Gdy tylko rozległ się
dźwięk alarmu Will dobył miecza, który cały czas trzymał przy
sobie w skórzanej pochwie. Od samego początku nie tracił czujność,
a teraz jego łowieckie zmysły jak zawsze go nie zawiodły.
Od stołu przy którym
siedzieli natychmiast wstała Shelia i niczym dowódca oddziału
zaczęła rozdawać wszystkim polecenia, co robić aby obronić
rodzinę królewską i gdzie się udać. Przez głowę Willa
przemknęła myśl, czy białowłosa dziewczyna aby na pewno jest
tylko służącą. Ta myśl jednak zniknęła tak szybko jak się
pojawiła, gdy tylko księżniczka wraz z Shelią, paroma magami i
strażnikami udała się do schronu.
Do Willa podbiegła
Dragonella wraz z Leonitrix, na której twarzy malowało się wyraźne
przerażenie.
- Co... co teraz? -
wyjąkała.
- Nigdzie nas nie
zdążyli nawet przydzielić więc pewno mamy iść z innymi magami –
swój wzrok odwrócił w kierunku smoczej dziewczyny – A ty uważaj
na siebie, martwa mi się na nic nie przydasz. Nie ufaj nikomu.
- Tobie na pewno nie
zamierzam – odparowała i wraz z Leonitrix wtopiła się w tłum
magów i strażników którzy biegli korytarzem na zewnątrz.
Smoczy łowca głęboko
westchnął i ruszył za Dragonellą, zastanawiając się czy jest tu
po to aby walczyć przeciwko najeźdźcą Crystalis, czy też po to
aby upilnować Smoczą Królową żeby nie zdążyła się zabić
zanim doprowadzi go ona do Caireen (albo zanim on pewnego dnia z nią
skończy za jej arogancję i upór).
Udało mu się odnaleźć
swoje towarzyszki w tłumie, co w sumie nie należało do trudności,
zważając na ich charakterystyczny wygląd, lecz nie podszedł do
nich, wciąż starając się obserwować otoczenie. Ku jego uldze
choć również i zdziwieniu, bliźniaczy bracia wypieli się na
prowadzenie, najwyraźniej biorąc sobie obronę królestwa za
priorytet.
Gdy wybiegli na zewnątrz
z pałacu, wojsko zdążyło się już zmobilizować i podzielić na
grupy. Jedne z nich odprowadzały pozostałych cywilów którzy nie
opuścili miasta do schronów w pałacu, a drugie z bronią zajmowały
swoje pozycje biegnąc ku szczytu gór które otaczały dolinę,
gdzie leżało miasto. Większość magów również się tam udała.
Dragonella gdy tylko
znalazła się poza terenem pałacu wzbiła się powietrze, na swych
czarnych skrzydłach, które wydawały się podobnie jak ona
wyczekiwać upragnionego lotu. Smocza dziewczyna poleciała ku
szczytu góry, gdzie zatrzymała się w powietrzu. Wkrótce dołączyła
do niej Leone która wcześniej wykrzykując zaklęcie, również
wzbiła się ku niebu zdobionego błękitem i purpurą.
Wkrótce Willowi udało
się wspiąć wraz z innymi po stromych schodach na szczyt z którego
rozprzestrzeniał się niesamowity widok na ocean. Za jego horyzontem
zachodziło słońce, swym blaskiem barwiąc niebo na odcienie
pomarańczu, który mieszał się z wieczorną purpurą i szarością.
Co jednak jeszcze bardziej zaimponowało Willowi były wyrastające z
ziemi ciemnoróżowe i białe kryształy które tworzyły mur, prawie
tak samo wysoki jak góra na której stanęli. U dołu muru
rozprzestrzeniały się szerokie piaszczyste plaże na których
Taravisowie umieścili swe oddziały. Ich ilość była przerażająco
wielka, gdy wtem do uszu Willa dobiegła wiadomość strażnika który
krzyczał, że królestwo zaatakowano również od strony wschodniej
bramy. Chłopak wiedział, że ta walka nie będzie należała do
łatwych, mimo wszystko podziwiał ogólny entuzjazm panujący wśród
wojowników broniących Crystalis.
Najeźdźcy próbowali
zwalić mury zbudowane z kryształu, w części gdzie znajdowała się
zamknięta kamienna brama. Pod wpływem zadawanych ciosów ledwo się
trzymała, a włócznie które cały czas szybowały w kierunku wroga
nie zraziły Taravisów przed próbą jej całkowitego zniszczenia.
Czas bramy był już policzony.
Na jednej z najwyższych
skał stanął wojownik, który sądząc po swoim bogatym uzbrojeniu
musiał być jednym z przywódców. Odwrócił się do żołnierzy i
magów, aby wydać rozkaz.
