sobota, 23 lipca 2016

Rozdział 3: Wędrówka i pewna żółtowłosa czarodziejka



Zachodzące słońce okryło ziemie Estherios swymi promieniami, muskając twarze dwójki podróżujących magów przez półpustynne stepy. Porywisty wiatr targał ich zwiewne płaszcze, które skrywały mroczne oblicza gdzie niespokojnie biły rozbite na tysiące kawałków, zranione serca.
Will, który nigdy nie narzekał na zmęczenie uparcie dążąc do celu swojej podróży, czuł że zaczynały go boleć nogi od ciągłej wędrówki. Do karczmy dotarli pod wieczór, co niestety okazało się nie wystarczająco wcześnie więc nie dostali dodatkowej zapłaty za zlecenie. Ramel zapłacił im tylko czterdzieści colibrów, ponieważ stwierdził że zebrane kwiaty są zbyt pogniecione. Nie udało im się kupić konia, więc jedno z nich wciąż musiało iść.
Gdy szli był pełen podziwu dla Dragonelli, która ani razu nie narzekała podczas ciągłego marszu. Co prawda teraz jechała na jego koniu, ponieważ mimo że nic nie mówiła wiedział, że najlepiej upadła by na ziemię ze zmęczenia. Wyprostowana, w dostojnej pozycji swój wzrok cały czas bacznie miała skierowany przed siebie, dzięki czemu Will od czasu do czasu mógł się jej przyjrzeć. W końcu jeszcze nigdy nie miał styczności z takim stworzeniem.
Najbardziej nie mógł się nadziwić długimi, czarnymi skrzydłami Dargonelli. Wydawało się, że załamane skrzydło ma się zdecydowanie lepiej i, że za niedługo będzie wystarczająco sprawne aby unieść pół smoczycę w powietrze. On sam zawsze zastanawiał się jak to jest latać daleko pośród otchłani błękitnych niebios, wolnym niczym ptak z daleka od wszelkich problemów i ludzkiego cierpienia. Mógł się o tym przekonać wsiadając na smoka, ale nigdy by tego nie zrobił. Nawet jeśli Caireen żyła to smoki mu ją odebrały, a on nigdy nie zamierzał im wybaczyć.
Caireen. Za każdym razem kiedy o niej myślał w jego głowie pojawiało się tysiące pytań z nią związanych na które pragnął znaleźć odpowiedź odkąd dowiedział się, że prawdopodobnie żyje. Zwrócił swój wzrok w kierunku Dragonelli, chcąc jej jedno z nich zadać gdy spostrzegł, że dziewczyna zatrzymała konia i wpatruje się do górę, wprost na niebo mieniące się kolorami zachodzącego słońca. Will również spojrzał w tamtym kierunku, podziwiając chmury barw pomarańczy, purpury i żółci. Ten widok zaparł mu dech w piersi, zresztą wydawało się że nie tylko jemu.
- Zróbmy sobie postój wcześniej – odezwała się Dragonella, nie spuszczając wzroku z nieba.
W odpowiedzi Will kiwnął głową i zeszli z kamienistej drogi, zagłębiając się w pustkowie stepu aby rozbić mały obóz. Zatrzymali się u boku jednej z gór, tuż przed rzadko porośniętym drzewami lasem. Smoczy łowca pomógł w nim nazbierać Dragonelli chrustu na opał, składającego się z pojedynczych gałęzi drzew jakie znaleźli na ziemi. Przez cały ten czas Will układał sobie w głowie pytania dotyczące Caireen, które zamierzał zadać pół smoczycy kiedy usiądą przy ognisku. Te pytania od wielu dni wciąż nie dawały mu zasnąć i pastwiły się nad nim niczym stado żerujących ptaków nad świeżą padliną. Musiał znać odpowiedzi, choćby po to aby móc choćby na ten krótki czas zaufać Dragonelli.
Kiedy zaszło słońce, a ciepłe odcienie czerwieni i pomarańczy zastąpiło gwieździste niebo, rozpalili ognisko. Siedzieli w milczeniu, wpatrując się w tańczące pośród pojedynczych gałęzi płomienie. Will spojrzał na Dragonellę, która w zamyśleniu, z posępną miną wpatrywała się w ogień. Wziął głęboki oddech.
- Zastanawia mnie jedna rzecz – odparł, starając się w swój głos nie wkładać jakikolwiek uczuć.
- Jaka? - spytała Dragonella, równie oziębłym tonem.
- Chodzi o Caireen.
Uniosła głowę, pochwytając spojrzenie Willa. Natychmiast odwróciła wzrok.
- Pewno zastanawia cię, że skoro ona żyje to dlaczego przez te wszystkie lata się do ciebie nie odezwała. I nadal masz wątpliwości czy ja cię nie oszukuje.
Will potwierdził jej słowa kiwnięciem głowy. Nie był pewien jaki ton przybierze jego głos kiedy rozmawiali o jego ukochanej, o której przez tyle lat myślał jako o martwej.
- No cóż... - westchnęła Dragonella, po czym zamilkła jak by zastanawiała się nad doborem odpowiednich słów – Na pewno wiesz o tym, że Caireen miała zaniki pamięci? Pamiętała tylko swoje imię, prawda? Chodzi o to, że... pomogłam jej odzyskać wspomnienia.
- Jak?! - uniósł głos Will.
- Bo widzisz... ona, znaczy my... pochodziłyśmy z tej samej wioski. Mocno związanej ze smokami.
- Mówisz o Dragon Haven? - nagle przerwał jej Will, kiedy przypomniał sobie, że Caireen odnaleziono bez wspomnień niedaleko wioski o tej nazwie.
W jednej chwili Dragonella uniosła wzrok, pełen przerażenia. Jej usta lekko się otwarły, jak by sama nazwa tego miejsca budziła w niej lęk i zgrozę. Chcąc uniknąć wzroku Willa, pośpiesznie schowała swoją twarz w dłoniach.
- Dokończymy tą rozmowę kiedy indziej – powiedział Will, nie chcąc rozdrapywać w Dragonelli dawnych ran. Tak samo jak nie chciał rozmyślać o historii Dragon Haven, przeklętego miasta smoków.
Położył się pod najbliższym drzewem, mając za materac wełniany koc, a za okrycie swój czarny płaszcz ze smoczej skóry. Gdy się oddalił, Dragonella podniosła głowę i jeszcze przez chwilę wpatrywała się w żarzące się ognisko, głęboko zanurzona wśród rozmyśleń, może i wśród swoich bolesnych wspomnień.
Will odwrócił od niej spojrzenie, sam krążąc myślami nad Caireen. Pamiętał pierwszy dzień kiedy ją spotkał, tak wyraźnie i dokładnie jak by to było zaledwie wczoraj.
Rok po tym jak wyjechał, a właściwie uciekł z zamku swego ojca był już całkiem nieźle opłacalnym smoczym łowcą, mającym liczne umowy z garbarzami i rzeźnikami którym dostarczał skórę i mięso smoków. Udało mu się nawet kupić mały, skromny dom zbudowany z kamienia i drewna, mieszczący się nieopodal lasu i małego miasteczka Rosenberry. Chciał mieć miejsce do którego zawsze mógł wracać, a za nic w życiu nie pozwolił by sobie na ponowne zamieszkanie w zamku.
Pewnego dnia wracał z polowania, ciągnąc na koniu za sobą drewniany powóz wypełniony aż po brzegi mnóstwem smoczej skóry. Spodziewał się dostać za towar dwadzieścia złotych colibrów, a taką cenę mógł wytargować tylko u swojego starego przyjaciela Angusa, który wyrabiał skóry.
Gdy dotarł na miejsce, jak zawsze obrzucił wzrokiem dom starego garbarza. Budynek zbudowany z kamiennych bloków i wzmacniany drewnianymi belkami, zdecydowanie górował nad skromną chatą Willa. Posiadał aż trzy piętra, wraz ze strychem gdzie ponoć Angus przechowywał jakieś cenne starocie, w tym magiczne księgi obite smoczą skórą.
Kiedy Will podchodził bliżej do drzwi, nagle zauważył, że firanka w oknie na drugim piętrze się poruszyła, zupełnie jak by ktoś go podglądał. Gdy spojrzał ponownie w tamtym kierunku nikogo nie było. Zdziwiło go ten widok, ponieważ Angus mieszkał sam i jak mówił nie używał drugiego i trzeciego piętra. Podszedł bliżej i zastukał metalową kołatką we drzwi. Usłyszał szybkie, lekkie kroki, zdecydowanie nie należące do Angusa, i po chwili z cichym skrzypem otwarły się przed nim drzwi. Chciał zobaczyć kto mu jej otworzył, lecz tajemnicza osoba o nikłych krokach zniknęła. Niepewnie wszedł do środka, zatrzaskując za sobą drzwi.
Do skromnego przedpokoju wszedł Angus aby przywitać Willa. Miał na sobie czarne, robocze spodnie, brązową koszule i fartuch na którym widniało mnóstwo plam od farb. Na jego opalonej twarzy, pojawiło się więcej zmarszczek, a wśród burzy kasztanowych loków przybyło więcej siwych włosów. Oprócz tego jego przyjaciel nic się nie zmienił.
