się w stronę Willa który ze spuszczoną głową, cicho za nimi maszerował wydawało się, że czarnowłosy nie zauważył nawet gdzie są. Na jego twarzy malowała się powaga godna wojownika który szedł na wojnę... bo właściwe tak było.
Odwróciła się z powrotem, w stronę kierunku według którego szli. Nie mogła myśleć negatywnie, lecz musiała myśleć realistyczne. A realia mówiły jej, że podczas tej bitwy zginie mnóstwo osób. Dragonella pragnęła temu zapobiec i chronić tych niewinnych ludzi, lecz nie była pewna czy będzie w stanie. Jej złamane skrzydło wciąż nie było w pełni sprawne, a nie oszukując się bez możliwości lotu podczas walki nie mogła w pełni wykorzystać swoich umiejętności.
Jej myślenie przerwało nagłe zatrzymanie się mężczyzny na którego omal nie wpadła. W porównaniu do niej Will nie zdążył się zatrzymać i mimo wszystko została popchnięta do przodu. Odruchowo syknęła w jego kierunku, lecz wydawało się że chłopak nic sobie z tego nie robił. Zdenerwowana odwróciła się gdy wtem widok który ujrzała zaparł jej dech w piersi.
Stali u szczytu jednej z gór które wznosiły się wokół rozległych terenów tworząc kotlinę. Część krainy porastały lasy podobne do tych które minęli, chodź z tej perspektywy dało się dostrzec również inną roślinność. Lecz uwagę wszystkich bardziej przykuło miasto znajdujące się w niemal samym centrum kotliny... a raczej pałac który nad nim górował.
Bez wątpienia luksusowy budynek został niemal całkowicie wykonany z lśniącego różem kryształu, lub też był w nim wyrzeźbiony. O niezliczonej ilości strzeliste, kryształowe wieże pięły się ku bezchmurnemu niebu zachwycając swym naturalnym pięknym każdego z przechodniów.
- Witamy w Crystalis – powiedział mężczyzna wskazując otwartą dłonią całą dolinę.
Gdy już zdążyli podziwiać niesamowite krajobrazy (a raczej głównie Leonitrix i Dragonella, gdyż Will cały czas pozostawał niewzruszony) ich przewodnik zaprowadził ich ku stromych schodów z białego kamienia. Smocza Królowa nie mogła powstrzymać potoku pytań jaki nagromadził się w jej głowie od czasu kiedy przekroczyła granice Crystalis. Zaczęła od najważniejszego.
- Valerianie – odparła skupiając na sobie jego spojrzenie i uwagę – Czy możemy wiedzieć dokąd nas prowadzisz?
Mężczyzna posłał w jej kierunku ciepły, pełen zaufania uśmiech,
- Wybaczcie mi, nic wam nie powiedziałem. Idziemy teraz do koszar gdzie zostaniecie spisani i dołączycie do innych magów. Wieczorem zostaniecie przedstawieni królowi, w końcu jesteście honorowymi gośćmi którzy zgodzili się bronić nasze królestwo. Zostanie wam też przestawiona sytuacja w której się znaleźliśmy.
- Rozumiem – kiwnęła głową ze zrozumieniem.
- A nagroda? - odezwała się nagle Leonitrix a Dragonella miała ochotę uderzyć ją a potem siebie w twarz za to że pozwoliła jej zabrać głos.
Na szczęście Valerian nie zareagował negatywnie na pytanie. Wręcz przeciwnie, mogło się wydawać, że młoda czarodziejka go rozbawiła.
- Oczywiście nagroda zostanie przydzielona w zależności od zasług. Krążą plotki, że nawet dla mężczyzny który najbardziej wykaże się odwagą król jest gotów oddać rękę jego córki.
- Dobrze, że nie nogę – mruknęła Leonitrix.
- Z naszą następczynią tronu wciąż są problemy – kontynuował mężczyzna, ku uciesze Dragonelli ignorując tą uwagę – A tradycja to tradycja i w końcu będzie musiała wybrać sobie narzeczonego. Być może któremuś z magów się poszczęści.
Ostatnie zdanie jak by skierował do Willa, z wyraźnym rozbawieniem. Chłopak w odpowiedzi głęboko westchnął, a Dragonella zawzięcie próbowała odgadnąć jego myśli, co jak zawsze jej się nie udało.
Na schodach minęli kilku strażników którzy wydawali się przejrzeć ich wzrokiem na wylot. Wprawiło to lekko smoczą dziewczynę w zakłopotanie, chodź ani trochę im się nie dziwiła. Gdy zeszli niżej i wkroczyli w jedną z głównych ulic miasta która prowadziła do pałacu, coraz więcej ludzi zaczęło lustrować ich grupkę wzrokiem.
Dragonella była w stanie ich zrozumieć, w końcu widok pół smoczycy, jaskrawo ubranej czarodziejki i chłopaka spowitego w czerń, prowadzącego za uzdę równie mrocznego konia nie należał do codzienności. Aby odwrócić swoją uwagę od ludzkich spojrzeń zwróciła uwagę na zabudowanie miasta które podobnie jak całe królestwo okazało się niezwykłe.
Domy zbudowano z białego kamienia i prawie każdy z nich miał okrągły kształt, a ich dachy wykonano na wzór kopuły w odcieniach błękitu lub mocnego różu czy fioletu. Każdy budynek wsparto na rzeźbionych kolumnach, a okna zdobiły najróżniejsze witraże w których skład wchodziły kryształy. One same podobnie jak przy ścieżce którą szli niemal wszędzie wyrastały z ziemi. Jedne z nich oświetlały ulice, w innych wyrzeźbiono nazwy ulic, ozdobne rzeźby lub nawet skrzynki pocztowe jeśli znajdowały się przy domostwach. Dragonella dla której nie było piękniejszego miejsca na ziemi niż jej utracone Dragon Haven, pomyślała że Crystalis mogło by spokojnie z nim konkurować. Królestwo niemal skąpane w kryształach wywarło na niej niesamowite wrażenie.
Podobnie zresztą było z Leonitrix, która mimo że tym razem nie podbiegała do żadnego z kamieni to nie mogła ukryć błysku zachwycenia jaki rozświetlał jej oczy. Jej zachwyt się wzmógł kiedy nagle zatrzymali się przed ogromnym, lekko podłużnym budynkiem który za pewnie służył za koszary. Niemal od razu podeszło do nich dwóch mężczyzn pełniącymi straż. Na przywitanie skłonili się pokornie Valerianowi, a Dragonella zaczęła się zastanawiać jaką funkcję musiał pełnić ich przewodnik.
- Mistrzu Valerianie – odezwał się jeden z nich – Kim są ci... ludzie których przyprowadziłeś?
- To magowie którzy przybyli aby bronić nas przed najeźdźcami. Zaprowadź ich do innych magów i przekaż wszystkim aby traktowali ich przezwoicie – odwrócił się w stronę gości – Was teraz muszę przeprosić, ale obowiązki wzywają.
W odpowiedzi Dragonella podziękowała mu za wszystko, a mężczyzna oddalił się ku zdziwieniu przybyszów w stronę pałacu. Dziewczynę coraz bardziej zaczynało ciekawić kim jest ten człowiek i czym się zajmuje.
Strażnicy mimo że przez cały czas zachowywali dystans i nie odzywali się więcej niż było to konieczne, wydali się bardzo dostojni i opanowani. Jeden z nich zaprowadził konia Willa do stajni, natomiast drugi gestem ręki nakazał im aby szli za nim.
Idąc za strażnikiem weszli do koszar gdzie znaleźli się w dosyć skromnym małym pokoju. Znajdowało się rzeźbione biurko i regały z książkami ustawione po bokach ścian. Gdy weszli przy jednym z nich zastali kobietę w średnim wieku o długich blond włosach i wojowniczym stroju. Kiedy stanęli przed biurkiem poprawiła swoje okulary na nosie i pytająco spojrzała się w stronę strażnika.
- Mistrz Valerian ich przyprowadził – odpowiedział.
- Rozumiem – mruknęła kobieta wyjmując jedną z ksiąg i kładąc ją na biurku – Jesteście magami, prawda?
- Owszem – powiedziała Dragonella.
- W takim razie podpiszcie mi się tu i tu – wskazała wojowniczka na konkretną stronę w otwartej przez nią książkę.