- Kiedy brama nie
wytrzyma i uda im się dostać – mówił wskazując na Taravisów –
Spróbujemy ich zepchnąć z powrotem na plażę i tam rozegramy z
nimi bitwę.
Wszyscy w napięciu
czekali, wyczekując tego co miało nieuchronnie nastąpić. Will ten
czas wykorzystał na skupienie się i przewidzenie ataków swoich
przeciwników. Nigdy nie brał udziału w bitwie, więc jego serce
zaczęło bić szybciej na myśl o nowym przeżyciu. Starał się
również nie myśleć o czarnych scenariuszach, lecz one i tak
kłębiły się w jego głowie. Był spokojny o Dragonellę, w której
siłę nie wątpił gdy miała sprawne oby dwa skrzydła, lecz zaczął
bać się o siebie. Czy uda mu się przeżyć tą walkę? Czy będzie
mu dane jeszcze spotkać Caireen?
W duchu przeprosił ją
za to, że będzie musiał odebrać ludzkie życia. Ci ludzie w końcu
też mieli domy i rodziny na nie czekające. Caireen nie pochwaliła
by jego udziału w walce, nienawidziła zabijania jakichkolwiek
stworzeń i zawsze mimo uśmiechu który goił jego wszelkie rany w
sercu, widział wstręt w jej oczach na widok smoczej krwi. Sam wtedy
się siebie brzydził.
Z przemyśleń wybudził
go entuzjastyczny okrzyk wydany przez wojowników Taravis, którym
udało się zniszczyć grodzące im przejście wrota. W tym samym
momencie rozkaz do ataku wydał ich przywódca. Jako pierwsi do
obrony rzucili się żołnierze, dzierżąc w swoich silnych dłoniach
długie miecze, przyozdabiane kryształami przy rękojeści. W
drugiej odsłonie zaatakowali magowie, którzy z daleka ciskali
różnymi czarami.
Dragonella wzbiła się
w powietrze i powitała najeźdźców zionięciem ognia, które nie
okazało się zbyt dla nich silne ze względu na ognioodporna
pancerze. Lecz i tak ich osłabiło na tyle, że po niemal paru
minutach walki wręcz z wojownikami Crystalis, padli pokonani na
ziemię.
W ten sposób bitwa
przeniosła się zgodnie z planem na plażę. Marne jednak to było
pocieszenie ze względu na setki wojowników gotowych do walki,
czekających na swoich przeciwników. Gdy tylko żołnierze Crystalis
i część magów znalazła się wystarczająco blisko, rzucili się
na nich z dzikim okrzykiem bojowym.
Will jako jeden z
ostatnich dołączył do bitwy, analizując przedtem jaką magią
posługują się Taravisowie i starając się dobrać do walki
najskuteczniejsze ze swoich zaklęć. Problem polegał na tym, że
przeciwnicy na pierwszy rzut oka nie posługiwali się żadną magią.
Walczyli używając masywnych toporów lub długich, zręcznych
włóczni.
- Aknotrivia! -
wykrzyczał zaklęcie, a jego miecz spowił szczerniały blask,
dzięki któremu Will poczuł jak jego siła znacznie wzrasta.
Uniósł swój miecz do
góry i zaszarżował na najbliższego wojownika, pomagając przy tym
jednemu ze strażników Crystalis który krwawił raniony w ramię.
Przeciwnik padł po paru seriach ciosów, a Will ruszył wkrótce do
dalszej walki.
W krótkim czasie wpadł
w wir walki, używając zaklęć i posyłając rażące ciosy mieczem
ku swoim przeciwnikom. Niewielu z nich używało magi, a jeśli już
tacy się znaleźli używali jej aby umacniać swą obronę lub aby
oślepić ofiarę zaklęciem wytwarzającym smugę światła, co
według Will było niehonorowe.
Gdy ranił któregoś z
rzędu przeciwnika, zatrzymał się głęboko oddychając ze
zmęczenia. Postanowił zrobić sobie chwilę odpoczynku i
wykorzystać ją aby zobaczyć jak radzą sobie inni magowie, a
przede wszystkim Leonitrix i Dragonella. Ku jego uldze zobaczył jak
smocza dziewczyna po odzyskaniu swej zdolności do latania radzi
sobie w walce doskonale. Jej niemal całe ciało płonęło żywym
ogniem, podobnie jak oczy które rozświetlał szmaragdowy blask.
Posyłała z góry, niesiona na skrzydłach, ogniste zaklęcia ku
Taravisów lub walczyła wręcz powalając ich paroma ciosami.
Niektórzy z przeciwników na sam jej widok rzucali się do ucieczki,
z powrotem ku statkom.