- Witaj William – odparł z uśmiechem na twarzy, ściskając rękę smoczego łowcy – Proszę, wejdź do jadalni.
Oby dwaj skierowali się w stronę pokoju jadalnego, przechodząc przez pusty salon. Znajdował się w nim drewniany stolik i dwie kanapy obite smoczą skórą, podobnie jak prawie wszystkie siedzenia i fotele znajdujące się w domu Angusa. Willa szczerze nie podzielał gustu do dekoracji wnętrz z przyjacielem.
Gdy dotarli do przestronnej jadalni, oby dwaj usiedli przy długim stole wykonanym z jesionowego drewna, przy którym mogło zasiąść do dwunastu osób. Angus zajął miejsce u jednego z dwóch szczytów stołu, a Will usiadł zaraz obok.
-Co cię tym razem do mnie sprowadza, przyjacielu? Masz ze sobą jakieś skóry?
- Tak. Dość sporo czarnych, jedna skóra bordowa.
- Ile za nie chcesz?
- Dwadzieścia złotych colibrów – podał cenę bez wahania, dobrym sposobem na targowanie się była bezpośredniość.
Angus przetarł zmarszczone czoło, zdziwiony wysoką ceną, lecz w końcu posłał Willowi szeroki uśmiech.
- A niech ci będzie – powiedział, machając ręką – Ale pozwolisz, że kimś ci się pochwalę.
Will zmarszczył czoło. Nie spodziewał się, że Angus tak łatwo mu ustąpi, ale widocznie był zbyt szczęśliwy aby się z nim kłócić podczas targowania. Dlatego czarnowłosego bardziej zaciekawiła osoba którą miał za chwilę poznać i która tak uszczęśliwiła jego przyjaciela. Czyżby to była kobieta? To by wyjaśniało dlaczego ta postać tak cicho stawiała kroki. Być może Angus ponownie się ożenił.
Uśmiechnął się i kiwnął głową, jak najprędzej chcąc poznać wybrankę swojego przyjaciela.
- Caireen! - zawołał garbarz, kierując swój krzyk w stronę kuchni – Choć tu na chwile... i przynieś nam dwa piwa!
Will usłyszał nagle krzątanie w kuchni, i już po chwili do pokoju weszła dziewczyna na której widok zaparło mu dech w piersi. Caireen szła nieśmiałym krokiem w ich kierunku, trzymając tacę z dwoma kuflami wypełnionym po brzeg trunkiem. Wzrok miała spuszczony, a na jedno z błękitnych oczu spływały długie kasztanowe włosy, jak by pragnęła się za nimi ukryć, chowając alabastrową twarz o subtelnych rysach. Falbaniastymi kaskadami włosy sięgały jej aż do końca pleców, tworząc dodatkowe, delikatne okrycie. Odziana w białą, za dużą koszulę, ciasno ściśniętą w tali skórzanym gorsetem ostrożnie stawiała kroki aby nie potknąć się o długą spódnice która ciągnęła się aż do kostek.
W pierwszej chwili Will pomyślał, że tak musiała wyglądać jedna z bogini którą wielbili niektórzy ludzie. Wiele raz widywał na dworze wysoko urodzone szlachcianki czy księżniczki które przyjeżdżały wraz ze swoją świtą, w odwiedziny królowi Gerardowi, lecz zawsze wydawały mu się zbyt sztuczne. Ich twarz wręcz tonęła w nałożonych na nią kosmetykach, a całe ich zachowanie zawsze wydawało mu się wyuczone. Ich uroda daleko odbiegała od delikatnej naturalności jaką promieniowała Caireen. Jej piękno sprawiało, że samemu Willowi zrobiło się cieplej na sercu i w pełni mógł zrozumieć dlaczego jego przyjaciel był taki uszczęśliwiony.
Dziewczyna położyła kufle na stole i trzymając metalową tackę przy piersi, stanęła pod ścianą. Gdy zorientowała się, że Will cały czas jej się przypatruje lekko się zarumieniła i spuściła wzrok na podłogę.
- Niezła, co nie? - odparł Angus, biorąc łyk piwa – Kupiłem ją za zaledwie trzydzieści złotych colibrów i...
- Kupiłeś?! - przerwał mu nagle Will, zdziwiony jego słowami – Przecież wiesz, że handel niewolnikami jest nielegalny.
Angus machnął lekceważąco ręką.
- Wiem o tym, ale kiedy ją zobaczyłem nie mogłem się powstrzymać. Tak pusto w tej chałupie, a choć przydatna jest jak kundel to przynajmniej można sobie na coś ładnego popatrzeć, nie? Gotować nie umie, sprzątać też. Ponoć straciła pamięć.
- Jak to straciła?
- Normalnie! Jacyś handlarze niewolników znaleźli ją niedaleko Dragon Haven. Słyszałeś co tam się stało, prawda? Ta ślicznotka musiała stamtąd pochodzić... może nawet lepiej dla niej, że nic nie pamięta. Tak czy inaczej to czyni ją jeszcze bardziej wartą, niewolnik bez wspomnień nie wie co to wolność i nie ma dokąd uciec.
Dziewczyna przetarła policzek, jak by ocierała łzę. Willowi zrobiło mu się jej żal. Nie wiedziała kim jest, nie pamiętała swoich bliskich, a wszystkie wspomnienia jakie miała pochodziły z jej niewolniczego życia. Nie wierzył, że ktoś o tak niewinnym wyglądzie, może mieć za sobą tak tragiczną historię.
- No cóż – westchnął Angus, wychylając za jednym chlustem całą zawartość kufla – Nie jest jej u mnie tak źle, co nie ślicznotko?
To powiedziawszy chwycił Caireen nagle za rękę i brutalnie przyciągnął do siebie. Przerażona cicho jęknęła ze strachu, mocno zaciskając oczy i spodziewając się najgorszego. Poruszony jej historią Will nie mógł na to dłużej patrzeć. Wstał z krzesła z zamiarem ich rozdzielenia, kiedy Angus puścił kruchy nadgarstek dziewczyny, pchając ją całą siłą na podłogę. Dziewczyna upadła, uderzając głową o ścianę. Krzyknęła z bólu, a Will natychmiast się przy niej znalazł.
- Daj spokój, pobeczy i sobie pójdzie – powiedział Angus, wypijając piwo z drugiego kufla.
Nie usłuchał starego garbarza i chwycił dziewczynę za delikatną rękę. Odwróciła się i oczami z których po bladych policzkach spływały łzy, obdarowała Willa spojrzeniem pełnym wdzięczności. Jej okrągłe oczy koloru błękitu niebios sprawiły, że serce smoczego łowcy zabiło szybciej. Sposób w jaki na niego spoglądała, sprawiał że czuł się zupełnie innym, wartościowym człowiekiem.
Pośpiesznie pomógł jej wstać i podał tacę która również z hukiem upadła na drewnianą podłogę.
- Dziękuje – szepnęła łagodnym głosem, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła wychodząc z jadalni.
Will również się odwrócił w kierunku Angusa. Jego przyjaciel z pijackim uśmiechem wysunął mu sakiewkę z dwudziestoma złotymi colibrami i pożegnał go słabym uściśnięciem ręki. Smoczy łowca zrozumiał, że musiał już coś wcześnie pić, ponieważ teraz był całkowicie upojony alkoholem. Willowi pozostawało mieć nadzieję, że w żaden sposób nie skrzywdzi Caireen.
Wyszedł z jadalni i przechodząc przez salon doszedł do drzwi. Zamknął je z głośnym trzaśnięciem i oddalił się wychodząc na zewnątrz. Zaparkował powóz ze skórami za domem Angusa i odczepił go od swojego czarnego ogiera. Wyprowadził konia na przód domu i zanim na niego wsiadł spojrzał ostatni raz w stronę domu garbarza. Jeszcze nigdy nie czuł takiego wstrętu i obrzydzenia do swojego przyjaciela. Zawsze darzył go wysokim szacunkiem i podziwem, ponieważ spod jego rąk wychodziły naprawdę dobrej jakości skóry. Teraz wszystko się zmieniło. Czuł, że nie może już mu spojrzeć w oczy po tym jak traktuję tą biedną dziewczynę.
Nagle za jednym z okien poruszyła się śnieżnobiała firanka. Caireen. Tym razem nie uciekła przed jego spojrzeniem, a je pochwyciła. Will westchnął głęboko na jej widok. Zdążyło się już ściemnić, a gwieździste niebo rozświetlał blady księżyc, który swą srebrzystą poświatą sprawił, że Caireen wyglądała jeszcze piękniej. Lekko się uśmiechnęła na jego widok, a serce smoczego łowcy znów zabiło szybciej. Dziewczyna w końcu się odwróciła, przedtem słabo machając Willowi na pożegnanie.
Odjeżdżając jego myśli, podobnie jak teraz krążyły wokół piękności która śmiało mogła być stworzona rękami bóstwa. Wiedział, że ona nie zasługuje aby dłużej być niewolnicą i pragnął dla niej lepszego życia. Tej nocy obiecał sobie, że pewnego dnia ją ze sobą zabierze i sprawi, że uśmiech na zawsze zagości na jej subtelnych ustach.