Gdy złożyli podpisy udzieliła im informacji, że zostaną przydzieleni do grupy do innych magów a dziś wieczorem lub jutro powita ich wszystkich osobiście król. Dragonella podziękowała jej i razem skierowali się za strażnikiem do innego miejsca. Wkrótce weszli do okrągłego budynku o niebieskim zadaszeniu. Wystrój wnętrza w środku przypominał pawilon, gdzie ustawiono drewniane stoły książkami wokół których gromadziły się eleganckie pufy i szezlongi obite aksamitnymi materiałami, niemal tonącymi w poduszkach. Na paru z nich zobaczyła siedzących ludzi którzy za pewnie byli magami.
Oczy wszystkich odwróciły się w kierunku Dragonelli, a dziewczyna poczuła się jak by ich spojrzenia ją wypalały. Nagle dotarło do niej, że ci inni magowie mogli przecież słyszeć jaka nagroda jest do zdobycia za jej głowę i poczuła jak zaciska jej się gardło. Odruchowo zacisnęła mocniej pięści na wypadek gdy by miała je zapalić aby się obronić. Powiodła zimnym spojrzeniem po pomieszczeniu i dziękując strażnikowi udała się na sofę w kącie pokoju, przy oknie z którego zwisała różowa, tiulowa zasłona. Pół smoczyca zapragnęła się za nią schować aby ukryć się przed innymi, lecz w końcu tego nie zrobiła. Nie mogła okazać strachu.
Obok niej usiadła Leonitrix, która wydawała się niczym nie przejmować w porównaniu do Dragonelli.
- O rany – odezwała się natychmiast gdy zajęła swoje miejsce – Widziałaś te kryształy wyrastające z ziemi? A tych ludzi? Każdy z nich wyglądał tak dostojnie i...
Dragonella nie specjalnie skupiła się na słuchaniu swojej towarzyszki. Swoją uwagę zwróciła na pozostałych magów którzy między sobą szeptali, spoglądając w jej stronę. Zdenerwowało ją to, więc siedząc wyprostowała się dumnie, próbując dać wszystkim do zrozumienia że nie czuję żadnego strachu czy skrępowania. W pewnym momencie podeszła do nich magiczka o krótkich, potarganych czarnych włosach przyodziana w lekki, podróżny, brązowy strój.
- Witajcie – przywitała ich – Nazywam się Ashira, mogę się dosiąść?
Pół smoczyca chciała spławić tą na pierwszy rzut oka godną zaufania dziewczynę, lecz zdążyła ją wyprzedzić Leonitrix która zgodziła się aby ta z nimi usiadła. Ashira zajęła miejsce na ustawionej obok granatowej pufie.
- Nie sądziłam, że jeszcze wpuszczają magów – mówiła - Niektórzy z nas stacjonują tu już od kilku tygodni. No cóż, im więcej magów tym większe szansę, że uda nam się pokonać Taravisów.
- Taravisowie? - skrzywiła się Leone na dźwięk tej nazwy.
Dragonella przewróciła oczami.
- To ludzie zamieszkujący wyspę Taravis, znajdującej się niedaleko Crystalis. Byłam tam kiedyś aby uwolnić smoki które wzięli do niewoli. To... okrutni ludzie.
- Dokładnie – kiwnęła głową Ashira – Zdziwiło mnie kiedy usłyszałam, że zaatakowali Crystalis bo zawsze atakowali tylko smoki... przy okazji, wszystkich bardzo ciekawisz, smocza dziewczyno.
Dragonella powiodła czujnie swym smoczym wzrokiem po pawilonie, aby dojść do wniosku że wszyscy znów zwrócili na nią swoją uwagę. Z trudem przełknęła ślinę. Potrzebowała wsparcia Willa, lecz ten wciąż nie chciał z nią rozmawiać. Jako jedyny w pomieszczeniu oparty o ścianę spoglądał przez okno przy równoległej ścianie.
Z opresji uratował ich strażnik który nagle wszedł do sali i oświadczył, że król chce natychmiast spotkać się z magami. Gdy Dragonella to usłyszała odetchnęła z ulgą, lecz gdy strażnik potem powiedział że spotkanie odbędzie się wcześniej niż planowano ze względu na nowych przybyszów znów ścisnęło ją w żołądku. Po chwili wszyscy magowie zebrali się razem i ruszyli za strażnikiem do pałacu.
Z bliska królewski gmach budził jeszcze większy zachwyt. Dzięki światłu które przenikało przez kryształ dało się dostrzec bladą poświatę jaka emanowała od pałacu, tworząc niemal efekt jak by pałac był nasiąknięty magią. Nawet do niego wchodząc przez ogromną, kryształową bramę niemal czuło się zjawiskowość tego miejsca.
Przeszli korytarzem wspartym na kryształowych, rzeźbionych kolumnach gdzie na ścianach wisiały portrety królewskiej rodziny. Następnie przeszli przez kolejne drzwi o podobnym rozmiarze i zdobieniu jak poprzednie, które otwarli dwaj inni strażnicy. Wchodząc przez nie znaleźli się w sali monstrualnych rozmiarów gdzie w centralnym miejscu znajdował się rzeźbiony tron, obity w drogocenne materiały w miejscu siedzenia.
Po chwili do sali wszedł mężczyzna wraz ze swoją świtą składającą się ze strażników, oraz ku zdziwieniu Dragonelli z Valeriana. Od razu domyśliła, że mężczyzna który wkrótce zasiadł na tronie musi być królem. Gdy ujrzała go z oddali pomyślała, że tak musiał wyglądać prawdziwy monarcha. Nie to co ten morderca Gerard, który za swe okrutne zabijanie miał czelność nazywać się królem. Król królestwa Crystalis znacznie się różnił. Okrywały go granatowe, jedwabne szaty a jego białe długie włosy zaczesano do tyłu. Na pierwszy rzut oka wyglądał dobrotliwie i młodo, choć zwisający u jego boku masywny, zdobiony w niezwykły sposób miecz świadczył że w walce mężczyzna potrafił być bezlitosny.
Gdy zasiadł na swoim królewskim miejscu magowie oddali mu ukłon. W odpowiedzi posłał w ich stronę dobrotliwy uśmiech.
- Witam was – przywitał ich ciepłych tonem – Cieszę się, że mogę was powitać a zwłaszcza nowych przybyszów o których zdążył mi powiedzieć mój przyjaciel, Mistrz Valerian.
Valerian na dźwięk swojego imienia lekko się uśmiechnął i skłonił królowi. Swój wzrok skierował na Dragonellę, przez co do dziewczyny dotarło że to przez nią król zarządził tak szybkie spotkanie. Znów poczuła ucisk w żołądku.
- Mnie zwą Shirian, jestem królem Crystalis jak za pewnie się domyślacie. Jak wspomniałem pragnę was przywitać, lecz powód dla którego zażądałem spotkania tak wcześnie... cóż z opowieści mego przyjaciela zaciekawiła mnie pewna osoba.
Król Shirian spojrzał na Dragonellę, więc dziewczyna wystąpiła do przodu.
- Zgaduję, że to o mnie chodzi – powiedziała bez zawahania.
- Owszem moja droga – król posłał jej szczery uśmiech – Zgaduję, że jesteś niezwykłą wojowniczką. Czy mogę poznać twoje imię?
- Jestem Dragonella, zwana również jako Królowa Smoków – powiedziała dziewczyna, dumnie wyprostowana. Cały strach w jednej chwili z niej uleciał gdy poczuła dumę ze swego pochodzenia – Ostatnia z Ludzi Ognia i ostatnia przetrwała z Przeklętego Dragon Haven.
- Królowa – powtórzył zdumiony król – Miło mi gościć cię, Dragonello w mym skromnym królestwie. Jestem również zaszczycony, że zgodziłaś się nam pomóc w obronie przed najeźdźcami.
Wzrok króla powiódł po wszystkich zgromadzonych magach.
- Wam również dziękuję – powiedział – Jak za pewno wiecie nasi najeźdźcy posługują się magią. My nie uciekamy się do wykorzystywania jej w walce a jedynie w leczeniu lub budownictwie. To zbyt mało abyśmy sami mogli się obronić. Wiem, że to dla naszych ludzi zniewaga prosić kogoś spoza królestwa o pomoc, więc proszę nie miejcie im za złe jeśli będą was traktowali oschle.