Reszta magów walczyła
równie mężnie, przepełniona odwagą i pewnością siebie. Jedni z
nich posługiwali się mało skomplikowaną magią, polegającej na
rzucaniu ciosów siłowych, magia innych wprawiła Willa w zdumienie.
Na przykład dziewczyna która wcześniej rozmawiała z Dragonellą,
Ashira, posługiwała się magią lodu, tworząc pułapki z których
wyrastały szpikulce i doszczętnie raniły przeciwników w odnóża.
Inny mag posługiwał się podobnym typem magi co Will, różnica
polegała jedynie na tym że chłopak zamiast ataków mieczem,
posyłał z daleka ze swego łuku grad strzał, z czego każda
przynosiła inne obrażenia.
Swoją uwagę zwrócił
również na wojowników Crystalis, których szczerze podziwiał. Z
zimną krwią walczyli ze swym najeźdźcami z dziką nienawiścią w
oczach, że odważyli się zaatakować ich szlachetne królestwo.
Widząc ich Will zrozumiał, że tak naprawdę nie potrzebowali oni
magi w walce, bo nawet bez niej sposób w jaki walczyli pozostawał
niesamowity i efektowny.
W ten sposób, po
zaledwie godzinie udało im się odeprzeć atak wroga. Jedni z
Taravisów uciekali płynąc statkami, innych ciała leżały
poległe, zalane jeszcze ciepłą krwią. Również wśród sił
Crystalis pojawiły się straty, na które wszyscy spoglądali
żałobnym wzrokiem. Ich śmierć nie poszła na marne.
Wśród magów na
szczęście nikt nie zginął, a najcięższą raną był raniony
bok, który leczyli medycy po zakończeniu się bitwy. Mimo, że
poniesiono tyle strat wśród wszystkich dało się wyczuć entuzjazm
wygranej potyczki. Will jednak nie potrafił się cieszyć. Wciąż
coś budziło w niego wątpliwości i pozostawał niepewien,
spoglądając w odpływające statki.
Obok niego wylądowała
Dragonella, której oczy już nie iskrzyły toksycznym blaskiem, a
ciało na szczęście przestało płonąć. Widząc jego niepewną
twarz zdziwiła się.
- Co się stało? -
spytała – Póki co odeprzeliśmy atak.
Nie odpowiedział, wciąż
spoglądają w oddalających się wrogów. Jego myśli krążyły
wokół miejsca do którego mogli się udawać. Czy posiadali jakąś
przystań gdzie stacjonowały ich wojska?Skoro mieszkali na wyspie,
to dlaczego płynęli w kierunku lądu... czyżby...
Jego myśli przerwało
nagłe wołanie strażnika, który zbiegał ze szczytu góry krzycząc
na całe gardło.
- To zasadzka –
wrzeszczał – Ci potężni magowie zaatakowali od innej strony!
Cały panujący jeszcze
chwilę temu entuzjazm w jednej chwili wyparował, a w jego miejsce
pojawiło się przerażenie. Wszyscy rzucili się do biegu, nawet ci
lekko ranni, w kierunku miasta. Dragonella wyprzedziła ich lecąc
górą, natomiast Leonitrix wybrała drogę ziemną. Will aby nie
zgubić jej z oczu biegł niedaleko za nią. Widocznie jej aspekt
sokoła i umiejętność latania posiadał spore ograniczenia, lub
dziewczyna zużyła zbyt dużo mocy w walce która rozegrała się na
plaży. Nie wróżyło to niczego dobrego, zwłaszcza że
prawdopodobnie będą teraz potrzebowali znacznie więcej sił.
Gdy w końcu po
kamiennych schodach dotarli na stromy szczyt wzgórza, widok tylko
utwierdził przekonania Willa i w głębi duszy wzbudził w nim
zgrozę. W mieście panował chaos i zamęt, a w wielu kątach ulic,
które wydały mu się niezwykle piękne kiedy przechadzał się nimi
parę godzin temu, leżały martwe ciała. Ku przerażeniu wszystkim
w większości należące do zwyczajnych obywateli Crystalis lub
wojowników.
Odwrócił wzrok w
kierunku atakujących Taravisów i poczuł jeszcze większe
zdziwienie. Spodziewał się zobaczyć podobną rzeszę ludzi
przypominającą barbarzyńców, których spotkali na plaży. Zamiast
tego ujrzał mężczyzn, zarówno przyodzianych w potężne zbroje
lub szaty, którzy nieustraszenie przemierzali ulice, rzucając w
stronę ludzi czary które ich raniły, lub od razu zabijały.
Will spojrzał na
towarzyszących mu magów, którzy wydawali się przeprowadzać
wewnątrz siebie walkę między decyzjami; czy iść dalej walczyć,
czy poddać się i uciekać.