***

W podróż wyruszyli gdy tylko zdążyło wzejść słońce, pożywiając się przedtem skromnym prowiantem który miał im starczyć na cały dzień. Kierując drogą prowadzącą przez trawiaste stepy, w południe udało im się dotrzeć w obręb lasu. Rosły w nim ogromne drzewa osiągające nawet kilkadziesiąt metrów, gdzie mogło czaić się wiele niebezpieczeństw, dlatego wszystkie ich zmysły były wyostrzone. W każdej chwili chcieli być gotowi do walki.
I rzeczywiście kiedy dotarli nad polanę, niedaleko przepływającego strumienia Dragonella nagle się zatrzymała, ostrożnie rozglądając się po otaczającym ją miejscu.
- Tu jest za cicho – w końcu odparła – A niedaleko jest strumień, więc powinno tu wręcz tętnić życiem.
Will również przystanął i wsłuchał się w leśne otoczenie. Po chwili przyznał pół smoczycy rację, nie słysząc oprócz szumu wody i wiejącego lekko wiatru niemal nic. Wszystkie ptaki których odgłosy towarzyszyły im całą drogę przez las zamilkły.
Ostrożnie ruszyli do przodu gdy nagle drogę im zagrodziła dziewczyna która wyglądała jak by co najmniej okradła sklep z tanią odzieżą dla magów. Jej długie włosy sięgające do pasa były koloru żółtego, podobnie jak cały strój który składał się z falbaniastej sukienki do kolan, ze zwiewnymi rękawami odsłaniającymi jej ramiona i licznych ozdób w tym czarnej koli na szyi i wiszącego, złotego medalionu.
- Ty! Jesteś Dragonella, Królowa Smoków! Najbardziej poszukiwane stworzenie w całym Estherios! - odparła entuzjastycznie i zaczęła machać palcem uwalniając jakiś czar - Szykuj się! Bowiem to może być twoja ostatnia walka.
Pół smoczyca przekrzywiła głowę, jak by nie wierzyła w słowa dziewczyny, która nie wyglądała na starszą niż trzynaście lat. Will również nie był pewien do jej prawdomówności. Albo dziewczyna była najwyraźniej nienormalna, że zdecydowała się zaatakować dwóch magów, albo jej moc była potężniejsza niż można się spodziewać.
Dziewczyna uniosła palec wskazujący do góry, kierując swój wzrok ku niebu. Will sięgnął po swój miecz, gotów do walki.
- Magia Wild Soul – krzyknęła żółtowłosa, otwierając dłoń – Aspekt lwa!
Nagle na czarodziejkę spadła złota poświata, która sprawiła że na głowie dziewczyny pojawiły się lwie uszy, a z tyłu wyrósł długi, koci ogon. Jej oczy zapłonęły żółtym lwim żarem, który mógłby należeć do drapieżcy chwilę przed atakiem na swoją ofiarę. Spojrzała na swoich przeciwników, z lekkim uśmiechem. Will spojrzał na Dragonellę która wyglądała na wyraźnie zaskoczoną.
- Magia... Wild Soul – z trudem wykrztusiła – Nie wierzę. To jedna z najpotężniejszych magi. Jak... jak jej się udało ją opanować?
- Jesteś pewna?
- Tak, czytałam o niej. Użytkownik tej magii przyjmuje różne cechy zwierząt które służą mu do walki, zwane są aspektami. Im więcej mag posiada aspektów i im bardziej są one rozwinięte tym jest silniejszy.
- Wiesz jak zneutralizować tą magię?
Dragonella spuściła wzrok, marszcząc brwi, jak by mocno myślała nad odpowiedzią, lecz w końcu znów spojrzała na Willa.
- Coś wymyślę – powiedziała i oddaliła się od Willa, wychodząc naprzeciw żółtowłosej dziewczynie.
- Czyli jednak nie tchórzysz? - zaśmiała się młoda czarodziejka - Cóż, to prawda że Wild Soul to jedna z najsilniejszych magii, dlatego ciesz się, że zginiesz z rąk kogoś takiego jak ja!
- Jesteś jeszcze bardziej zarozumiała niż Will. Denerwujesz mnie – odparła Dragonella, a wokół jej zaciśniętych pięści pojawiły płomienie które tym razem sięgały aż do łokci.
Oby dwie na siebie natarły, a siła ich ataków odrzuciła Willa aż pod pień jednego z drzew. Pośpieszne wstał i ruszył aby pomóc Dragonelli, lecz w połowie drogi zatrzymał się. Spodziewał się, że dziewczyna będzie ledwo w stanie walczyć lecz Smocza Królowa radziła sobie całkiem nieźle, jak na osobę ze złamanym skrzydłem.
Żółtowłosa zaatakowała, lecz nie trafiła w Dragonellę która w ostatniej chwili zrobiła unik i uderzyła swoją przeciwniczkę prosto w brzuch. Dziewczyna uderzyła o ziemię, z której tak szybko wstała jak się na niej pojawiła. Nie wyglądała na poturbowaną, choć Will był pewien że atak pół smoczycy musiał być bolesny. Zanim zdążył się zastanowić dziewczyna warknęła niczym dzikie zwierze i złączyła swoje dłonie w pięści które o siebie uderzyły. Nad jej głową pojawiła się świetlista głowa ryczącego lwa, a oczy czarodziejki przepełnione dzikim gniewem przybrały niemal bursztynową barwę.
Ponownie zaatakowała, tym razem Smoczej Królowej zajęło zdecydowanie dłużej odpieranie ataków dziewczyny. Jej przeciwniczka wydawała się władać znacznie większą siłą, a jej ciosy były bardziej celne i zwinne. W pewnym momencie Dragonella spudłowała, co walcząca z nią dziewczyna idealnie wykorzystała. Z dzikim wrzaskiem zaatakowała pół smoczycę wprost w klatkę piersiową na skutek czego Smocza Królowa z hukiem odbiła się o drzewo, lądując na ziemi.
- Ha! Nie sądziłam, że będzie aż tak łatwo – zaśmiała się żółtowłosa – Szykuj się na ostateczny cios, Dragonello.
Willa zaczął gryźć niepokój o życie swojej towarzyszki. Musiał ją obronić nie tylko ze względu, że potrzebował jej żywej, ale wiedział że Dragonella zasługuje na znacznie godniejszą śmierć niż z rąk jakieś początkującej czarodziejki, której jakimś cudem udało się nauczyć magii Wild Soul.
Już chciał zaszarżować, gdy z ziemi, na trzęsących się rękach, podniosła się pół smoczyca. Jej szmaragdowe oczy zapłonęły gniewem i nienawiścią, a spojrzenie które nimi posyłała mogło by wzbudzić strach nawet u najodważniejszych. Will zrozumiał, że do tej pory Dragonella tylko bawiła się z tą dziewczyną. Teraz jej przeciwniczka miała zaznać prawdziwej mocy Królowej Smoków.
Gdy tylko obolała stanęła na nogach, cała jej postać zapłonęła piekielnym, smoczym ogniem spalając przy tym nawet płaszcz który ją odziewał. Rozłożyła skrzydła, złamane trochę mniej, i za pomocą płomieni które ją skąpały uniosła się o niecałe dwa metry ponad ziemią, sprawiając że podłoże zadrżało. Will rzucił okiem na żółtowłosą dziewczynę, którą ogarnął strach na widok ognistej kreatury, która wyglądała jak by pochodziła z najgłębszych otchłani piekieł.
- Ty która odważyłaś się zadrzeć z Królową Smoków – głos którym mówiła Dragonella, wydawał się do niej nie należeć, zupełnie jak by przemawiało nim tysiące utrapionych dusz – Ty, która odważyłaś wejść mi w drogę. Spotka cię za to kara, wymierzona wprost z piekieł.
Czarodziejka przełknęła głośno ślinę.
- Magia Wild Soul – krzyknęła, unosząc otwartą dłoń do góry – Aspekt sokoła!
Na skutek czaru, nagle z tyłu żółtowłosej rozwinęły się dwa skrzydła o szarym i brązowym upierzeniu, a oczy które do tego czasu iskrzyły żółtym, lwim żarem stały się szare. Dziewczyna wzbiła się do góry na wysokość Dragonelli i wykorzystując swoją szybkość w locie, oraz niezwykle czuły wzrok zadawała serię mnóstwa lekkich, lecz niesamowicie szybkich ciosów. Smocza Królowa większość z nich wyminęła, posyłając w stronę dziewczyny strumienie ognistej magi. Tą imponującą walkę w locie Will podziwiał z góry, nie mogąc się nadziwić jak pół smoczyca ze złamanym skrzydłem mogła tak walczyć, niemal idealnie odpierając lub wymijając ciosy. Wydawało się, że wściekłość którą za pewnie czuła znieczuliła jej ból i przywróciła jej dawną formę w której była niemal niepokonana.
Żółtowłosa warknęła z wściekłości, kiedy po raz kolejny Dragonella odparła jej atak. Przerażona wizją przegranej zaatakowała całą sobą, wykorzystując swoją resztki sił jakie posiadała. Pół smoczyca uniosła się o metr wyżej i zionęła ogniem na wprost lecącą na nią przeciwniczkę. Płomienie były tak silne, że nawet jeśli dziewczynie udało by się w porę je zauważyć, nie zdołała by ich wyminąć. Krzyknęła z bólu i strącona z powietrza odbiła się o drzewo, o które próbowała się złapać i upadła na ziemię.
Dragonella pomału, stopniowo obniżając siłę swoich płomieni zeszła na ziemię, a gdy zgasł ostatni język ognia który wytworzyła, również ten w jej oczach, podeszła bliżej do swojej pokonanej przeciwniczki.
- Tak jak sądziłam – uśmiechnęła się, a jej głos zyskał dawną barwę – Twoja magia może i jest jedną z najsilniejszych jakie istnieją, ale to nie rodzaj magi czynni cię potężnym a to ile włożyłeś w niej pracy oraz ile masz doświadczenia. Niech twoje rany będą dla ciebie wystarczającą karą.
To mówiąc kiwnęła porozumiewawczo w stronę Willa, dając mu do zrozumienia aby wyruszali w dalszą drogę. Nie było po niej widać ani trochę zmęczenia, zupełnie jak by ogień ją pobudził i dodał sił.
Żółtowłosa dziewczyna, która po upadku leżała bezwładnie na ziemi, z po części osmalonym ubraniem, uniosła lekko głowę.
- Czekaj – odparła słabo, wysuwając rękę w stronę odchodzącej Dragonelli – Chcę iść z wami.
Oby dwoje wędrowców posłało jej spojrzenie pełne zdziwienia.
- To nie jest wycieczka – powiedziała sucho pół smoczyca – Mamy ważny cel do spełnienia.
- Proszę! - mówiła żółtowłosa, której udało się usiąść podpierając o trzęsące się ręce – Ja... obiecałam sobie, że pierwszy mag który mnie pokona... że będę mu służyć. Nie możesz mi odmówić.
Dragonella skrzyżowała ręce i uniosła jedną brew do góry. Spojrzała bezradnie na Willa, jak by chciała go prosić go o radę lecz w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami, podpierając się ręką o najbliższe drzewo.
- Mogę wam pomóc w zleceniach! Sama mówiłaś, że moja magia jest jedną z najpotężniejszych. Pozwól mi się podszkolić a naprawdę będę pomocna, Smocza Królowo.
Pół smoczyca podrapała się po głowie, głęboko rozważając nad propozycją żółtowłosej, aż w końcu głęboko westchnęła.
- No dobrze – odparła, a na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki uśmiech – Mogła bym się zgodzić, ale co jeżeli to podstęp? Co jeżeli wciąż chcesz mnie zabić?
- O nie! - wykrzyknęła żółtowłosa – Wiele można mi zarzucić. Że nie do końca umiem posługiwać się moją magią, że nigdy nie wiem co na siebie włożyć, ale nie to że nie jestem wierna i honorowa. Jeśli przyrzeknę ci służyć i towarzyszyć, to możesz mieć moje słowo.
- W takim razie jak cię zwą? - spytał się Will, wiedząc że decyzja jest już przesądzona. Nawet jeśli Dragonella nie zdecydowała by się jej ze sobą zabrać, dziewczyna z pewnością za nimi pójdzie. O jej uporze miał okazję się przekonać oglądając przed chwilą walkę w której uczestniczyła.
- Leonitrix – uśmiechnęła się szeroko, podnosząc się z ziemi i stając o własnych nogach, widocznie dumna z tego niespotykanego imienia.
- Leonitrix? - zdziwił się Will – Mam cię zdrabniać Leo? Czy to nie jest czasami męskie...
- Leone! - przerwała mu dziewczyna – Albo Trix. Ale dla ciebie jestem magiem Leonitrix, bez zdrobnień. Tylko Dragonella jako moja mistrzyni może się tak do mnie zwracać. Ty musiał byś mnie pokonać aby móc zdrobnić moje szlachetne imię.
- Nie lubię zdrobnień – wtrąciła pół smoczyca.
- Wolał bym z tobą nie walczyć – mruknął z uśmiechem Will, krzyżując ręce – Gdy byś miała dwóch mistrzów było by to dla ciebie trochę kłopotliwe.
Twarz Leonitrix zapłonęła gniewem, przybierając różowych rumieńców. Mimo, że przed chwilą walczyła z Dragonellą i została porażona naprawdę silnym, ognistym atakiem, teraz wyglądała jak by znów była gotowa do kolejnej walki.
- Ah tak! Ale ja z tobą mogę, a wtedy...
- Ej, dosyć – przerwała jej Dragonella kładąc rękę na ramieniu – Skoro mam być twoim... mistrzem to ci zakazuje walczyć z tym smoczym łowcą. Potrzebny mi jest żywy, a czeka nas jeszcze długa droga.
Leonitrix głęboko westchnęła, wyraźnie rozczarowana.
- No dobrze, mistrzu – jej twarz w jednej chwili rozświetlił szeroki uśmiech – To gdzie idziemy?
Will złapał swojego konia za uzdę, który przyzwyczajony do ognia po smoczych polowaniach swojego właściciela,
nie uciekł. Odwrócił się w kierunku Leonitrix, która w wyczekiwaniu wlepiła w niego swój wzrok.
- W kierunku Dragon Village.