- Królu – odezwał się nagle chłopak o kasztanowych włosach które sięgały mu aż do szyi – Wciąż nie powiedziałeś nam dlaczego Taravisowie zaatakowali Crystalis. Czy możemy wiedzieć?
- Cóż – mężczyzna zamyślił się – To po części moja wina. Mogłem postąpić inaczej lecz w większości chodziło o moją córkę. W naszej tradycji kiedy dziewczyna królewskiego pochodzenia kończy osiemnaście lat powinna wyjść za mąż i objąć władzę, więc zaczęło zgłaszać się mnóstwo kandydatów.
Król głęboko westchnął.
- Niestety również Taravisowie z którymi mamy umowy handlowe dowiedzieli się o tym i wysłali swojego kandydata. Nie spodobał się ani mej córce ani mi, a jego kultura zbyt różniła się z naszą. Niestety Taravisowie źle przyjęli odmowę, zależy im na naszej ziemi i kryształach. Mamy ich od zawsze pod dostatkiem więc są dla nas normalnością i bezcennymi darami natury, niestety dla naszych byłych partnerów handlowych to tylko źródło zysku. Oczywiście chcą się również zemścić za zniewagę jakiej się dopuściliśmy odrzucając ich kandydata do ręki mojej córki.
Na twarzy króla Shiridiana odmalował się niepokój i zmartwienie. Dragonella była w stanie zrozumieć co musi czuć, ona do dziś obwinia się, że nie była wystarczająco silna aby ochronić swoich ludzi. Chciała się odezwać, gdy wyprzedziła ją Ashira.
- Nie martw się Shiridianie – uśmiechnęła się dziewczyna – Jesteśmy tu po to aby ci pomóc i zrobimy wszystko aby uratować twoje królestwo. Prawda?
Wszyscy zgromadzeni magowie, poza Willem który wydawał się być myślami w innym miejscu, zawtórowali jej okrzykiem entuzjazmu. Smocza dziewczyna pomyślała, że to niesamowite, że ci młodzi ludzie są w stanie bronić królestwa w którym jak się spodziewała nigdy wcześniej nawet nie byli.
Król w podziękowaniu oraz jako, że byli honorowymi gośćmi zaprosił ich wieczorem na kolację w jednej z królewskich sal. Choć zapowiedział że on sam niestety nie będzie na niej obecny to oświadczył, że poznają na niej jego córkę Crystalię. Dragonella zauważyła, że paru chłopaków uśmiechnęło się do siebie gdy tylko o niej usłyszeli. Przez jej głowę nawet przeszło podejrzenie, że uczestniczyli oni w obronie Crystalis tylko po to aby zdobyć serce księżniczki. Na tą myśl poczuła, że robi jej się słabo.
Choć przecież bywa tak, że miłość staje się najsilniejszą z motywacji.
Przed kolacją pozostało im jeszcze trochę czasu, więc wszyscy udali się do koszar gdzie przydzielono im skromniejsze pokoje, które wyglądem znacznie mniej przypominały pawilon w którym najpierw się znaleźli. Mimo to łóżka obszyte purpurowym materiałem z tiulowymi baldachimami i tak robiły wrażenie. Nie zamierzała się jednak zatrzymać w pokoju na długo, wolała wykorzystać czas przed kolacją na rozmowę z Willem, który nie odezwał się do niej jeszcze zanim wkroczyli w progi Crystalis.
Z impetem otworzyła drzwi i zastała go akurat gdy ostrzył swój miecz. Rzucił jej zimne spojrzenie na powitanie i powrócił do swojego zajęcia.
Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi i stojąc naprzeciwko niego skrzyżowała ręce.
- Nie sądziłam, że to powiem ale ta cisza z twojej strony mnie denerwuje jeszcze bardziej niż twoje niepotrzebne gadanie.
- Jesteśmy w obcym królestwie z obcymi ludźmi. Nie wolno im ufać.
- Wiem o tym – mruknęła.
- Więc ich obserwuj.
- Obserwuję.
W jednej chwili Will schował miecz i znalazł się przy Dragonelli. Pół smoczyca cofnęła się wpadając na ścianę.
- Zauważyłaś tych dwóch magów z białym pasmem we włosach którzy wyglądali jak bracia? Nieustanie cię obserwują odkąd tylko weszłaś do tamtej komnaty. Wiedzą kim jesteś i wiedzą jaka za ciebie jest nagroda. Jeśli na polu bitwy zostaniesz z nimi sama nie zawahają się ciebie zabić.
- Skąd ty...
- W porównaniu do ciebie obserwuję, ostatnia z Ludzi Ognia – posłał jej lekki uśmiech wracając na swoje miejsce, pozostawiając Dragonellę ze skwaszoną miną która pomyślała, że wolała go jednak jako niemowę.

***

Wkrótce przybyli strażnicy aby zaprowadzić ich na kolację. Dragonella przyjęła to z ulgą, przez podróż nie jadała zbyt często i czuła jak jej brzuch wykręca się z głodu. Oczywiście jak wszyscy była również ciekawa księżniczki Crystalii.
Strażnicy skierowali ich przez jeden z korytarzy na którym naprzeciw wyszła im skromnie ubrana dziewczyna. Gdy ich ujrzała powitała wszystkich szerokim, śnieżnobiałym uśmiechem.
- Witajcie, nazywam się Shelia – odezwała się dziewczyna, uprzednio lekko się im skłaniając – Jestem służącą oraz damą do towarzystwa księżniczki, pragnę was powitać w jej imieniu.
Dragonella zauważyła, że wszystkim magom którzy im towarzyszyli aż zaświeciły się oczy na widok służki. Pół smoczyca im się nie dziwiła, dziewczyna swą skromną urodą była w stanie zachwycić każdego. Wzdłuż jej ciała, aż do końca pleców, swobodnie opadały długie białe włosy pośród których świeciły drobne ozdoby wykonane z kryształów. Jej oczy rozświetlał łagodny błękit, a jej alabastrowa skóra koloru mleka niemal wydawała się gładka niczym alabaster.
Shelia zaprowadziła ich do sali jadalnej gdzie przy niskim stole na którym piętrzyły się już potrawy, ustawiono poduszki na których usiedli. Dragonellę poproszono o zajęcie miejsca blisko księżniczki, gdyż ta pragnęła osobiście poznać Królową Smoków. Na ten rozkaz większość chłopaków mruknęła z niezadowoleniem, po czym zajęli inne miejsca. Obok Dargonelli zasiadła Leonitrix która wciąż patrzyła na wszystko z zachwytem niczym małe dziecko, oraz Will który będąc na baczności nie spuszczał podejrzanych mężczyzn z oka.
Wkrótce pojawiła się również księżniczka Crystalia w błękitnych, królewskich szatach, z upiętymi w wytworną fryzurę, długimi białymi włosami których końcówki zabarwiono na czarno i szaro. Wraz z wszystkimi szlachetnymi kamieniami wplecionymi w jej strój wyglądała jeszcze wspanialej od swojej służącej, emanującej skromną urodą. Zasiadła u szczytu stołu, uprzednio wszystkich serdecznie witając.
Jej uwaga jednak niemal natychmiast skupiła się na Smoczej Królowej. Zaczęła zadawać jej mnóstwo pytać dotyczących jej pochodzenia, umiejętności i smoków, że Dragonella czuła się niezręcznie i większość z nich musiała grzecznie wymijać, zatapiając zęby w wykwintnie przygotowanym mięsie. Nie lubiła rozmawiać o sobie a tym bardziej o swojej przeszłości czy Dragon Haven. W głębi duszy miała nadzieję, że rozmowa w końcu zejdzie na inny temat.
- Widzę, że masz złamane skrzydło – zauważyła nagle Crystalia, po czym zwróciła się do swojej służącej – Shelio, proszę podejdź tu na chwilę.
Dziewczyna posłusznie podeszła bliżej, odgarniając na bok pasmo długich białych włosów oraz poprawiając swoją skromną, szarą sukienkę.
- Czego sobie życzysz, pani?
- Słyszałam że twoje umiejętności magiczne się poprawiły – uśmiechnęła się i wskazała na pół smoczycę – Czy była byś w stanie uzdrowić złamane skrzydło naszego gościa?
- Zrobię co tylko mogę – odpowiedziała Shelia i usiadła bokiem przy Dragonelli.