- Jestem wyczerpany –
powiedział jeden z magów – Nie dam rady nawet odpierać czarów
tamtych.
Połowa mu przytaknęła,
głęboko dysząc. Pozostała część wyglądała na oburzoną.
- Obiecaliśmy, że im
pomożemy, Li – odezwała się do maga dziewczyna, z wysoko
upiętymi blond włosami – Jeśli nic nie zrobimy wielu z nich
zginie.
- Sami możemy zginąć!
- krzyknął ktoś z tłumu, niektórzy mu zawtórowali.
W grupie wybuchła
kłótnia, która nie obchodziła Willa. Bardziej martwił się o
zamiary Dragonelli, które z pewnością go nie zadowolą. Pół
smoczyca rzeczywiście wyglądała na wściekłą słuchając tych
którzy uważali, że powinni uciekać, póki jeszcze tamci magowie
ich nie dopadli. W końcu dziewczyna nie wytrzymała.
- Marnujecie tylko czas
– powiedziała oschle – Ci tchórze którzy chcą uciekać niech
znikają mi z oczu, ci którzy chcą nadal walczyć... nie oszukujmy
się mamy marne szanse. Dlatego musimy naszą obronę skierować w
stronę pałacu. Jest tam rodzina królewska i ocaleli ludzie. Musimy
też wesprzeć wojowników i pomóc rannym. Jako magowie jako jedyni
mamy szansę, więc pośpieszmy się.
Ku zdziwieniu Willa
wszyscy się jej usłuchali. Chłopak nawet nie sądził, że jego
smocza towarzyszka potrafi być przywódcą, choć skoro potrafiła
kierować krwiożercze smoki to grupa spanikowanych magów musiała
być dla niej niczym nadzwyczajnym.
Magowie skierowali się
w stronę pałacu, biegnąc ile mieli sił. Niektórzy wyciągali ze
swoich małych toreb przypiętych do pasa mikstury zakorkowane w
okrągłych buteleczkach, które wypijali. Will mógł się tylko
spodziewać do czego służą, choć sądził że głównie
regenerują magię i siłę. Słyszał kiedyś o nich, a skład z
którego zostały stworzone na pewno nie spodobał by się
Dragonelli...
Gdy dotarli do głównego
placu znajdującego się przed pałacem, zastali już tam żołnierzy
którzy wpadli na ten sam pomysł co Dragonella i w bojowym szyku
umacniali obronę, wpuszczając do pałacu ostatnich cywili. Magowie
nie ociągali się i ci którzy zdołali odzyskać nieco mocy
wykorzystywali swą magię, aby utworzyć niewidzialną tarczę.
Dragonella stworzyła wysoką na trzy metry, ognistą ścianę,
której utrzymanie kosztowało ją wiele wysiłku, lecz spoglądając
na jej twarz Will widział, że nie straciła ani trochę
determinacji. Reszta magów przyjęła odpowiednie pozycje do
magicznego ataku, kiedy w końcu dojdzie do bezpośredniej
konfrontacji z Taravisami.
Ich wrogowie pewnym
siebie krokiem zmierzali w ich kierunku, z niewzruszonymi twarzami, a
tuż za nimi biegły hordy uzbrojonych wojowników z toporami i
mieczami uniesionymi ku górze. Will na ten widok przełknął głośno
ślinę, wyjmując swój miecz i rzucając na niego jedno ze swoich
zaklęć. Niepewnie rozejrzał się wokół siebie i z niemiłą ulgą
przyznał, że reszta magów jest równie niespokojna co on.
Magowie Taravisów w
końcu dotarli do skraju placu, gdzie umieszczono barierę. Krzyknęli
coś do siebie w swoim języku i cofnęli się do tyłu w
kilkumetrowej od siebie odległości. Nagle wszyscy wykonali taki
sami gest rękoma i z ich dłoni wystrzelił strumień białego dymu
który połączył się w powietrzu w całość. Gdy czar dotknął
bariery otoczył ją całkowicie, napierając na nią swoją siłą.
Magowie którzy ją podtrzymywali ledwo trzymali się na nogach.
Will podbiegł do
Dragonelli, która wciąż podtrzymywała swoją ognistą ścianę.
- Wiesz co to za
zaklęcia? - spytał się jej, wskazując na biały dym. Pół
smoczyca władała potężną magią, więc na pewno znała się w
tej dziedzinie znacznie lepiej niż on.
Dragonella ku jego
rozczarowaniu potrząsnęła przecząco głową. Widocznie magia
Taravisów nawet dla niej pozostawała tajemnicą, choć istniała
możliwość, że przez zmęczenie nie mogła sobie niczego
przypomnieć. Zacisnęła mocniej zęby, z trudem mogą utrzymać
barierę.