***

Siedząc przy ognisku, Will ostrzył swój miecz o sztylet który miał przy sobie do patroszenia zwierzyny, a Dragonella przygotowywała jedzenie jakie udało się Leonitrix wcześniej zdobyć. Chciała udowodnić, że mimo przegranej walki jej umiejętności są naprawdę przydatne i upolowała dwa zające, które nabite na ruszt piekły się nad rozpalonym ogniskiem. Zółtowłosa dziewczyna owinęła się wełnianym kocem, siedząc na spruchniałej kłodzie, ze spuszczonym wzrokiem jak by nad czymś rozmyślała.
- W takim razie powiedz mi, Leonitrix – zagadnęła Dragonella która usiadła obok dziewczyny – Może wyjaśnisz nam dlaczego tak bardzo chciałaś mnie zabić.
Żółtowłosa głęboko westchnęła i podniosła swój wzrok na bijące ciepłem i żarem ognisko.
- Zależy mi aby się dostać do gildii Knightwalkers. To najsilniejsza gildia w całym Estherios, a ja bardzo chce aby mnie przyjęli. Tylko aby to zrobili trzeba im najpierw zapłacić sto złotych colibrów i czymś zaimponować. Gdy bym ciebie zabiła zyskała bym i pieniądze i uznanie.
Will pokręcił głową z niedowierzaniem. Słyszał o gildii Knightwalkers, ale nie darzył ją podziwem czy szacunkiem. Wymagali kosmicznych cen za swoje usługi, na które stać było zazwyczaj tylko wysoko urodzonych, w tym jego ojca. Nabawiało go to niechęcią do tej gildii, dla której z pozoru najważniejsze były tylko pieniądze.
- Po co chcesz się tam dostać? - spytał chłopak.
Żółtowłosa spojrzała na niego, zdziwiona że się odezwał. Choć może jej zaskoczenie wynikało z samego pytania, dla niej ta odpowiedź musiała być oczywista.
- To przecież najbardziej prestiżowa gildia! A sława o magach do niej należącej obiega cały znany nam świat. Choć właściwie... moja siostra tam jest od ponad roku. To moja najlepsza przyjaciółka, przestała nas odwiedzać bo ma tyle pracy więc chce być przy niej.
Twarz Leonitrix znów pogrążyła się w rozmyśleniach. Skuliła się, przysuwając nogi do piersi, spoglądając raz na Willa, raz na Dragonellę.
- A wy? - w końcu spytała - Królowa Smoków i smoczy łowca. Co razem robicie?
- Skąd wiesz, że jestem smoczym łowcą – zdziwił się Will.
- Twój płaszcz – wskazała Leonitrix na czarną płachtę, która okrywała Willa – Jest ze smoczej skóry. Tylko smoczy łowcy takie mają, albo wysoko urodzeni dla kaprysu... niestety wy na takich nie wyglądacie.
Zachichotała, a Dragonella która do tej pory uważnie się przysłuchiwała przewróciła oczami.
- Mamy pewną umową – odparła.
- Jaką? - spytała zaciekawiona żółtowłosa.
- Cóż – Dragonella odgarnęła pasmo długich włosów za ucho, jak by rozważała nad słowami. Widocznie uznała, że skoro Leonitrix ma im towarzyszyć przez dość spory kawał drogi to powinna wiedzieć.
- Chodzi o moją dziewczynę – przechwycił temat Will, widząc zakłopotanie pół smoczycy – Myślałem, że zabiły ją smoki ale Dragonella twierdzi, że jest w Dragon Village więc tam idziemy.
Leonitrix przytaknęła ze zrozumieniem.
- A co ona dostanie w zamian?
- Will ma kontakty na dworze – odezwała się Smocza Królowa - Mam nadzieję, że dzięki nim uda mi się przekonać Gerarda aby cofnął nakaz zabijania smoków jaki wprowadził.
- Oh, rozumiem – dziewczyna rozprostowała nogi – Jesteś ich królową, więc pewno musi to być dla ciebie okropne, że je zabijają. Osobiście bardzo lubię smoki, kiedy byłam mała kochałam wpatrywać się w te stworzenia unoszące się w przestworzach. Teraz większość z nich wyemigrowała, choć ponoć Estherios to ich ojczyzna.
Dragonella nie odpowiedziała. Widocznie nie chciała poruszać tematu związanego z zabijaniem stworzeń które tak bardzo kochała i chciała chronić. Zdjęła tylko upieczone nad ogniskiem mięso aby wszyscy razem mogli się pożywić.
Po kolacji, pierwsza z nich zasnęła Leonitrix, zawinięta w wełniany koc który pożyczył jej Will. Kiedy ona smacznie chrapała, zmęczona wrażeniami przebytego dnia, Dragonella wdrapała się na najbliższe drzewo aby odpocząć. Smoczy łowca wiedział, że dziewczyna nie śpi a wciąż męczyły go pytania związane z Caireen. Wiedział, że nie zaśnie dopóki chociaż nie spróbuje znaleźć na nie odpowiedzi.
Bez problemu wspiął się na drzewo, chwytając się licznych gałęzi i kory. W końcu udało mu się dostać na gałąź, obok której siedziała Dragonella. Odwrócona do niego dziewczyna, wpatrywała się w oślepiająco blady księżyc, który swą poświatą rozświetlał czarną niczym smoła noc.
- Przyszedłeś mnie zabić czy pytać o Caireen? - spytała, nie odwracając się.
- Pytać o Caireen.
- Cóż, wolała bym to pierwsze – westchnęła, wciąż nie spuszczając wzroku z nieba.
Will wziął głęboki oddech. Ciekawiło go dlaczego Dragonella nie chce rozmawiać o Caireen, choć mógł się domyślić, że to dlatego że pochodziły z tego samego miasteczka. Z przeklętego Dragon Haven. Z miejscem z którym na pewno miała okrutne wspomnienia... czy Caireen również je miała?
- Więc... kiedy Caireen odzyskała swoje wspomnienia dlaczego nie chciała do mnie wrócić? Albo chociaż powiedzieć mi, że żyje? Ja... naprawdę byłem załamany.
Dziewczyna odwróciła głowę.
- To co zrobiła to jej sprawa. Jeśli masz jakieś pytania to zadaj jej a nie mi.
- Ale kiedy?
Głęboko westchnęła, odwracając głowę w stronę nieba, a potem rozprzestrzeniającego się przed nimi mrocznego lasu jaki został im do pokonania.
- Już wkrótce, Will, wkrótce.



niedziela, 17 lipca 2016

Rozdział 2: Zlecenie, uwięziony smok i płatki Margoli



Stała u szczytu Fiery Cave, a delikatny górski wiatr muskał jej twarz. Zawsze kiedy rankiem się budziła udawała się na długi lot, nie mogąc się nadziwić otaczającym ją bezkresom widoków. Jednak teraz kiedy miała złamane skrzydło jedyne co mogła zrobić to stanąć u szczytu jednej ze skał, zamknąć oczy i resztę pozostawić swojej wyobraźni.
Ogień połączony z zaklęciem jak na razie uśmierzył jedynie ból, lecz musiał jeszcze minąć parę tygodni zanim skrzydło się zregeneruje, a dopiero po około dwóch miesiącach będzie mogła wzbić się znowu w powietrze. Na myśl o tym głęboko westchnęła, po czym odwróciła się i powróciła do pieczary gdzie czekał na nią gotowy do podróży Will.
Wciąż nie mogła uwierzyć w to, że znowu go spotkała i, że znowu uszkodził jej skrzydło, tym razem znacznie poważniej. Nie ufała mu, mimo że był ukochanym Caireen którą bardzo dobrze znała. Miała nadzieje, że jak najszybciej spełni swoją część umowy i będzie mogła dokonać negocjacji z Gerardem. Zadawanie się ze smoczym łowcą nabawiało ją wstrętem.
- Gotowy? - spytała.
W odpowiedzi kiwnął głową.
- Cieszy mnie to – odpowiedziała suchym tonem – Plan jest dosyć prosty. A przynajmniej był by gdy byś nie złamał mi skrzydła.
W ostatnie słowa postarała się włożyć jak najwięcej nienawiści. Niech wie, że nie darzy go żadną sympatią i, że ma mu za złe to jak złamał jej skrzydło kiedy chciała z nim w pokojowy sposób porozmawiać.
- A co niby zamierzałaś? - odparł równie pozbawionym uczuć głosem jak ona.
Dragonella spojrzała na swoje skórzane buty i udała, że z uwagą im się przygląda. Nie chciała spoglądać mu w błękitne oczy, bijące lodowatym błękitem. Wiedziała, że te oczy są niebezpieczne, że to w nich zakochała się Caireen.
- Gdy bym miała skrzydła mogła bym polecieć po smoka dla ciebie, wtedy nasza podróż trwała by najwyżej tydzień.
- Tu cię rozczaruje, bo w życiu nie wsiądę na tą bestie.
Podniosła wzrok i posłała mu pełne nienawiści spojrzenie.
- W takim razie będziemy musieli sprawić mi konia a nasza podróż potrwa kilka razy dłużej – wycedziła – Masz pieniądze?
- Po co ci? - skrzyżował ręce i oparł się o skałę.
- A za co kupimy konia?
Na jego twarzy pojawił się drwiący uśmiech. Widocznie nie wierzył jak ktoś taki jak ona, kto zabił oddziały żołnierzy i bez ogródek wtargnął na teren zamku z trzema, potężnymi smokami chciał by kupić konia a nie go ukraść. Rozzłościło ją to.
- Robię to co robię, ale kraść nie będę – wykrzyczała wzburzona i poczuła jak jej oczy zapalają się zielonym płomieniem.
- Dobrze spokojnie – odparł, wciąż z uśmiechem na twarzy – To jak je zdobędziemy?
Tym razem to ona się drwiąco uśmiechnęła i skrzyżowała ręce.
- Smoczy łowca i mag jednocześnie a nie wie, jak zarobić pieniądze – prychnęła – Oczywiście robiąc zlecenie.
***