Przy stole zapanowała nagle cisza, wszyscy w skupieniu obserwowali jak młoda służka w skupieniu zamknęła mocno oczy. Swoją siłę skoncentrowała w delikatne dłonie w których wkrótce zalśniło złote światło. Dziewczyna powoli otworzyła oczy i skierowała swój czar na złamane skrzydło Dragonelli.
- Może odrobinę zaboleć – powiedziała Shelia i przyłożyła dłonie do rany.
Smocza Królowa w jednej chwili poczuła ogromne ukłucie w zranionym skrzydle. Miewała silniejsze bóle, lecz mimo wszystko zacisnęła mocno zęby. Kiedy Shelia odłożyła od niej swoje ręce w jednej chwili poczuła ulgę. Gdy rozłożyła skrzydło ku swojemu zdziwieniu stwierdziła, że po złamaniu nie ma ani śladu.
- Dziękuję, księżniczko – niemal natychmiast odparła, nie mogąc zapanować nad szczęściem.
Tak dawno nie wzbijała się w powietrze, że już niemal zapomniała jakie to wspaniałe uczucie, a nie wiedziała ile jej samodzielna kuracja by jeszcze potrwała. Po za tym umiejętność latania sprawi, że będzie mogła znów w pełni wykorzystać swoje siły w walce.
- Nie dziękuj mi, lecz Shelii – uśmiechnęła się Crystalia – To ona cię uzdrowiła.
Dragonella uśmiechnęła się i już miała podziękować Shelii za uzdrowienie kiedy nagle usłyszeli krzyk strażników i dźwięk alarmu. Na twarzy białowłosej dziewczyny zapanowało przerażenie. Natychmiast odstąpiła od stołu.
- Wszyscy do obrony – krzyczała w stronę magów i strażników – Zabierzcie księżniczkę i rodzinę królewską do schronu. Szybko!
Wszyscy wstali ze swoich miejsc, część z nich pobiegła wraz ze strażnikami, inni zajęli się eksportowaniem księżniczki. Jedynie nowi magowie nie wiedzieli co robić, więc podbiegli do Shelii która jako jedyna wydawała się panować nad sytuacją, która widocznie nie zdarzyła się po raz pierwszy.

- To Taravisowie – rzuciła przez ramię dziewczyna, tłumacząc im i nie odstępując swojej pani – Znowu nas zaatakowali. Szykujcie się, to będzie długa noc.  

sobota, 23 lipca 2016

Rozdział 3: Wędrówka i pewna żółtowłosa czarodziejka



Zachodzące słońce okryło ziemie Estherios swymi promieniami, muskając twarze dwójki podróżujących magów przez półpustynne stepy. Porywisty wiatr targał ich zwiewne płaszcze, które skrywały mroczne oblicza gdzie niespokojnie biły rozbite na tysiące kawałków, zranione serca.
Will, który nigdy nie narzekał na zmęczenie uparcie dążąc do celu swojej podróży, czuł że zaczynały go boleć nogi od ciągłej wędrówki. Do karczmy dotarli pod wieczór, co niestety okazało się nie wystarczająco wcześnie więc nie dostali dodatkowej zapłaty za zlecenie. Ramel zapłacił im tylko czterdzieści colibrów, ponieważ stwierdził że zebrane kwiaty są zbyt pogniecione. Nie udało im się kupić konia, więc jedno z nich wciąż musiało iść.
Gdy szli był pełen podziwu dla Dragonelli, która ani razu nie narzekała podczas ciągłego marszu. Co prawda teraz jechała na jego koniu, ponieważ mimo że nic nie mówiła wiedział, że najlepiej upadła by na ziemię ze zmęczenia. Wyprostowana, w dostojnej pozycji swój wzrok cały czas bacznie miała skierowany przed siebie, dzięki czemu Will od czasu do czasu mógł się jej przyjrzeć. W końcu jeszcze nigdy nie miał styczności z takim stworzeniem.
Najbardziej nie mógł się nadziwić długimi, czarnymi skrzydłami Dargonelli. Wydawało się, że załamane skrzydło ma się zdecydowanie lepiej i, że za niedługo będzie wystarczająco sprawne aby unieść pół smoczycę w powietrze. On sam zawsze zastanawiał się jak to jest latać daleko pośród otchłani błękitnych niebios, wolnym niczym ptak z daleka od wszelkich problemów i ludzkiego cierpienia. Mógł się o tym przekonać wsiadając na smoka, ale nigdy by tego nie zrobił. Nawet jeśli Caireen żyła to smoki mu ją odebrały, a on nigdy nie zamierzał im wybaczyć.
Caireen. Za każdym razem kiedy o niej myślał w jego głowie pojawiało się tysiące pytań z nią związanych na które pragnął znaleźć odpowiedź odkąd dowiedział się, że prawdopodobnie żyje. Zwrócił swój wzrok w kierunku Dragonelli, chcąc jej jedno z nich zadać gdy spostrzegł, że dziewczyna zatrzymała konia i wpatruje się do górę, wprost na niebo mieniące się kolorami zachodzącego słońca. Will również spojrzał w tamtym kierunku, podziwiając chmury barw pomarańczy, purpury i żółci. Ten widok zaparł mu dech w piersi, zresztą wydawało się że nie tylko jemu.
- Zróbmy sobie postój wcześniej – odezwała się Dragonella, nie spuszczając wzroku z nieba.
W odpowiedzi Will kiwnął głową i zeszli z kamienistej drogi, zagłębiając się w pustkowie stepu aby rozbić mały obóz. Zatrzymali się u boku jednej z gór, tuż przed rzadko porośniętym drzewami lasem. Smoczy łowca pomógł w nim nazbierać Dragonelli chrustu na opał, składającego się z pojedynczych gałęzi drzew jakie znaleźli na ziemi. Przez cały ten czas Will układał sobie w głowie pytania dotyczące Caireen, które zamierzał zadać pół smoczycy kiedy usiądą przy ognisku. Te pytania od wielu dni wciąż nie dawały mu zasnąć i pastwiły się nad nim niczym stado żerujących ptaków nad świeżą padliną. Musiał znać odpowiedzi, choćby po to aby móc choćby na ten krótki czas zaufać Dragonelli.
Kiedy zaszło słońce, a ciepłe odcienie czerwieni i pomarańczy zastąpiło gwieździste niebo, rozpalili ognisko. Siedzieli w milczeniu, wpatrując się w tańczące pośród pojedynczych gałęzi płomienie. Will spojrzał na Dragonellę, która w zamyśleniu, z posępną miną wpatrywała się w ogień. Wziął głęboki oddech.
- Zastanawia mnie jedna rzecz – odparł, starając się w swój głos nie wkładać jakikolwiek uczuć.
- Jaka? - spytała Dragonella, równie oziębłym tonem.
- Chodzi o Caireen.
Uniosła głowę, pochwytając spojrzenie Willa. Natychmiast odwróciła wzrok.
- Pewno zastanawia cię, że skoro ona żyje to dlaczego przez te wszystkie lata się do ciebie nie odezwała. I nadal masz wątpliwości czy ja cię nie oszukuje.
Will potwierdził jej słowa kiwnięciem głowy. Nie był pewien jaki ton przybierze jego głos kiedy rozmawiali o jego ukochanej, o której przez tyle lat myślał jako o martwej.
- No cóż... - westchnęła Dragonella, po czym zamilkła jak by zastanawiała się nad doborem odpowiednich słów – Na pewno wiesz o tym, że Caireen miała zaniki pamięci? Pamiętała tylko swoje imię, prawda? Chodzi o to, że... pomogłam jej odzyskać wspomnienia.
- Jak?! - uniósł głos Will.
- Bo widzisz... ona, znaczy my... pochodziłyśmy z tej samej wioski. Mocno związanej ze smokami.
- Mówisz o Dragon Haven? - nagle przerwał jej Will, kiedy przypomniał sobie, że Caireen odnaleziono bez wspomnień niedaleko wioski o tej nazwie.
W jednej chwili Dragonella uniosła wzrok, pełen przerażenia. Jej usta lekko się otwarły, jak by sama nazwa tego miejsca budziła w niej lęk i zgrozę. Chcąc uniknąć wzroku Willa, pośpiesznie schowała swoją twarz w dłoniach.