Will widząc jej trud
pragnął jej pomóc, choć wiedział że nie miał jak. Poczuł
nagle ucisk w żołądku kiedy przypomniał sobie o czymś innym. O
swoim koniu, który został odprowadzony do stajni i na pewno nadal
się w niej znajdował. Nie mógł go pozostawić, a perspektywa
ucieczki pozostawała przed nimi nieunikniona.
Bez żadnych wyjaśnień
rzucił się w stronę koszar, gdzie zaraz obok dało dostrzec się
wyrastający zza rozgałęzionego drzewa budynek służący za
stajnie. Gdy biegł nagle z obawą stwierdził, że sięga ona poza
obszar objęty tarczą, lecz nie zniechęciło go to. Rzucił
ponownie na swój miecz czar i zmusił się aby mimo wszystko dotrzeć
do budynku.
Na szczęście nie
zastał w stajni żadnego z Taravisów, choć zamiast nich w boksach
niespokojnie wierzgały przestraszone dźwiękiem jakie towarzyszyły
czarom, konie. Tylko jeden czarny ogier spokojnie stał przywiązany
do drewnianego, wbitego w ziemię drążka u końcu podłużnej
stajni, czekając na swego właściciela. Jego panem w końcu był
smoczy łowca, musiał być wyszkolony i przyzwyczajony do magi i
wysokich dźwięków.
Na jego widok Will
poczuł wyraźną ulgę. Natychmiast do niego podbiegł po
wyścielanej słomą podłodze, nie zważając na inne spłoszone
konie. Gdy dobiegł do swego wierzchowca pogładził go po szyi i
dotknął delikatnie jego nozdrzy. Jeździł na nim jeszcze długo
zanim opuścił pałac i niemal się z nim wychował, dlatego
wiedział że mimo tego, że koń wyglądał na spokojnego w środku
był równie przestraszony co Will.
Chłopak uspokoił
oddech i sięgnął po swoje siodło, które zdjęto aby odciążyć
konia. Założył je na jego grzbiet i wsiadł na wierzchowca,
wiedząc że nie może tracić więcej czasu. Popędzając swego
konia wyjechał ze stajni, przyśpieszając do galopu. W siodle
zawsze czuł się pewniej, wiedział że może ufać swojemu jedynemu
przyjacielowi, dlatego nawet zdarzało mu się walczyć w jeździe.
Mknąc na swym koniu
spojrzał z oddali na plac przed pałacem, aby ujrzeć jak przez
zaklęcia Taravisów tarcza podtrzymywana przez magów, w jednej
chwili została zniszczona. Przyśpieszył, starając się
powstrzymać przygnębiające uczucie jakie zapanowało w jego sercu.
Przegrali. Mimo
wszystkich starań Taravisowie ich pokonali. Pierwszy atak skierowali
na plaże aby odwrócić ich uwagę, a główne siły skierowali
wprost w same serce Crystalis, ku centrum miasta. Błędem magów
oraz żołnierzy była dezorientacja i brak organizacji. Nie mieli na
nią czas, a nawet jeśli udało by opracować im się jakikolwiek
plan obrony, Crystalis od stuleci nie miało żadnych wrogów. Ich
czujność została uśpiona i mimo, że ich wojownicy zostawali
świetnie przeszkoleni, brakowało im doświadczenia w bitwie. Szansę
i tak pozostawały by marne i nawet kilkunastu magów nie mogło nic
zdziałać bez odpowiedniego planu. Will głęboko westchnął.
Jedyne co mogli jeszcze zrobić to odnaleźć rodzinę królewską i
uczynić co się dało.
Wbiegli wraz z
żołnierzami do pałacu, którzy zatrzasnęli i zaryglowali za nimi
bramę. Magowie zagłębili się w kryształowe korytarze, w których
panował zamęt. Wszyscy wojownicy którzy mieli siłę wciąż
próbowali bronić swoje królestwo biegnąc ku bramie, choć w ich
oczach czaił się strach i przerażenie. Will przyśpieszył kroku
rozglądając się za księżniczką. Pierwszą zauważyła ją
Ashira.
- Księżniczko! -
krzyknęła z oddali dziewczyna widząc Crystalię.
Wszyscy zbliżyli się
do królewskiej córki, która w niemal parę godzin zdążyła
stracić całą swoją radość jaką ich powitała. Na jej twarzy o
delikatnych rysach pozostał jedynie ból i rozpacz, za pewnie
powstały po wiadomości o stracie poddanych oraz, że jej miasto
zostało niemal przejęte.
- Ah, dobrze was widzieć
żywych – powiedziała, a jej twarz rozświetlił lekki uśmiech,
mimo że całą twarz miała we łzach.