Droga jaką przeszło im razem pokonać była niezwykle uciążliwa, lecz nie z samej jej długości a faktu, że każde z nich w każdej chwili mogło rzucić się drugiemu do gardła, rozpoczynając walkę. Aby uniknąć takiego rozwoju wydarzeń szli w milczeniu, oddaleni od siebie o parę metrów, co chwilę niepewnie spoglądając w swoją stronę. Will prowadził swojego czarnego ogiera, pogrążony w myślach, trzymając jednocześnie rękę na rękojeści swojego miecza. Dragonella sama nie wiedziała czy będzie taki naiwny, że ją zaatakuje czy też chce po prostu wzbudzić w niej niepewność.
Celem ich podróży była przydrożna karczma, którą ku swojemu zdziwieniu oby dwoje znali. Kręciło się tam zawsze tyle osób, że każdy znalazł by tam zlecenie, nawet Smocza Królowa jeśli okryła się długim płaszczem z kapturem.
Pod wieczór udało im się dotrzeć, choć w drogę wyruszyli jeszcze zanim wzeszło słońce. Przez całą podróż myśli Dragonelli wciąż krążyły przy jej nowym towarzyszu, który w każdej chwili mógł pozbawić ją o głowę. Zanim dotrą do Dragon Village minie miesiąc jeśli nawet nie dłużej, zważając na to że byli kompletnie spłukani. Gdy tylko z oddali ujrzała znajomą jej zabudowę karczmy poczuła ulgę. Przynajmniej na chwilę będzie mogła odetchnąć od swojego męczącego towarzystwa.
Budynek zbudowano z sosnowego drewna i znacznie różnił się od innych przydrożnych karczm. Posiadał trzy piętra gdzie mieściły się pokoje gościnne, ale i stałe lokaje osób które rozdawały zlecenia wyższej wartości i znacznie trudniejsze. Głównie dotyczyły zabijania smoków, dlatego Dragonella koncentrowała się na zadaniach które było można znaleźć na parterze, gdzie mieścił się bar połączony z restauracją.
- Skąd znasz to miejsce? - spytał nagle Will kiedy już prawie doszli na miejsce.
Przelotnie rzuciła na niego spojrzenie.
- I ja potrzebuje pieniądze, więc co cię to dziwi.
- Niby do czego?
- Nie musisz tego wiedzieć.
To zamknęło mu usta. Nie obchodziło ją jakie mógł snuć w tym momencie domysły. Zarobione pieniądze różnie jej służyły, czasami był to okup za smoki kiedy wiedziała że dużo nie zdziała, innym razem kupowała lekarstwa i bandaże aby uzdrawiać te stworzenia. W pełni oddała swoje życie smokom, przynajmniej tak mogła zapłacić za swoje winy sprzed lat.
Ze skrzypem otwarła na oścież drzwi karczmy, a one z hukiem walnęły o drewniane ściany. Spojrzenie wszystkich zgromadzonych w środku od razu powędrowało w stronę przybyszów. Dwójka zakapturzonych postaci, kobiety i mężczyzny wzbudziła we wszystkich ciekawość. Dragonella jeszcze podczas podróży ostrzegła Willa, że skoro zarówno on jak i ona tam bywali wiele osób może ich rozpoznać. Musieli szukać zlecenia osobno, dlatego po chwili rozdzielili się, ignorując wścibskie spojrzenia.
Łowca skierował się w stronę blondwłosej barmanki, natomiast pół smoczyca ruszyła do stolika gdzie siedziała jej dobrze znajoma twarz starszego mężczyzny, Hareya. On jedyny wiedział kim jest, ponoć łączyły go wiele lat temu interesy związane z wioską w której się wychowała, dlatego zawsze spoglądał na nią pochlebnie. Na sam jej widok, jego pomarszczoną twarz rozświetlił uśmiech.
- No proszę, kogo mi tu tym razem przywiało - przeczesał siwe włosy – Czego szukasz?
Dosiadła się do stołu przy którym siedział, mocniej zaciągając kaptur na głowę. Wiedziała, że Harey jej nie zdradzi, choć nie do końca mu ufała.
- Zlecenia. Dla dwóch osób. Nie zgadniesz z kim przyszło mi pracować.
- Myślałem, że pracujesz osobno. Kim jest ten pechowiec?
- Smoczym łowcą – uśmiechnęła się.
Cicho zaśmiał się z powstałej ironii.
- No proszę! Przyznam, z każdą twoja wizytą coraz bardziej mnie zaskakujesz. A co do zlecenia... mój kumpel Ramel potrzebuje jakieś rośliny. Znajdziesz go na pierwszym piętrze w pokoju 107, jeśli się nie mylę. Zlecenie może nie koniecznie na twój poziom, ale on potrzebuje natychmiast tej rośliny więc oferuje nawet pięćdziesiąt srebrnych colibrów. Myślę, że dasz sobie radę ze swoim nowym... partnerem.
Dziewczyna przewróciła oczami.
- To nawet nie jest mój wspólnik, mamy po prostu umowę i puste kieszenie. Przy okazji, przydał by nam się koń, nie droższy niż pięćdziesiąt srebrnych colibrów. Masz coś na oku?
Mężczyzna potarł podbródek, jak by zastanawiał się nad odpowiedzią aż w końcu wzruszył bezradnie ramionami.
- Nie, ale do twojego powrotu postaram się coś wykombinować. Powodzenia, Nell.
- Żegnaj, Harey – rzuciła na pożegnanie i ruszyła w kierunku smoczego łowcy, który śmiał się z czegoś razem z barmanką.
Ten widok ją zdenerwował. Podczas gdy ona szukała zlecenia, jedyne co on potrafił to poflirtować z blondwłosą, płytką kelnerką. Doprawdy, jak Caireen mogła z nim wytrzymać? Chwyciła go mocno za ramię i pomimo sprzeciwu, odciągnęła pod ścianę. Chciała przelać na niego swój gniew, ale po chwili stwierdziła że nie przyniesie to żadnego pożytku, więc ograniczyła się do zimnego spojrzenia.
- Co ty sobie wyobrażasz? - warknął zdenerwowany, czym poprawił jej znacznie humor.
- Oh, przepraszam że popsułam ci zabawianie się z tą uroczą kelnereczką, ale gdy by do czegoś między wami doszło to... Caireen chyba by była niezadowolona.
Jego twarz w jednej chwili spoważniała.
- Do niczego by nie doszło – odparł gniewnie przez zaciśnięte zęby.
- Tłumaczył byś się Caireen a nie mi.
Głęboko westchnął, krzyżując ręce. Podparł się o drewnianą ścianę z wytartą tapetą. Jego wzrok skupił się na zgromadzonych w karczmie osobach, choć wyraźnie unikał pokusy spojrzenia w stronę blondwłosej piękności. Poruszenie tematu z Caireen było świetnym zagraniem. Dragonella czuła, że ma nad łowcą przewagę.
- Znalazłaś coś? - spytał w końcu.
Na twarzy dziewczyny pojawił się triumfalny uśmiech.
- Ja w przeciwieństwie do ciebie nie flirtuje z byle kim, więc mam coś.
- Zdziwił bym się gdy byś flirtowała z tamtym starcem.
Mocno zacisnęła usta. Nie spodziewała się, że Will jest aż tak spostrzegawczy. Musiała na ten fakt na przyszłość bardzo uważać.
- Tak czy inaczej, chodzi o jakąś roślinę. Idziemy dowiedzieć się o co dokładnie chodzi.
Ruszyli razem w stronę schodów, przeciskając się przez tłum nowo przybyłych wędrowców.
W międzyczasie Will rzucił jakiś złośliwy komentarz, jednak dzięki panującemu w pomieszczeniu zgiełkowi, Dragonelli mało co udało się usłyszeć.
Gdy dotarli pod sale, w podrodze mijając innych magów którzy przyszli po zlecenia, dziewczyna zapukała w drzwi. Niemal od razu otworzył im lekko otyły, niski mężczyzna, który miał na sobie idealnie na nim leżący, komplet składający się z szarej kamizelki i spodni. Pod spodem układała się śnieżnobiała koszula, widocznie dopiero co wyprasowana przez żonę, która w kącie pokoju chowała deskę do prasowania i zabierała się za szycie.
- Witam – odezwał się – Wy po zlecenie czy też mój syn znowu coś narozrabiał?
- Po zlecenie – odparł Will, a na twarzy zmartwionej żony Ramela pojawił się wyraźna ulga.
- W tam razie wejdźcie – uśmiechnął się szeroko mężczyzna, robiąc krok do tyłu i gestem ręki zapraszając ich do środka przesiąkniętego tytoniem i środkami do czystości.
Przekroczyli próg drzwi, Dragonella ukrywając swoje mroczne oblicze pod kapturem i ostrożnie stąpając za Willem. Pokój wydawał się być przytulny i skromny, choć na pierwszy rzut oka było widać po skromnych dekoracjach, że jest tylko wynajmowany. W kącie ustawiono mahoniową szafę bez żadnych zdobień, a obok niej wytartą kanapę gdzie usadowiła się żona Ramela. Zręcznie posługując się igłą, cerowała dziurę w spodniach, niby bardzo pochłonięta swoim zajęciem a mimo wszystko kątem oka spoglądała niepewnie w stronę nieznajomych gości.
Smoczy łowca zdjął kaptur i usiadł na drewnianym krześle. Ramel zajął miejsce naprzeciw za biurkiem zawalonymi papierami i mnóstwem filiżanek ciemnego napoju, który wydawał się być kawą. Dragonella zdecydowała się na stanie pod ścianą, czujnie obserwując całą rozmowę.
- A pani nie zdejmie kaptura? - spytała się żona Ramela – Strasznie tu duszno, proszę się nie krępować.
Smocza dziewczyna rzuciła spojrzenie w stronę kobiety, która nie ufnie jej się przyglądała. Już miała odpowiedzieć aby się nią nie interesowała i zajęła sobą, kiedy wyprzedził ją Will.
- Obawiam się, że to nie możliwe – mówił troskliwym głosem – Widzi pani, moja wspólniczka niedawno temu miała okropny wypadek. Zaatakował nas smok, ledwo uszliśmy z życiem, ale jej skóra, włosy... proszę oszczędzić jej tego upokorzenia. Już wystarczająco się nasłuchała, ludzie bywają okropni.
- Ah, rozumiem – przytaknęła żona Ramela, która najwidoczniej uwierzyła w każde słowo Willa – Bardzo mi przykro z tego powodu.
Chłopak pokiwał tylko głową ze zrozumieniem, a Dragonella miała nadzieję, że kaptur wystarczająco zakrywa jej twarz aby móc ukryć uśmiech.
- Cóż, wróćmy może do kwestii zlecenia – odezwał się nagle Ramel, a uwaga wszystkich skupiła się na nim – Otóż co roku organizujemy z żoną spotkanie rodzinne, nasza rodzina jest naprawdę liczna i rozmieszczona po całym kraju a tradycja spotkań sięga mojego prapradziada. Obowiązkowym daniem na to wydarzenie jest specjalna zupa której składnikiem są płatki Margoli. Roślina ta rośnie wysoko w górach, i zazwyczaj wyruszam po nią wraz z synem. Niestety mój syn ostatnio rzadko bywa w domu, a ja tonę w papierkowej robocie. Nagrodę znacie, prawda? Jeśli się uwiniecie pomyślę o wyższej stawce.
Will kiwnął głową.
- Jak ta roślina wygląda? - spytał.
- Ma śnieżnobiałe płatki z błękitnymi końcówkami. Zazwyczaj porasta skały, na pewno ją znajdziecie. Z resztą to nie daleko, możecie zajść tam nawet na piechotę.
- Coś jeszcze?
- Nie, ale zależy mi na czasie.
Smoczy łowca ponownie kiwnął głową i podając Ramelowi rękę wstał, kierując się do wyjścia. Dragonella kiwnęła tylko głową na pożegnanie. Kiedy zatrzasnęły się za nią drzwi z ulgą odetchnęła, w końcu nie będąc pod stała obserwacją żony zleceniodawcy. Jej zimny wzrok zdawał się przeszywać jej okrycie i spoglądać wprost w smoczą duszę.
Głęboko westchnęła kiedy wraz z Willem opuszczali karczmę. Ostatni raz spojrzała w stronę Hareya na pożegnanie, który rozmawiał z innym magiem. Pochwycił jej spojrzenie i posłał jej lekki uśmiech, który dodał jej otuchy. Gdy by tylko więcej było takich osób. Osób powiązanych z jej wioską, jej dawnych życiem za które oddała by wszystko.
W lesie zdecydowali się na odpoczynek, choć Dragonelli z trudem udało się Willa na niego namówić. Chłopak był zdeterminowany aby zrobić zlecenie jeszcze nocą i wrócić wczesnym rankiem, na co Dragonella stanowczo się nie zgodziła. Smoki były stworzeniami które większość swojego czasu spędzały na spaniu w przytulnej pieczarze, najlepiej w pobliżu ognistej rzeki która była idealnym źródłem ciepła. Dziewczyna potrzebowała snu aby móc w pełni wykorzystywać swoją smoczą moc, poza tym po zobaczeniu Hareya odżyły w niej wspomnienia z jej przeszłości, więc potrzebowała odizolowania. Wędrówka nocą nie wchodziła w żadną możliwość.
Will usiadł oparty o drzewo, w skupieniu obserwując otoczenie przy blasku płomieni ogniska które rozpaliła Dragonella. Ona sama wspięła się na gałąź jednego z drzew i zaszyła się pośród targających przez wiatr liści. Kiedy była dzieckiem uwielbiała spędzać w ten sposób czas, zaszyta wśród piękna natury, cichego szumu wiatru, z dala od wszelkich problemów i zła jakiego potem doświadczyła. Teraz, pośród ciemności nocy zamiast ciepłych promieni słońca, jej smoczą skórę oświetlało światło zimnego, bladego księżyca, iskrzącego wśród tysiąca gwiazd. Przymknęła oczy, pozwalając aby chłodny, subtelny wiatr muskał jej twarz.
Rozruszała obolałe, złamane skrzydło i zagryzła wargę z bólu. Rany smoków goiły się dosyć szybko, jednak towarzyszył temu niesamowity ból. Cały dzień starała się go jakoś stłumić, przez co czuła że pada z sił. Magia leczenia była jedną z najbardziej skomplikowanych magii i kosztowała mnóstwo wysiłku. Ale nie mogła sobie pozwolić aby ten smoczy łowca zobaczył jej cierpienie. To przyniosło by mu zbyt wiele satysfakcji.
Nagle jej powieki stały się ociężałe. Nie chciała zasypiać, nie ufała Willowi a on w każdej chwili mógł ją zabić, lecz zmęczenie okazało się zbyt silne. Już wkrótce smacznie drzemała zaszyta pośród gałęzi drzew, zanurzona w odosobnieniu.