- Dokończymy tą rozmowę kiedy indziej – powiedział Will, nie chcąc rozdrapywać w Dragonelli dawnych ran. Tak samo jak nie chciał rozmyślać o historii Dragon Haven, przeklętego miasta smoków.
Położył się pod najbliższym drzewem, mając za materac wełniany koc, a za okrycie swój czarny płaszcz ze smoczej skóry. Gdy się oddalił, Dragonella podniosła głowę i jeszcze przez chwilę wpatrywała się w żarzące się ognisko, głęboko zanurzona wśród rozmyśleń, może i wśród swoich bolesnych wspomnień.
Will odwrócił od niej spojrzenie, sam krążąc myślami nad Caireen. Pamiętał pierwszy dzień kiedy ją spotkał, tak wyraźnie i dokładnie jak by to było zaledwie wczoraj.
Rok po tym jak wyjechał, a właściwie uciekł z zamku swego ojca był już całkiem nieźle opłacalnym smoczym łowcą, mającym liczne umowy z garbarzami i rzeźnikami którym dostarczał skórę i mięso smoków. Udało mu się nawet kupić mały, skromny dom zbudowany z kamienia i drewna, mieszczący się nieopodal lasu i małego miasteczka Rosenberry. Chciał mieć miejsce do którego zawsze mógł wracać, a za nic w życiu nie pozwolił by sobie na ponowne zamieszkanie w zamku.
Pewnego dnia wracał z polowania, ciągnąc na koniu za sobą drewniany powóz wypełniony aż po brzegi mnóstwem smoczej skóry. Spodziewał się dostać za towar dwadzieścia złotych colibrów, a taką cenę mógł wytargować tylko u swojego starego przyjaciela Angusa, który wyrabiał skóry.
Gdy dotarł na miejsce, jak zawsze obrzucił wzrokiem dom starego garbarza. Budynek zbudowany z kamiennych bloków i wzmacniany drewnianymi belkami, zdecydowanie górował nad skromną chatą Willa. Posiadał aż trzy piętra, wraz ze strychem gdzie ponoć Angus przechowywał jakieś cenne starocie, w tym magiczne księgi obite smoczą skórą.
Kiedy Will podchodził bliżej do drzwi, nagle zauważył, że firanka w oknie na drugim piętrze się poruszyła, zupełnie jak by ktoś go podglądał. Gdy spojrzał ponownie w tamtym kierunku nikogo nie było. Zdziwiło go ten widok, ponieważ Angus mieszkał sam i jak mówił nie używał drugiego i trzeciego piętra. Podszedł bliżej i zastukał metalową kołatką we drzwi. Usłyszał szybkie, lekkie kroki, zdecydowanie nie należące do Angusa, i po chwili z cichym skrzypem otwarły się przed nim drzwi. Chciał zobaczyć kto mu jej otworzył, lecz tajemnicza osoba o nikłych krokach zniknęła. Niepewnie wszedł do środka, zatrzaskując za sobą drzwi.
Do skromnego przedpokoju wszedł Angus aby przywitać Willa. Miał na sobie czarne, robocze spodnie, brązową koszule i fartuch na którym widniało mnóstwo plam od farb. Na jego opalonej twarzy, pojawiło się więcej zmarszczek, a wśród burzy kasztanowych loków przybyło więcej siwych włosów. Oprócz tego jego przyjaciel nic się nie zmienił.
- Witaj William – odparł z uśmiechem na twarzy, ściskając rękę smoczego łowcy – Proszę, wejdź do jadalni.
Oby dwaj skierowali się w stronę pokoju jadalnego, przechodząc przez pusty salon. Znajdował się w nim drewniany stolik i dwie kanapy obite smoczą skórą, podobnie jak prawie wszystkie siedzenia i fotele znajdujące się w domu Angusa. Willa szczerze nie podzielał gustu do dekoracji wnętrz z przyjacielem.
Gdy dotarli do przestronnej jadalni, oby dwaj usiedli przy długim stole wykonanym z jesionowego drewna, przy którym mogło zasiąść do dwunastu osób. Angus zajął miejsce u jednego z dwóch szczytów stołu, a Will usiadł zaraz obok.
-Co cię tym razem do mnie sprowadza, przyjacielu? Masz ze sobą jakieś skóry?
- Tak. Dość sporo czarnych, jedna skóra bordowa.
- Ile za nie chcesz?
- Dwadzieścia złotych colibrów – podał cenę bez wahania, dobrym sposobem na targowanie się była bezpośredniość.
Angus przetarł zmarszczone czoło, zdziwiony wysoką ceną, lecz w końcu posłał Willowi szeroki uśmiech.
- A niech ci będzie – powiedział, machając ręką – Ale pozwolisz, że kimś ci się pochwalę.
Will zmarszczył czoło. Nie spodziewał się, że Angus tak łatwo mu ustąpi, ale widocznie był zbyt szczęśliwy aby się z nim kłócić podczas targowania. Dlatego czarnowłosego bardziej zaciekawiła osoba którą miał za chwilę poznać i która tak uszczęśliwiła jego przyjaciela. Czyżby to była kobieta? To by wyjaśniało dlaczego ta postać tak cicho stawiała kroki. Być może Angus ponownie się ożenił.
Uśmiechnął się i kiwnął głową, jak najprędzej chcąc poznać wybrankę swojego przyjaciela.
- Caireen! - zawołał garbarz, kierując swój krzyk w stronę kuchni – Choć tu na chwile... i przynieś nam dwa piwa!
Will usłyszał nagle krzątanie w kuchni, i już po chwili do pokoju weszła dziewczyna na której widok zaparło mu dech w piersi. Caireen szła nieśmiałym krokiem w ich kierunku, trzymając tacę z dwoma kuflami wypełnionym po brzeg trunkiem. Wzrok miała spuszczony, a na jedno z błękitnych oczu spływały długie kasztanowe włosy, jak by pragnęła się za nimi ukryć, chowając alabastrową twarz o subtelnych rysach. Falbaniastymi kaskadami włosy sięgały jej aż do końca pleców, tworząc dodatkowe, delikatne okrycie. Odziana w białą, za dużą koszulę, ciasno ściśniętą w tali skórzanym gorsetem ostrożnie stawiała kroki aby nie potknąć się o długą spódnice która ciągnęła się aż do kostek.
W pierwszej chwili Will pomyślał, że tak musiała wyglądać jedna z bogini którą wielbili niektórzy ludzie. Wiele raz widywał na dworze wysoko urodzone szlachcianki czy księżniczki które przyjeżdżały wraz ze swoją świtą, w odwiedziny królowi Gerardowi, lecz zawsze wydawały mu się zbyt sztuczne. Ich twarz wręcz tonęła w nałożonych na nią kosmetykach, a całe ich zachowanie zawsze wydawało mu się wyuczone. Ich uroda daleko odbiegała od delikatnej naturalności jaką promieniowała Caireen. Jej piękno sprawiało, że samemu Willowi zrobiło się cieplej na sercu i w pełni mógł zrozumieć dlaczego jego przyjaciel był taki uszczęśliwiony.
Dziewczyna położyła kufle na stole i trzymając metalową tackę przy piersi, stanęła pod ścianą. Gdy zorientowała się, że Will cały czas jej się przypatruje lekko się zarumieniła i spuściła wzrok na podłogę.
- Niezła, co nie? - odparł Angus, biorąc łyk piwa – Kupiłem ją za zaledwie trzydzieści złotych colibrów i...
- Kupiłeś?! - przerwał mu nagle Will, zdziwiony jego słowami – Przecież wiesz, że handel niewolnikami jest nielegalny.
Angus machnął lekceważąco ręką.
- Wiem o tym, ale kiedy ją zobaczyłem nie mogłem się powstrzymać. Tak pusto w tej chałupie, a choć przydatna jest jak kundel to przynajmniej można sobie na coś ładnego popatrzeć, nie? Gotować nie umie, sprzątać też. Ponoć straciła pamięć.
- Jak to straciła?
- Normalnie! Jacyś handlarze niewolników znaleźli ją niedaleko Dragon Haven. Słyszałeś co tam się stało, prawda? Ta ślicznotka musiała stamtąd pochodzić... może nawet lepiej dla niej, że nic nie pamięta. Tak czy inaczej to czyni ją jeszcze bardziej wartą, niewolnik bez wspomnień nie wie co to wolność i nie ma dokąd uciec.