- Tak nam przykro, wasza
wysokość – odparła niemal bezgłośnie Dragonella –
Zawiedliśmy.
Crystalia dotknęła jej
ramienia opiekuńczo.
- To było do
przewidzenia – wytarła spływającą łzę – Ważne jest teraz
aby udało wam się stąd uciec. Zabierzcie ze sobą Shelię, ona zna
ukrytą, bezpieczną drogę.
- Pozwól mi walczyć,
księżniczko – upierała się białowłosa – Wiesz, że nie
mogę...
- Nie, Shelio –
przerwała jej Crystalia, zaciskając pięści – To jest rozkaz,
straciłam zbyt dużo drogich mi osób aby stracić i ciebie. Rób co
musisz.
Do księżniczki
podbiegł nagle jeden ze strażników mówiąc, że musi się ukryć
do schronu. Dziewczyna przelotnie pożegnała się ze swoją wierną
służącą, ściskając ją. Po chwili oddaliła się wraz ze swoimi
królewskimi ochroniarzami, a jedyną rzeczą którą Shelia mogła
dla niej zrobić było odprowadzenie jej wzrokiem.
Dziewczyna spojrzała na
magów zimnym spojrzeniem, jak by to z ich winy nie mogła już
towarzyszyć swojej pani.
- Za mną –
powiedziała, odwracając się i zagłębiając się w jeden z
kryształowych korytarzy.
Wszyscy posłusznie
ruszyli za nią, z czego Dragonella szła na końcu pilnując tyłów.
Jako pół smoczyca mogła zawsze potraktować wrogów ogniem, więc
wydawało się że jej miejsce w szyku jest jak najbardziej rozsądne.
Will, jako że prowadził konia i mógł ich opóźniać. towarzyszył
jej w tej krótkiej wędrówce. Rozczarowanie jakie przez ten czas
zdążył zobaczyć na jej twarzy sprawiło, że jego serce również
zaczęło krwawić. Zawiodła.
- Ej, nie jest źle –
odezwał się próbując ją pocieszyć – Przynajmniej żyjemy i
jeszcze się nawzajem nie wykończyliśmy. A biorąc pod uwagę nas
to niezły wyczyn.
W odpowiedzi uśmiechnęła
się słabo, posyłając mu przelotne spojrzenie, po czym wróciła
do swojego zadania. Wkrótce Shelia doprowadziła całą grupę do
jednego z królewskich pokoi, w którym powywracano lub poniszczono
wszystkie meble i tiulowe zasłony, zupełnie jak by przez pokój
przebiegło stado dzikich zwierząt.
Dziewczyna podbiegła do
jednej z płaskorzeźb i zdejmując ze szyi przezroczysty kryształ o
nieregularnych kształtach, wetknęła go do ledwo zauważalnego
otworu, przypominającego zamek na klucz. Po chwili ściana zadrżała
i przed nimi rozsunęły się kryształowo-kamienne drzwi, za którymi
rozprzestrzeniał się korytarz skąpany w mroku.
- Natychmiast wchodźcie
do środka! - wydała rozkaz Shelia.
Nikomu nie było trzeba
powtarzać drugi raz. Wszyscy magowie natychmiast zagłębili się w
ciemny tunel, a gdy nadeszła kolej na Leonitrix nagle Will usłyszał
za sobą zionięcie ogniem Dragonelli.
- Pośpieszcie się –
krzyknęła smocza dziewczyna, powstrzymując intruzów przed
wejściem do komnaty.
Will przekaz Leonitrix
swego konia do prowadzenia (co wymagało z jego strony naprawdę
wiele poświęcenia i zaufania) i sam pobiegł pomóc Dragonelli. W
międzyczasie wypowiedział zaklęcie Aknotrivium, dzięki któremu
stał się szybszy i w porę udało mu się dobiec do dziewczyny gdy
rzucała ogniste zaklęcie. Wziął zamach mieczem który pod wpływem
czaru znacznie się wydłużył, i przeciął nim powietrze dzięki
czemu zamach jak wykonał lepiej rozprzestrzenił ogień Dragonelli
na korytarzu. Przeciwnicy padli na kryształową, niemal szklaną
posadzkę choć wiedział że na długo i tak ich nie powstrzymali.
Spojrzał w stronę
Dragonelli, która zamiast mu podziękować za pomoc parsknęła, że
poradziła by sobie sama. Will w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami
i razem pobiegli do kamiennych wrót, które akurat się zamykały.
Wpadli przez nie, zapadając się w grobowe ciemności w ostatniej
chwili.