***

- To chyba to – powiedział Will wskazując na śnieżnobiałe kwiaty rosnące między skałami.
Znajdowali się u brzegu malowniczej doliny przez którą płynęła rwąca rzeka z czystą, źródlaną wodą. U brzegu strumienia z ziemi wychodziło mnóstwo skał i głazów, a pomiędzy nimi rosły poszukiwane przez nich kwiaty Margoli. Miejsce to było tak piękne, że Dragonella miała ochotę położyć się na trawie, rozkładając skrzydła i spoglądać cały dzień w przepływające po błękitnym niebie kłębiaste chmury. Oczywiście Will przez swój pośpiech szybciej wsiadł by na smoka niż pozwolił jej na to aby zostali tu cały dzień.
Dziewczyna podeszła bliżej i zerwała jeden z rosnących kwiatów. Przybliżyła go do swoich nozdrzy i powąchała. Jego woń była cudowna, świeża a jednocześnie słodka niczym soczyste owoce. Kiedy tylko w końcu pozbędzie się tego łowcy, a jej skrzydło wyzdrowieje na pewno tu przyleci aby spędzić tu kilka dni.
- Tu jest naprawdę pięknie! - w końcu powiedziała, nie mogąc powstrzymać swojego zachwytu.
- Dla mnie piękniejsze jest pięćdziesiąt srebrnych colibrów – odparł sucho Will – Zbieramy te kwiaty i spadamy po nasze pieniądze.
W odpowiedzi Dragonella posłała mu gniewne spojrzenie, po czym wyjęła z kieszeni skórzaną sakwę w której zazwyczaj trzymała pieniądze i kucnęła aby nazrywać do niej białych kwiatów. Wkrótce Will również podążył w jej ślady i po zaledwie kilkunastu minutach mieli cały worek wypełniony zapotrzebowanymi kwiatami. Mieli prawdziwe szczęście, że udało im się znaleźć takie łatwe zlecenie, wystarczyło mieć nadzieję że Harey znajdzie jakiegoś konia nie droższego niż pięćdziesiąt srebrnych colibrów.
Wczesnym południem, po krótkim odpoczynku i napełnieniu bułaków źródlaną wodą ruszyli w powrotną wędrówkę. Aby dotrzeć w znacznie krótszym czasie wybrali inną drogę, prowadzącą przez górski przesmyk. Wąskie przejście wzbudziło w Dragonelli lekki lęk, choć nie dała tego po sobie poznać. Podróżując zazwyczaj wśród przestrzeni niebios nie była przyzwyczajona do wąskich i ciasnych przestrzeni, więc z trudem udało jej się powstrzymać kręcenie w brzuchu. Gdy znów znaleźli się na otwartej przestrzeni odetchnęła z ulgą.
Idąc kamienistą ścieżką, głęboko pogrążona w myślach nagle jej uszu dobiegł smoczy jęk, przepełniony boleścią. Wytężyła swój wyjątkowo wrażliwy słuch, aby mieć pewność, że się nie przesłyszała.
- Słyszysz? - spytała Willa – Coś jak by jęk.
Chłopak zatrzymał się i spojrzał zdziwiony na Dragonellę, ale również wytężył słuch. Po chwili ich obu dobiegł odgłos świadczący o niesamowitym cierpieniu. Dziewczyna od razu rozpoznała, że jęk należy do smoka. Przyspieszyła kroku w jego kierunku, wybierając inną ścieżkę i zbaczając z trasy.
- Ej! A ty gdzie?
Nie odpowiedziała mu, wciąż skupiona na tym aby zlokalizować źródło dźwięku. Will ruszył za nią aż doszli do wejścia przestronnej pieczary, skrytej za zwisającymi pasmami roślinności. Razem pośpiesznie weszli, starając się nie narobić hałasu.
Pieczara wielkością przypominała Dragonelli liczne jaskinie w Fiery Cave, pomijając że panował w niej przenikliwy chłód, który zamrażał ją do szpiku kości i sprawiał że jej oddech zamieniał się w obłoczki pary. Tym bardziej zmartwił ją niestający smoczy jęk, tylko nieliczne z gatunków smoków mogło by lubić takie ekstremalne warunki. Kątem oka dostrzegła również rozprzestrzeniającą się u boku pieczary stromą przepaść. Miała nadzieję, że smok który usiłował wołać o pomoc nie leży u dna tego skalnego urwiska, ponieważ wtedy jej szansę na uratowanie stworzenia były by zerowe.
Zagłębili się coraz bardziej w mroźny obszar jaskini i w pewnej chwili schowali za skałą, kiedy znaleźli się wystarczająco blisko źródła dźwięku. Dziewczyna poczuła narastający w brzuchu ból. Denerwowała się widokiem jaki może zobaczyć, choć wiedziała że musi bez względu na wszystko zachować zimną krew. Posyłając Willowi ostatnie spojrzenie, wzięła głęboki oddech. Razem wyjrzeli za skały, a to co zobaczyli sprawiło, że serce Dragonelli ścisnęło się aż z bólu.
W grocie ujrzeli maga przyodzianego w długie szaty. Pochylał się nad leżącym smokiem o ciemnych, granatowych łuskach, spętanego w łańcuchy które wżynały mu się w skórę. Nieszczęsne stworzenie przeciągle jęczało z bólu, jak by ostatkiem sił próbowało prosić o pomoc. Mężczyzna w jednej ręce trzymał szklaną butelkę do której spuszczał z jednej z licznych ran jakie smok posiadał, rubinową ciecz będącą krwią.
Dragonella nie raz już ratowała smoki spod łap smoczych łowców czy magów, lecz pierwszy raz widziała aby ktoś w taki sposób postępował z tym mitycznym stworzeniem. Spojrzała pytająco w stronę Willa, zmartwiona marszcząc brwi. Chłopak głęboko westchnął.
- Krew smoków wykorzystuje się do eliksirów, magi i niektórych potraw. Kiedy się zabije smoka jest niemożliwe spuszczenie całej krwi, kiedy jest jeszcze ciepła i nie krzepnie, więc wiele osób ją spuszcza kiedy jeszcze smok jest żywy.
Poczuła, że ból w jej sercu staje się coraz bardziej uciążliwy. Jak ktoś mógł okazać się takim potworem i robić coś takiego? A powiadają, że tylko smoki są prawdziwymi bestiami...
- A ty? - spytała, nie mogąc oderwać wzroku od tej makabrycznej sceny, jak by samo patrzenie mogło pomóc.
Will pokręcił przecząco głową, spoglądając w tym samym kierunku.
- Zabijam smoki ale tylko dla skóry, mięsa lub dlatego że terroryzują ludzi.
Dragonella poczuła lekką ulgę. Nienawidziła swojego towarzysza za to co robił, ale przynajmniej jego obecność nie będzie wzbudzała w niej aż takiego wstrętu. Słysząc kolejny jęk cierpiącego smoka zacisnęła mocno pięści.
- Idziemy.
- Najwyższa pora – mruknął Will i odwrócił się w stronę wyjścia pieczary.
- Idziemy po tego smoka – zagrodziła mu drogę, wskazując na miejsce któremu przed chwilą się przyglądali.
- Masz złamane skrzydło.
- Wole nie przypominać przez kogo – syknęła - Dlatego mi pomożesz.
- Nie wiemy jaką magią się posługuje tamten człowiek i jak zareaguje smok jeśli uda nam się go uwolnić – wciąż protestował Will.
- No trudno, ale jeśli coś mi się stanie to nasza umowa nie dojdzie do skutku. – rzuciła przez ramię dziewczyna, zagłębiając się w otchłań jaskini.
Czuła się trochę winna, że wykorzystuje Caireen aby szantażować Willa, ale nie mogła zostawić smoka na pastwę tamtego tyrana, nie próbując nawet go uwolnić. Nigdy nie walczyła mając złamane skrzydło i będąc coraz bliżej, w duchu przygotowywała się na ból z którym wkrótce się spotka. Gdy usłyszała za sobą kroki Willa poczuła się nieco pewniej. Co prawda nie ufała mu i wciąż istniało zagrożenie że ją skrzywdzi, lecz wierzyła że jak na razie tego nie zrobi. Nie wyglądał na głupiego i była przekonana że zależy mu na Caireen.
Wyszła naprzeciw magowi, który nadal nie przerywał swojego zajęcia. Pierwszą spostrzegł ją cierpiący smok, który obdarował Dragonellę błagającym spojrzeniem pełnym bólu i żalu. Dziewczyna nawet nie musiała wysilać swoich umiejętności komunikacji ze smokami aby zrozumieć jak ogromny jest ból tego nieszczęsnego stworzenia. Zacisnęła pięści, powtarzając sobie w duchu aby nie działać zbyt impulsywnie.
- Ej ty! - krzyknęła.
Mag odłożył na bok butelkę ze smoczą krwią i wyprostował się. Odwrócił się i spojrzał na pół smoczycę, która z trudem opanowywała gniew. Mężczyzna wydawał się być młody, w wieku poniżej trzydziestu lat. Odziany w długą, niebieską szatę która wciąż pozostawiała mu pełną swobodę ruchu, miał długie, blond włosy zaczesane do tyłu oraz wystające z nich spiczaste uszy. Intensywnie zielone, uwodzicielskie oczy niemal przenikały jej duszę, zupełnie jak by chciały skraść jej największy sekret.
Do dziewczyny zbliżył się Will i nachylił się jak by chciał coś powiedzieć.
- Myślisz, że to elf? - spytał.
- Nonsens, elfy wymarły trzysta lat temu, niedawno po syrenach. Z resztą one zajmowały się bardziej kreatywnymi rzeczami niż... to.
Z obrzydzeniem spojrzała na ułożone obok siebie buteleczki z rubinową cieczą. Odwróciła swój pełen pogardy wzrok na nieznajomego mężczyznę. Nie wierzyła aby był elfem, te mistyczne stworzenia znane ze swojej mocy dawno wymarły. Jednak niektórzy magowie aby dodać swojemu wyglądowi więcej tajemniczości i mocarności wydłużali swoją małżowinę za pomocą specjalnych zaklęć, aby wyglądała jak u legendarnych elfów. Głupcy.
- Kogo ja tu widzę! - uśmiechnął się szeroko - Prawdziwa Smocza Królowa, Dragonella! To zaszczyt kogoś takiego tu spotkać.
- Widocznie moja sława mnie wyprzedza – parsknęła – Skoro znasz moje imię to za pewno wiesz co robię z tymi którzy krzywdzą smoki.
Mag promieniście się zaśmiał, spuszczając wzrok. Gdy znów go podniósł na Dragonellę był przepełniony determinacją i dziką fascynacją aby w każdej chwili ruszyć do walki.
- Marzę o tym aby się przekonać.
To mówiąc zaatakował ciskając purpurowymi kulami ognia. Dziewczyna zgrabnie ominęła jedną, a drugą odparował Will swoim mieczem. Dragonella wysiliła się na pełne wdzięczności spojrzenie dla smoczego łowcy, że zdecydował jej się pomóc. Zacisnęła mocno pięści które w jednej chwili zajęły się ogniem.
- Nawet nie wiesz z kim zadarłeś – wycedziła przez zaciśnięte zęby i zionęła strumieniem śmiercionośnego ognia.
Mag uniknął ataku odskakując w bok i ognisty atak został skierowany na konającego smoka. Stworzenie nie miało już nawet sił aby jęknąć z bólu. Co prawda smocza skóra była ognioodporna, lecz nie tyczyło się to licznych ran jakie na niej widniały. Dragonella w duchu siebie przeklinała za lekkomyślności i stwierdziła, że jej przeciwnik wcale nie jest takim głupcem na jakiego wygląda.
- Mądra to ty nie jesteś – westchnął Will.
- Nie chciałam tego zrobić! - krzyknęła, odparowując pociski zadawane przez maga ognistą pięścią. Nie zamierzała używać żadnych mocniejszych zaklęć, ponieważ potrzebowała mnóstwa mocy i energii aby móc uleczyć smoka.
- Pójdziesz i uwolnisz tego smoka z łańcuchów aby dłużej nie cierpiał, a ja odwrócę uwagę tego gościa – krzyknął Will, odbijając swoim mieczem zieloną kulę dymu, która rozbiła się o skałę.