Dziewczyna przetarła policzek, jak by ocierała łzę. Willowi zrobiło mu się jej żal. Nie wiedziała kim jest, nie pamiętała swoich bliskich, a wszystkie wspomnienia jakie miała pochodziły z jej niewolniczego życia. Nie wierzył, że ktoś o tak niewinnym wyglądzie, może mieć za sobą tak tragiczną historię.
- No cóż – westchnął Angus, wychylając za jednym chlustem całą zawartość kufla – Nie jest jej u mnie tak źle, co nie ślicznotko?
To powiedziawszy chwycił Caireen nagle za rękę i brutalnie przyciągnął do siebie. Przerażona cicho jęknęła ze strachu, mocno zaciskając oczy i spodziewając się najgorszego. Poruszony jej historią Will nie mógł na to dłużej patrzeć. Wstał z krzesła z zamiarem ich rozdzielenia, kiedy Angus puścił kruchy nadgarstek dziewczyny, pchając ją całą siłą na podłogę. Dziewczyna upadła, uderzając głową o ścianę. Krzyknęła z bólu, a Will natychmiast się przy niej znalazł.
- Daj spokój, pobeczy i sobie pójdzie – powiedział Angus, wypijając piwo z drugiego kufla.
Nie usłuchał starego garbarza i chwycił dziewczynę za delikatną rękę. Odwróciła się i oczami z których po bladych policzkach spływały łzy, obdarowała Willa spojrzeniem pełnym wdzięczności. Jej okrągłe oczy koloru błękitu niebios sprawiły, że serce smoczego łowcy zabiło szybciej. Sposób w jaki na niego spoglądała, sprawiał że czuł się zupełnie innym, wartościowym człowiekiem.
Pośpiesznie pomógł jej wstać i podał tacę która również z hukiem upadła na drewnianą podłogę.
- Dziękuje – szepnęła łagodnym głosem, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła wychodząc z jadalni.
Will również się odwrócił w kierunku Angusa. Jego przyjaciel z pijackim uśmiechem wysunął mu sakiewkę z dwudziestoma złotymi colibrami i pożegnał go słabym uściśnięciem ręki. Smoczy łowca zrozumiał, że musiał już coś wcześnie pić, ponieważ teraz był całkowicie upojony alkoholem. Willowi pozostawało mieć nadzieję, że w żaden sposób nie skrzywdzi Caireen.
Wyszedł z jadalni i przechodząc przez salon doszedł do drzwi. Zamknął je z głośnym trzaśnięciem i oddalił się wychodząc na zewnątrz. Zaparkował powóz ze skórami za domem Angusa i odczepił go od swojego czarnego ogiera. Wyprowadził konia na przód domu i zanim na niego wsiadł spojrzał ostatni raz w stronę domu garbarza. Jeszcze nigdy nie czuł takiego wstrętu i obrzydzenia do swojego przyjaciela. Zawsze darzył go wysokim szacunkiem i podziwem, ponieważ spod jego rąk wychodziły naprawdę dobrej jakości skóry. Teraz wszystko się zmieniło. Czuł, że nie może już mu spojrzeć w oczy po tym jak traktuję tą biedną dziewczynę.
Nagle za jednym z okien poruszyła się śnieżnobiała firanka. Caireen. Tym razem nie uciekła przed jego spojrzeniem, a je pochwyciła. Will westchnął głęboko na jej widok. Zdążyło się już ściemnić, a gwieździste niebo rozświetlał blady księżyc, który swą srebrzystą poświatą sprawił, że Caireen wyglądała jeszcze piękniej. Lekko się uśmiechnęła na jego widok, a serce smoczego łowcy znów zabiło szybciej. Dziewczyna w końcu się odwróciła, przedtem słabo machając Willowi na pożegnanie.
Odjeżdżając jego myśli, podobnie jak teraz krążyły wokół piękności która śmiało mogła być stworzona rękami bóstwa. Wiedział, że ona nie zasługuje aby dłużej być niewolnicą i pragnął dla niej lepszego życia. Tej nocy obiecał sobie, że pewnego dnia ją ze sobą zabierze i sprawi, że uśmiech na zawsze zagości na jej subtelnych ustach.

***

W podróż wyruszyli gdy tylko zdążyło wzejść słońce, pożywiając się przedtem skromnym prowiantem który miał im starczyć na cały dzień. Kierując drogą prowadzącą przez trawiaste stepy, w południe udało im się dotrzeć w obręb lasu. Rosły w nim ogromne drzewa osiągające nawet kilkadziesiąt metrów, gdzie mogło czaić się wiele niebezpieczeństw, dlatego wszystkie ich zmysły były wyostrzone. W każdej chwili chcieli być gotowi do walki.
I rzeczywiście kiedy dotarli nad polanę, niedaleko przepływającego strumienia Dragonella nagle się zatrzymała, ostrożnie rozglądając się po otaczającym ją miejscu.
- Tu jest za cicho – w końcu odparła – A niedaleko jest strumień, więc powinno tu wręcz tętnić życiem.
Will również przystanął i wsłuchał się w leśne otoczenie. Po chwili przyznał pół smoczycy rację, nie słysząc oprócz szumu wody i wiejącego lekko wiatru niemal nic. Wszystkie ptaki których odgłosy towarzyszyły im całą drogę przez las zamilkły.
Ostrożnie ruszyli do przodu gdy nagle drogę im zagrodziła dziewczyna która wyglądała jak by co najmniej okradła sklep z tanią odzieżą dla magów. Jej długie włosy sięgające do pasa były koloru żółtego, podobnie jak cały strój który składał się z falbaniastej sukienki do kolan, ze zwiewnymi rękawami odsłaniającymi jej ramiona i licznych ozdób w tym czarnej koli na szyi i wiszącego, złotego medalionu.
- Ty! Jesteś Dragonella, Królowa Smoków! Najbardziej poszukiwane stworzenie w całym Estherios! - odparła entuzjastycznie i zaczęła machać palcem uwalniając jakiś czar - Szykuj się! Bowiem to może być twoja ostatnia walka.
Pół smoczyca przekrzywiła głowę, jak by nie wierzyła w słowa dziewczyny, która nie wyglądała na starszą niż trzynaście lat. Will również nie był pewien do jej prawdomówności. Albo dziewczyna była najwyraźniej nienormalna, że zdecydowała się zaatakować dwóch magów, albo jej moc była potężniejsza niż można się spodziewać.
Dziewczyna uniosła palec wskazujący do góry, kierując swój wzrok ku niebu. Will sięgnął po swój miecz, gotów do walki.
- Magia Wild Soul – krzyknęła żółtowłosa, otwierając dłoń – Aspekt lwa!
Nagle na czarodziejkę spadła złota poświata, która sprawiła że na głowie dziewczyny pojawiły się lwie uszy, a z tyłu wyrósł długi, koci ogon. Jej oczy zapłonęły żółtym lwim żarem, który mógłby należeć do drapieżcy chwilę przed atakiem na swoją ofiarę. Spojrzała na swoich przeciwników, z lekkim uśmiechem. Will spojrzał na Dragonellę która wyglądała na wyraźnie zaskoczoną.
- Magia... Wild Soul – z trudem wykrztusiła – Nie wierzę. To jedna z najpotężniejszych magi. Jak... jak jej się udało ją opanować?
- Jesteś pewna?
- Tak, czytałam o niej. Użytkownik tej magii przyjmuje różne cechy zwierząt które służą mu do walki, zwane są aspektami. Im więcej mag posiada aspektów i im bardziej są one rozwinięte tym jest silniejszy.
- Wiesz jak zneutralizować tą magię?
Dragonella spuściła wzrok, marszcząc brwi, jak by mocno myślała nad odpowiedzią, lecz w końcu znów spojrzała na Willa.
- Coś wymyślę – powiedziała i oddaliła się od Willa, wychodząc naprzeciw żółtowłosej dziewczynie.
- Czyli jednak nie tchórzysz? - zaśmiała się młoda czarodziejka - Cóż, to prawda że Wild Soul to jedna z najsilniejszych magii, dlatego ciesz się, że zginiesz z rąk kogoś takiego jak ja!
- Jesteś jeszcze bardziej zarozumiała niż Will. Denerwujesz mnie – odparła Dragonella, a wokół jej zaciśniętych pięści pojawiły płomienie które tym razem sięgały aż do łokci.