Dysząc ze zmęczenia,
odnaleźli boki kamiennych ścian na których udało im się
wesprzeć. Mrok przed nimi rozświetliła Shelia, trzymająca w
swojej dłoni wisior z kryształkiem który rozświetlał ciemności
w których się znaleźli.
- Nic wam nie jest? -
spytała.
- Raczej nie –
wykrztusiła Dragonella.
Willowi udało się
odnaleźć po omacku swojego konia, który trącił go mokrym
pyskiem. Ucieszył się mając swojego końskiego towarzysza u boku,
przeżył z nim naprawdę wiele i nie wiedział co by się stało gdy
by nagle go stracił. Wsparty o jego grzbiet ruszył wraz z innymi
magami w głąb korytarzy.
- To przejście prowadzi
przez górę z której wyrasta kryształ gdzie wyrzeźbiono pałac –
tłumaczyła Shelia, kiedy szli – Zostało stworzone dla rodzinny
królewskiej w razie ewakuacji.
- W takim razie dlaczego
księżniczka nim nie uciekła? - spytał jeden z magów.
Dziewczyna głęboko
westchnęła, a Will nie wątpił że na jej twarzy zapanował
smutek.
- Crystalia jest
niezwykle szlachetna po swoim ojcu. Nie zostawi swoich ludzi choć by
waliło się całe Crystalis. Jedyny powód dla którego używam tego
wyjścia to aby was stąd wyprowadzić z jej rozkazu. Wy nie
powinniście umierać za obcą ojczyznę. Nikt nie powinien.
Po tych słowach
zapanowała cisza. Wszystkim udzielił się żałobny nastrój i
przygnębienie, że mimo starań nie udało się i uchronić
królestwa przed zagładą. Pogrążeni w myślach pokonywali w
całkowitych ciemnościach korytarz, przygnieceni poczuciem winy.
Wszyscy bez wątpienia czuli się jak tchórze uciekający przed
wojną, choć w głębi duszy każdy cieszył się, że uniknął
zniewolenia. Will w pełni popierał Shelię, powinno się umierać
za coś w co się wierzy lub za kogoś. On był gotów umrzeć za
Caireen, bez której jego życie i tak istniało pozbawione barw.
Przekonał się o tym niestety dopiero kiedy ją stracił.
W końcu u końca tunelu
ujrzeli niknące światło dnia, które jak się po chwili okazało
było wejściem do korytarzy, zarośniętym pnącymi się po skałach
roślinami. Dzięki temu przynajmniej z daleka wylot tej jaskini
pozostał niezauważalny.
Gdy przebili się przez
porastającą przed nimi zieleń znaleźli się na plaży, na
szczęście z tej strony nie było widać Taravisów, a zresztą
nawet gdy by jacyś tu stacjonowali, pewno nikogo by nie zastali.
Najeźdźcy byli teraz zajęci innymi zajęciami jak penetrowaniem
podbitego królestwa.
Nagle prowadząca ich
Shelia zatrzymała się w bezruchu z przerażeniem wymalowanym na
twarzy. Z niedowierzaniem kręciła głową, nerwowo rozglądając
się wokół.
- O nie nie nie –
mówiła, cała drżąc z przerażenia – Tu powinna gdzieś być
łódź. Inaczej nie uda nam się uciec, Taravisowie zajęli
wszystkie mosty łączące z lądem.
- Spokojnie –
uśmiechnęła się Ashira, która jako jedyna nie przejęła się z
zaistniałego problemu – Damy jakoś radę.
To mówiąc spokojnym
krokiem podeszła do brzegu morza, wśród których unosiły się
spokojnie falę. Słońce już dawno zniknęło za horyzontem,
ustępując miejsca na niebie wznoszącemu się ku górze księżycowi
i rozświetlającym mrok nocy gwiazdą.
Dziewczyna dotknęła
dłońmi wodę, gdy ta po chwili w miejscu gdzie trzymała ręce
znieruchomiała, uwalniając się od delikatnych fal. Nagle na
powierzchni pojawił się kruchy szron a potem taflę wody pokrył
lód, który zaczął się rozprzestrzeniać ku oddalonemu o parę
mil lądowi.
Ashira szczęśliwa z
udanego zaklęcia w podskoku wskoczyła na powierzchnię wody, która
z każdym jej krokiem zamarzała. Czarnowłosa odwróciła się w
stronę stojących na brzegu magów.
- Nie martwcie się –
mówiła z uśmiechem i wyraźną dumą na twarzy – Nad wszystkim
panuję, lód wytrzyma tak długo póki panuję nad czarem.
- A jak długo panujesz
nad czarem? – spytała nieufnym tonem Leonitrix.
- Przez parę godzin.
- To ja polecę przodem
– powiedziała Dragonella i wzbiła się w powietrze na swoich
czarnych skrzydłach.