Plan nie wydawał się zły, z tym wyjątkiem, że nieznajomy mag chciał walczyć z nią a nie ze smoczym łowcą. Nie ufała mu na tyle aby pozwolić mu zając się smokiem. Jednak ból w złamanym skrzydle przesądził o decyzji jaką podjęła. W takim stanie była bezużyteczna w walce.
W odpowiedzi kiwnęła głową i rzuciła się w stronę rannego smoka. Will od razu zaczął ją osłaniać, wykrzykując przy tym jakieś zaklęcie którego nazwy nie usłyszała przez panujący zamęt. W ciągu zaledwie paru sekund udało jej się dobiec do cierpiącego stworzenia. Od razu przeszła do uwolnienia go od łańcuchów, które wrzynały mu się w osłabioną, suchą skórę. Przyłożyła dłoń do końca jednego z nich przykutego w ziemię i użyła czaru ognia aby stopić zardzewiały metal. Po chwili nastąpił brzdęk i łańcuch ustąpił pękając. Powtórzyła tą czynność z każdym z łańcuchów wbitych w ziemię, aż w końcu mogła je wszystkie zdjąć ze smoka.
Kątem oka spojrzała na Willa, który ku jej zdziwieniu naprawdę nieźle sobie radził. Nie tylko odparowywał ciosy wymierzone raz w niego, raz w nią ale i sam je zadawał, otoczonym niebieską poświatą mieczem. Na pierwszy rzut oka było widać, że mag męczy się z nim w pojedynku. Odetchnęła z ulgą i skupiona na swoim zadaniu podeszła do smoczego łba, który bezwładnie leżał na ziemi. Stworzenie ledwo otwierało oczy, posyłając Dragonelli słabe spojrzenie wciąż proszące o pomoc. Usiadła i uniosła lekko jego głowę pochwycając wzrok smoka. Mocno zamknęła oczy aby móc lepiej się skupić i użyła zaklęcia leczącego smocze rany.
Począwszy nic się nie wydarzyło, lecz już po chwili dziewczyna poczuła jak przez jej ręce przepływa ciepły strumień ognia. Zacisnęła mocniej oczy, szykując się na ból jaki może doznać. Magia leczenia była bez zwątpienia najwspanialszą z magii, lecz posiadała swoją okrutną cenę. Ból cierpiącego przechodził na tego który go leczył. Lecząc siebie czuła trochę większy ucisk, lecz gdy chodziło o smoki, ich cierpienie w pełni ją dosięgało.
Czar dotknął smoka i niemal od razu poczuła jak spięte z bólu stworzenie się rozluźnia, czując ulgę. Jednocześnie poczuła kłucie w klatce piersiowej, od którego wrzasnęła z bólu. Zagryzła mocno zęby i kontynuowała leczenie, musiała chociaż sprawić aby życie tego stworzenia nie było zagrożone.
Z każdym przepływającym strumieniem leczniczej, ognistej magii Dragonella czuła się słabsza i coraz bardziej obolała. Co jakiś czas otwierała oczy aby zobaczyć czy jej zaklęcie działa, a gdy jej oczom ukazywały się otwarte gadzie oczy, pełne ulgi, miała wrażenie, że odzyskuje stracone siły.
Gdy gadzina ledwo uniosła głowę, dziewczyna odłożyła dłonie od smoczego pysku i podparła się o skałę. Zmęczona zaczęła głęboko oddychać, zupełnie jak by przebiegła całą długość z odwiedzonej karczmy aż do pieczary. Spojrzała w lśniące oczy smoka, dodając mu otuchy. Jedyne co zrobiła to przyspieszyła gojenie się najbardziej uciążliwych ran, neutralizując część bólu i ratując smokowi życie. Bolesny proces leczenia miał dopiero nastąpić.
Jednak gorszym problemem jaki istniał był mag, który niestrudzenie walczył z Willem. Oby dwaj wciąż posyłali sobie śmiercionośne ataki wraz z obraźliwymi obelgami. Dragonella zapragnęła z całych sił pomóc Willowi, ale wiedziała że w takim stanie tylko by mu przeszkadzała. Jedyne co mogła zrobić to przypatrywać się walce z oddali.
Pojedynek wydawał się dobiegać końca. Will zmienił rzucił inne zaklęcie na swój miecz, sprawiając, że miecz się wydłużył, a u boków główni pojawiły się liczne zdobienia. Dziewczyna wytężyła zmęczony wzrok, ciekawa jakie umiejętności uwalnia ten czar. Czytała kiedyś o magi jaką posługiwał się Will, jedna z charakterystycznych dla smoczych zabójców, i wciąż ją zadziwiała.
Czarnowłosy zrobił w powietrzu zamach mieczem, a siła która powstała podczas tego ataku przygwoździła maga do ściany. Obolały upadł na ziemię, posyłając w stronę Willa wściekłe spojrzenie, przepełnione jadem i nienawiścią.
- To koniec – odparł Will – Pójdziesz stąd dobrowolnie czy mam ci pomóc?
W odpowiedzi mag parsknął śmiechem. Dragonella nie miała pewności czy aby ten człowiek ma na pewno zdrowy rozum.
- Smoczy łowca – prychnął – A pomaga Smoczej Królowej. Żałosne.
Pół smoczyca nie widziała wyrazu twarzy Willa ale była pewna, że na dźwięk tych słów kąciki jego ust uniosły się do góry. Ruszył w kierunku maga aby definitywnie zakończyć pojedynek gdy nagle w ułamku sekundy Dragonella zobaczyła jak mag wyczarowuje niewielką, czarną kulę ognia która poruszając się z niezwykłą szybkością nie odbiła się od miecza Willa, którym chłopak próbował zatrzymać czar błyskawicznie reagując, a poszybowała prosto do celu. Do celu którym była Dragonella.
Dziewczyna ledwo zrobiła unik, lecz siła jaka towarzyszyła zaklęciu odepchnęła ją na bok wprost do ciemności przepaści. W ostatniej chwili udało jej się złapać wystający kawałek skały na którym bezradnie wisiała. Poczuła na nowo ogarniającą jej ciało falę bólu. Złapała się mocniej skały, choć wiedziała że długo się nie utrzyma. Jęknęła z bólu, przepełniona strachem. Czuła, że już zaraz nie wytrzyma i w końcu puści się stromej skały, aby upaść w odmęty ciemności. Co za ironia. Stworzenie o skrzydłach zginie z powodu upadku z wysokości. Próbowała podeprzeć się nogą o kamienne urwisko aby nie spotkała ją jakże haniebna śmierć.
- Podaj mi rękę – usłyszała nagle głos Willa.
Uniosła głowę i ujrzała smoczego łowcę ze skierowaną w jej kierunku otwartą dłonią.
- Nie ma mowy – warknęła – Wciąż zależy ci bardziej na mojej obciętej głowie niż na moim życiu. Nie ufam ci!
- Wiem przecież o tym – jego głos nagle przybrał łagodny ton – Słuchaj, pieniądze nie są dla mnie ważne, a jeśli naprawdę Caireen żyje... to zrobię wszystko aby ją odzyskać. Nawet wytrzymam z tobą ten miesiąc. Martwa na nic się mi przydasz. Smokom tak samo.
W jego słowach było coś naprawdę przekonującego, coś co było w stanie mu ten jeden raz zaufać. Zdrowy rozsądek cały czas jej mówił aby przestała się obawiać o swoje życie w towarzystwie Willa choćby ze względu na umowę, lecz smoczy instynkt wciąż pozostawał czujny i pełen wątpliwości.
- Szybko, podaj mi rękę – krzyknął Will, a w jego oczach ujrzała zmartwienie.
Wzięła głęboki oddech i przerażona zamknęła oczy. Odpychając się nogą o ścianę wysunęła rękę w kierunku Willa, który w porę ją złapał i przyciągnął do siebie. Siła jaką poczuła w jednej chwili wyciągnęła ją ze śmiertelnego potrzasku i sprawiła, że znalazła się w ramionach chłopaka z których natychmiast się wyswobodziła, znacznie się oddalając.
- Wszystko dobrze? – lekko uśmiechnął się Will – Wspólniczko.
Również posłała mu uśmiech, nie wiedząc czy cieszy się bardziej z tego że właśnie uniknęła śmierci czy też udało im się pokonać maga. Jednak co gorsza wszystko to zawdzięczała tylko i wyłącznie Willowi. W jednej chwili jej twarz spoważniała.
- Nie przyzwyczajaj się szybko – odparowała suchym tonem, gdy uspokoiła bijące w szaleńczym tempie serce. – Kiedy tylko załatwimy mi konia, od razu ruszamy do Dragon Village.
W odpowiedzi chłopak skinął głową i pomógł Dargonelli wstać z ziemi. Zdenerwowała ją jego uprzejmość, jak by była jakąś kruchą dziewczyną, ale była tak zmęczona że nie miała sił zaprotestować. Gdy w końcu stanęła na własne nogi zorientowała się, że mag z którym walczyli nagle zniknął. Spojrzała pytająco w stronę Willa, a on wzruszył tylko bezradnie ramionami.
- Uciekł – odparł obojętnie – Dorwiemy go innym razem.
Dziewczyna w odpowiedzi kiwnęła głową i ruszyła w kierunku smoka, który ku jej uldze wyglądał znacznie lepiej. Od razu przystąpiła do opatrywania ran zapasem ziołowych bandaży które zawsze starała się przy sobie nosić, chowając w kieszeni spodni. Odkażała zainfekowane rany nad którym krążyły muchy, przeczyszczając je źródlaną wodą i lekko zwęglała ogniem. Starała się zadać jak mniej cierpienia smokowi, który dzielnie znosił wszelkie męczarnie. Wiedziała, że te mityczne stworzenia są niezwykle silne, lecz w głębi ich smoczych dusz i serc były łagodniejsze od wypasanych na polach owiec. Gdy by tylko ludzie przestali być ślepi i choć spróbować dostrzec w nich to piękno jakie ona z każdym razem widziała, świat stał by się zdecydowanie lepszy.
Gdy skończyła pozbyła się buteleczek wypełnionych smoczych krwią i rozpalając ogień nieopodal leżącego smoka, spojrzała na Willa który podparty o skalną ścianę pieczary cały czas uważnie jej się przyglądał. Była niemal pewna, że przedtem myślał, że potrafi tylko zabijać i siać wokół zniszczenie.
Podeszła do głowy smoka i pochwyciła jego spojrzenie, przepełnione wdzięcznością. Pragnęła przy nim zostać i opiekować się przez najbliższe dni lecz wiedziała, że to niemożliwe. Musiała dokończyć zlecenie i ruszać wraz z Willem do Dragon Village. Jedyne co jej pozostawało to życzyć smokowi szczęścia. Na pożegnanie złożyła delikatny pocałunek w czubek nosa smoka i posłała mu uśmiech gdy odchodziła.
U wyjścia z jaskini wraz z Willem się zatrzymała. Spojrzeli sobie w oczy, tym razem w spojrzeniu żadnego z nich nie było nienawiści która by świadczyła aby którekolwiek z nich chce zabić drugiego. Na dobry początek wydawało się, że to naprawdę wiele.
- Dziękuje – powiedziała cicho, posyłając lekki uśmiech w kierunku smoczego łowcy.
Wydawało się, że targający włosy, górski wiatr pochwycił te słowa, które po raz pierwszy raz od bardzo dawno wypłynęły wprost z serca Dragonelli. Tylko w dalekich odmętach swej pamięci mogła odnaleźć czas kiedy ktoś był skłonny coś dla niej zrobić. W tej chwili sama nie wiedziała czy dziękuje Willowi za to, że jej pomógł czy że po prostu z nią jest. Tak długo pozostawała zamknięta w swoje klatce która zwykła nazywać samotność, że nawet towarzystwo smoczego łowcy mogło się okazać się cenne.
- Nie ma za co – odparł i natychmiast odwrócił spojrzenie.
W ciszy i zamyśleniu ruszyli przed siebie, nieświadomi losu jaki już wkrótce miał ich spotkać.