Oby dwie na siebie natarły, a siła ich ataków odrzuciła Willa aż pod pień jednego z drzew. Pośpieszne wstał i ruszył aby pomóc Dragonelli, lecz w połowie drogi zatrzymał się. Spodziewał się, że dziewczyna będzie ledwo w stanie walczyć lecz Smocza Królowa radziła sobie całkiem nieźle, jak na osobę ze złamanym skrzydłem.
Żółtowłosa zaatakowała, lecz nie trafiła w Dragonellę która w ostatniej chwili zrobiła unik i uderzyła swoją przeciwniczkę prosto w brzuch. Dziewczyna uderzyła o ziemię, z której tak szybko wstała jak się na niej pojawiła. Nie wyglądała na poturbowaną, choć Will był pewien że atak pół smoczycy musiał być bolesny. Zanim zdążył się zastanowić dziewczyna warknęła niczym dzikie zwierze i złączyła swoje dłonie w pięści które o siebie uderzyły. Nad jej głową pojawiła się świetlista głowa ryczącego lwa, a oczy czarodziejki przepełnione dzikim gniewem przybrały niemal bursztynową barwę.
Ponownie zaatakowała, tym razem Smoczej Królowej zajęło zdecydowanie dłużej odpieranie ataków dziewczyny. Jej przeciwniczka wydawała się władać znacznie większą siłą, a jej ciosy były bardziej celne i zwinne. W pewnym momencie Dragonella spudłowała, co walcząca z nią dziewczyna idealnie wykorzystała. Z dzikim wrzaskiem zaatakowała pół smoczycę wprost w klatkę piersiową na skutek czego Smocza Królowa z hukiem odbiła się o drzewo, lądując na ziemi.
- Ha! Nie sądziłam, że będzie aż tak łatwo – zaśmiała się żółtowłosa – Szykuj się na ostateczny cios, Dragonello.
Willa zaczął gryźć niepokój o życie swojej towarzyszki. Musiał ją obronić nie tylko ze względu, że potrzebował jej żywej, ale wiedział że Dragonella zasługuje na znacznie godniejszą śmierć niż z rąk jakieś początkującej czarodziejki, której jakimś cudem udało się nauczyć magii Wild Soul.
Już chciał zaszarżować, gdy z ziemi, na trzęsących się rękach, podniosła się pół smoczyca. Jej szmaragdowe oczy zapłonęły gniewem i nienawiścią, a spojrzenie które nimi posyłała mogło by wzbudzić strach nawet u najodważniejszych. Will zrozumiał, że do tej pory Dragonella tylko bawiła się z tą dziewczyną. Teraz jej przeciwniczka miała zaznać prawdziwej mocy Królowej Smoków.
Gdy tylko obolała stanęła na nogach, cała jej postać zapłonęła piekielnym, smoczym ogniem spalając przy tym nawet płaszcz który ją odziewał. Rozłożyła skrzydła, złamane trochę mniej, i za pomocą płomieni które ją skąpały uniosła się o niecałe dwa metry ponad ziemią, sprawiając że podłoże zadrżało. Will rzucił okiem na żółtowłosą dziewczynę, którą ogarnął strach na widok ognistej kreatury, która wyglądała jak by pochodziła z najgłębszych otchłani piekieł.
- Ty która odważyłaś się zadrzeć z Królową Smoków – głos którym mówiła Dragonella, wydawał się do niej nie należeć, zupełnie jak by przemawiało nim tysiące utrapionych dusz – Ty, która odważyłaś wejść mi w drogę. Spotka cię za to kara, wymierzona wprost z piekieł.
Czarodziejka przełknęła głośno ślinę.
- Magia Wild Soul – krzyknęła, unosząc otwartą dłoń do góry – Aspekt sokoła!
Na skutek czaru, nagle z tyłu żółtowłosej rozwinęły się dwa skrzydła o szarym i brązowym upierzeniu, a oczy które do tego czasu iskrzyły żółtym, lwim żarem stały się szare. Dziewczyna wzbiła się do góry na wysokość Dragonelli i wykorzystując swoją szybkość w locie, oraz niezwykle czuły wzrok zadawała serię mnóstwa lekkich, lecz niesamowicie szybkich ciosów. Smocza Królowa większość z nich wyminęła, posyłając w stronę dziewczyny strumienie ognistej magi. Tą imponującą walkę w locie Will podziwiał z góry, nie mogąc się nadziwić jak pół smoczyca ze złamanym skrzydłem mogła tak walczyć, niemal idealnie odpierając lub wymijając ciosy. Wydawało się, że wściekłość którą za pewnie czuła znieczuliła jej ból i przywróciła jej dawną formę w której była niemal niepokonana.
Żółtowłosa warknęła z wściekłości, kiedy po raz kolejny Dragonella odparła jej atak. Przerażona wizją przegranej zaatakowała całą sobą, wykorzystując swoją resztki sił jakie posiadała. Pół smoczyca uniosła się o metr wyżej i zionęła ogniem na wprost lecącą na nią przeciwniczkę. Płomienie były tak silne, że nawet jeśli dziewczynie udało by się w porę je zauważyć, nie zdołała by ich wyminąć. Krzyknęła z bólu i strącona z powietrza odbiła się o drzewo, o które próbowała się złapać i upadła na ziemię.
Dragonella pomału, stopniowo obniżając siłę swoich płomieni zeszła na ziemię, a gdy zgasł ostatni język ognia który wytworzyła, również ten w jej oczach, podeszła bliżej do swojej pokonanej przeciwniczki.
- Tak jak sądziłam – uśmiechnęła się, a jej głos zyskał dawną barwę – Twoja magia może i jest jedną z najsilniejszych jakie istnieją, ale to nie rodzaj magi czynni cię potężnym a to ile włożyłeś w niej pracy oraz ile masz doświadczenia. Niech twoje rany będą dla ciebie wystarczającą karą.
To mówiąc kiwnęła porozumiewawczo w stronę Willa, dając mu do zrozumienia aby wyruszali w dalszą drogę. Nie było po niej widać ani trochę zmęczenia, zupełnie jak by ogień ją pobudził i dodał sił.
Żółtowłosa dziewczyna, która po upadku leżała bezwładnie na ziemi, z po części osmalonym ubraniem, uniosła lekko głowę.
- Czekaj – odparła słabo, wysuwając rękę w stronę odchodzącej Dragonelli – Chcę iść z wami.
Oby dwoje wędrowców posłało jej spojrzenie pełne zdziwienia.
- To nie jest wycieczka – powiedziała sucho pół smoczyca – Mamy ważny cel do spełnienia.
- Proszę! - mówiła żółtowłosa, której udało się usiąść podpierając o trzęsące się ręce – Ja... obiecałam sobie, że pierwszy mag który mnie pokona... że będę mu służyć. Nie możesz mi odmówić.
Dragonella skrzyżowała ręce i uniosła jedną brew do góry. Spojrzała bezradnie na Willa, jak by chciała go prosić go o radę lecz w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami, podpierając się ręką o najbliższe drzewo.
- Mogę wam pomóc w zleceniach! Sama mówiłaś, że moja magia jest jedną z najpotężniejszych. Pozwól mi się podszkolić a naprawdę będę pomocna, Smocza Królowo.
Pół smoczyca podrapała się po głowie, głęboko rozważając nad propozycją żółtowłosej, aż w końcu głęboko westchnęła.
- No dobrze – odparła, a na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki uśmiech – Mogła bym się zgodzić, ale co jeżeli to podstęp? Co jeżeli wciąż chcesz mnie zabić?
- O nie! - wykrzyknęła żółtowłosa – Wiele można mi zarzucić. Że nie do końca umiem posługiwać się moją magią, że nigdy nie wiem co na siebie włożyć, ale nie to że nie jestem wierna i honorowa. Jeśli przyrzeknę ci służyć i towarzyszyć, to możesz mieć moje słowo.
- W takim razie jak cię zwą? - spytał się Will, wiedząc że decyzja jest już przesądzona. Nawet jeśli Dragonella nie zdecydowała by się jej ze sobą zabrać, dziewczyna z pewnością za nimi pójdzie. O jej uporze miał okazję się przekonać oglądając przed chwilą walkę w której uczestniczyła.
- Leonitrix – uśmiechnęła się szeroko, podnosząc się z ziemi i stając o własnych nogach, widocznie dumna z tego niespotykanego imienia.