- Ja polecę z
Dragonellą – odparła Leonitrix i korzystając ze swojego aspektu
sokoła dołączyła do smoczej dziewczyny.
Reszta miała mniej
szczęścia, ponieważ musiała zdać się na Ashirę, która
tanecznym krokiem przejęła prowadzenie, wprost przez po części
zamarznięte morze. Niestety nikt nie podzielał jej entuzjazmu,
dlatego Will kiedy przekroczył granicę lodowej tafli postanowił
zająć się czymś innym niż rozmyślanie nad tym, że zaraz
wszyscy wpadną do wody w której się utopią. Nie za dobrze
wychodziło mu pływanie.
Podszedł do Sheli,
która obejmując się rękoma i drżąc z zimna, począwszy nawet
nie zauważyła obecności Willa. Chłopak zdjął wełniany koc,
jaki tkwił przyczepiony do siodła jego konia i podał go
białowłosej.
- Masz – powiedział
wręczając go dziewczynie – Inaczej zamarzniesz.
Shelia z lekkim
uśmiechem przyjęła podarunek czarnowłosego i okryła nim
zziębnięte ramiona. Szybko jednak spuściła wzrok, a jej twarz o
łagodnych rysach zmarkotniała.
- I tak nic gorszego mi
się już nie może przytrafić – głęboko westchnęła –
Straciłam wszystko. Dom, rodzinę, przyjaciółkę. Co ja teraz
zrobię? Świata poza Crystalis nigdy nie widziałam.
- Hej, głowa do góry –
uśmiechnął się chłopak – Kiedyś odzyskasz swoją ojczyznę,
widziałem waszych wojowników w walce. Wątpię aby tak po prostu
pozwolili komuś przejąć Crystalis.
Dziewczyna na nowo
posłała mu uśmiech, który rozświetlił jej alabastrową twarz.
Lecz nagle jej twarz przybrała wyraz jak by białowłosa wpadła na
pewien pomysł.
- Naucz mnie! -
powiedziała z entuzjazmem – Twoja magia łączy się z walką z
mieczem, a obywatele Crystalis potrafią świetnie władać tą
bronią. Jeśli ty mnie nauczysz będę mogła wrócić i nauczyć
ich tej magi dzięki której przepędzą Taravisów.
Willa zaskoczyła ta
propozycja ze strony tak delikatnej dziewczyny na którą wyglądała
Shelia. Nigdy też nawet nie próbował nikogo uczyć, oprócz swojej
siostry jazdy konno. Jednak na koniu jeździł od najmłodszych lat a
magią posługiwał się dość krótki czas i sam musiał się
jeszcze wiele nauczyć.
Jego serce robiło się
mimo wszystko nie ubłagalnie ociężałe kiedy myślał o tej
dziewczynie, która straciła tak wiele jednej nocy a teraz nie miała
się gdzie podziać. Zapragnął ją wziąć pod swoje skrzydła i
nauczyć ją co potrafił, mimo że było tego naprawdę niewiele.
- Zrobię co w mojej
mocy, Shelio – odezwał się po głębokim zastanowieniu – Abyś
mogła wrócić i odzyskać dom.
Dziewczyna z radości
rzuciła mu się na szyję, obejmując go drobnymi rękami. Radość
z nowego celu i ulga która udzieliła się również Willowi.
Chłopak ostatni raz czuł się tak gdy niósł pomoc Caireen, ona
również wydała mu się wtedy tak delikatna i bezbronna. Wiedział,
że nie mógł postąpić wtedy inaczej, tak samo wiedział to teraz
przystępując na prośbę Sheli.
Gdy już wyswobodził
się z uścisku wdzięcznej mu dziewczyny, głęboko westchnął
zagłębiając się w swe rozmyślenia. Caireen będzie musiała na
niego poczekać, a tym bardziej Dargonella z ich umową. Kolejna
obietnica postawiona przed nim sprawiła, że jego serce spowił
strach, lecz nie mógł się wycofać.
Nie mógł zawieść
kolejnej osoby jaka na niego liczyła.
*o* jak zawsze genialny rozdział (hihi przynajmniej teraz nie zakończyłaś go w takim momencie że miała bym ochotę Cię zabić jak poprzednio, choć i tak nie ukrywam że chętnie poczytała bym dalej ._.)No i mam nową ulubioną bohaterkę O:)(hihi) Życzę weny oraz standardowo czekam na więcej Pączusiu :***** ♥♥♥
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńWow ! Nie spodziewałam się takiego zwrotu akcji. Świetny rozdział czekam na kolejny. Życzę Ci dobrej weny twórczej do kolejnych rozdziałów 😉 💜💜
OdpowiedzUsuń