- Leonitrix? - zdziwił się Will – Mam cię zdrabniać Leo? Czy to nie jest czasami męskie...
- Leone! - przerwała mu dziewczyna – Albo Trix. Ale dla ciebie jestem magiem Leonitrix, bez zdrobnień. Tylko Dragonella jako moja mistrzyni może się tak do mnie zwracać. Ty musiał byś mnie pokonać aby móc zdrobnić moje szlachetne imię.
- Nie lubię zdrobnień – wtrąciła pół smoczyca.
- Wolał bym z tobą nie walczyć – mruknął z uśmiechem Will, krzyżując ręce – Gdy byś miała dwóch mistrzów było by to dla ciebie trochę kłopotliwe.
Twarz Leonitrix zapłonęła gniewem, przybierając różowych rumieńców. Mimo, że przed chwilą walczyła z Dragonellą i została porażona naprawdę silnym, ognistym atakiem, teraz wyglądała jak by znów była gotowa do kolejnej walki.
- Ah tak! Ale ja z tobą mogę, a wtedy...
- Ej, dosyć – przerwała jej Dragonella kładąc rękę na ramieniu – Skoro mam być twoim... mistrzem to ci zakazuje walczyć z tym smoczym łowcą. Potrzebny mi jest żywy, a czeka nas jeszcze długa droga.
Leonitrix głęboko westchnęła, wyraźnie rozczarowana.
- No dobrze, mistrzu – jej twarz w jednej chwili rozświetlił szeroki uśmiech – To gdzie idziemy?
Will złapał swojego konia za uzdę, który przyzwyczajony do ognia po smoczych polowaniach swojego właściciela,
nie uciekł. Odwrócił się w kierunku Leonitrix, która w wyczekiwaniu wlepiła w niego swój wzrok.
- W kierunku Dragon Village.

***

Siedząc przy ognisku, Will ostrzył swój miecz o sztylet który miał przy sobie do patroszenia zwierzyny, a Dragonella przygotowywała jedzenie jakie udało się Leonitrix wcześniej zdobyć. Chciała udowodnić, że mimo przegranej walki jej umiejętności są naprawdę przydatne i upolowała dwa zające, które nabite na ruszt piekły się nad rozpalonym ogniskiem. Zółtowłosa dziewczyna owinęła się wełnianym kocem, siedząc na spruchniałej kłodzie, ze spuszczonym wzrokiem jak by nad czymś rozmyślała.
- W takim razie powiedz mi, Leonitrix – zagadnęła Dragonella która usiadła obok dziewczyny – Może wyjaśnisz nam dlaczego tak bardzo chciałaś mnie zabić.
Żółtowłosa głęboko westchnęła i podniosła swój wzrok na bijące ciepłem i żarem ognisko.
- Zależy mi aby się dostać do gildii Knightwalkers. To najsilniejsza gildia w całym Estherios, a ja bardzo chce aby mnie przyjęli. Tylko aby to zrobili trzeba im najpierw zapłacić sto złotych colibrów i czymś zaimponować. Gdy bym ciebie zabiła zyskała bym i pieniądze i uznanie.
Will pokręcił głową z niedowierzaniem. Słyszał o gildii Knightwalkers, ale nie darzył ją podziwem czy szacunkiem. Wymagali kosmicznych cen za swoje usługi, na które stać było zazwyczaj tylko wysoko urodzonych, w tym jego ojca. Nabawiało go to niechęcią do tej gildii, dla której z pozoru najważniejsze były tylko pieniądze.
- Po co chcesz się tam dostać? - spytał chłopak.
Żółtowłosa spojrzała na niego, zdziwiona że się odezwał. Choć może jej zaskoczenie wynikało z samego pytania, dla niej ta odpowiedź musiała być oczywista.
- To przecież najbardziej prestiżowa gildia! A sława o magach do niej należącej obiega cały znany nam świat. Choć właściwie... moja siostra tam jest od ponad roku. To moja najlepsza przyjaciółka, przestała nas odwiedzać bo ma tyle pracy więc chce być przy niej.
Twarz Leonitrix znów pogrążyła się w rozmyśleniach. Skuliła się, przysuwając nogi do piersi, spoglądając raz na Willa, raz na Dragonellę.
- A wy? - w końcu spytała - Królowa Smoków i smoczy łowca. Co razem robicie?
- Skąd wiesz, że jestem smoczym łowcą – zdziwił się Will.
- Twój płaszcz – wskazała Leonitrix na czarną płachtę, która okrywała Willa – Jest ze smoczej skóry. Tylko smoczy łowcy takie mają, albo wysoko urodzeni dla kaprysu... niestety wy na takich nie wyglądacie.
Zachichotała, a Dragonella która do tej pory uważnie się przysłuchiwała przewróciła oczami.
- Mamy pewną umową – odparła.
- Jaką? - spytała zaciekawiona żółtowłosa.
- Cóż – Dragonella odgarnęła pasmo długich włosów za ucho, jak by rozważała nad słowami. Widocznie uznała, że skoro Leonitrix ma im towarzyszyć przez dość spory kawał drogi to powinna wiedzieć.
- Chodzi o moją dziewczynę – przechwycił temat Will, widząc zakłopotanie pół smoczycy – Myślałem, że zabiły ją smoki ale Dragonella twierdzi, że jest w Dragon Village więc tam idziemy.
Leonitrix przytaknęła ze zrozumieniem.
- A co ona dostanie w zamian?
- Will ma kontakty na dworze – odezwała się Smocza Królowa - Mam nadzieję, że dzięki nim uda mi się przekonać Gerarda aby cofnął nakaz zabijania smoków jaki wprowadził.
- Oh, rozumiem – dziewczyna rozprostowała nogi – Jesteś ich królową, więc pewno musi to być dla ciebie okropne, że je zabijają. Osobiście bardzo lubię smoki, kiedy byłam mała kochałam wpatrywać się w te stworzenia unoszące się w przestworzach. Teraz większość z nich wyemigrowała, choć ponoć Estherios to ich ojczyzna.
Dragonella nie odpowiedziała. Widocznie nie chciała poruszać tematu związanego z zabijaniem stworzeń które tak bardzo kochała i chciała chronić. Zdjęła tylko upieczone nad ogniskiem mięso aby wszyscy razem mogli się pożywić.
Po kolacji, pierwsza z nich zasnęła Leonitrix, zawinięta w wełniany koc który pożyczył jej Will. Kiedy ona smacznie chrapała, zmęczona wrażeniami przebytego dnia, Dragonella wdrapała się na najbliższe drzewo aby odpocząć. Smoczy łowca wiedział, że dziewczyna nie śpi a wciąż męczyły go pytania związane z Caireen. Wiedział, że nie zaśnie dopóki chociaż nie spróbuje znaleźć na nie odpowiedzi.
Bez problemu wspiął się na drzewo, chwytając się licznych gałęzi i kory. W końcu udało mu się dostać na gałąź, obok której siedziała Dragonella. Odwrócona do niego dziewczyna, wpatrywała się w oślepiająco blady księżyc, który swą poświatą rozświetlał czarną niczym smoła noc.
- Przyszedłeś mnie zabić czy pytać o Caireen? - spytała, nie odwracając się.
- Pytać o Caireen.
- Cóż, wolała bym to pierwsze – westchnęła, wciąż nie spuszczając wzroku z nieba.
Will wziął głęboki oddech. Ciekawiło go dlaczego Dragonella nie chce rozmawiać o Caireen, choć mógł się domyślić, że to dlatego że pochodziły z tego samego miasteczka. Z przeklętego Dragon Haven. Z miejscem z którym na pewno miała okrutne wspomnienia... czy Caireen również je miała?
- Więc... kiedy Caireen odzyskała swoje wspomnienia dlaczego nie chciała do mnie wrócić? Albo chociaż powiedzieć mi, że żyje? Ja... naprawdę byłem załamany.
Dziewczyna odwróciła głowę.
- To co zrobiła to jej sprawa. Jeśli masz jakieś pytania to zadaj jej a nie mi.
- Ale kiedy?
Głęboko westchnęła, odwracając głowę w stronę nieba, a potem rozprzestrzeniającego się przed nimi mrocznego lasu jaki został im do pokonania.
- Już wkrótce, Will, wkrótce.