niedziela, 10 lipca 2016

Rozdział 1: Prolog i smocza umowa




Stąpał po kruchym lodzie... kruchym niczym granica między zdrowiem a szaleństwem człowieka po utracie ukochanej mu osoby. Nad nim rozprzestrzeniała się noc, ciemniejsza od jakiegokolwiek najmroczniejszego zaułka podziemi. Żadnych gwiazd. Żadnych nadziei. Jedynie księżyc złowieszczo wyłaniał się czasem za chmur, jak by pragnął przypomnieć wędrowcom jak bardzo są zgubieni.
W taką oto noc swą podróż odbywał zakapturzony jeździec, równie tajemniczy jak towarzyszące mu otoczenie. Cień zakrywał jego mroczne oblicze, budząc lęk w każdym kto stanął by mu na drodze. Gotowy stawić się losowi w każdej chwili, w końcu zatrzymał się u kresu swej podróży. Uwiązał konia do słupa, uprzednio z niego schodząc po czym ruszył w stronę rozprzestrzeniającego się przed nim drewnianego budynku, starej karczmy. Bez słowa wszedł do środka, otwierając gwałtowanie drzwi.
Wewnątrz panował półmrok. Jedynym źródłem oświetlenia było parę świec, i komin gdzie słabo żarzył się płomień, jak by za chwilę miał zgasnąć, zapoczątkowując panowanie nocnych lęków. Jeździec nie zwracając uwagi na pomieszczenie, ruszył w stronę głównego punktu przesiąkniętej piwem i taniego tytoniu karczmy, popękanej lady. Kobieta stojąca za nią, o siwych włosach i podeszłym wieku nawet nie przerwała swojego zajęcia czyszczenia kielichów, jak by spodziewała się jego przybycia.
Dopiero gdy przybysz zajął miejsce przy barze, na chwiejącym się stołku, podniosła swój zimny, przenikliwy wzrok.
- No proszę – odparła głosem równie oschłym jak jej spojrzenie, kontynuując swoją czynność – Kogo do nas tu przywiało. Szukasz roboty?
Kiwnął tylko głową.
- Myślę, że ona będzie miała dla ciebie jakieś zlecenie... - kobieta ściszyła głos – Wiesz, że nie jesteś tu mile widziany?
Wędrowca który uprzednio kiwnął głową, dyskretnie rozejrzał się po lokalu, nie zdejmując kaptura. Nie dało się nie zignorować faktu, że większość osób znajdujących się w pomieszczeniu bacznie go obserwowała, patrząc na niego z ukosa.
- Tia, coś o tym wiem – mruknął podróżnik, z obojętnym tonem, jak by go to w ogóle nie obchodziło.
W tym samym momencie odwrócił się gwałtowanie, przewracając przy tym stołek aby odeprzeć atak mężczyzny. Nieznajomy trzymał w zaciśniętej dłoni nóż, ale nie miał szans z wędrowcom. Zakapturzony przybysz wytrącił mu broń, po czym obezwładnił popychając na najbliższy stolik. Napastnik odurzony alkoholem, wywracając mebel upadł nieprzytomny na podłogę.
Nim przybysz zdołał odwrócić wzrok, zaatakowali go inni. Nie miał czasu zajmować się tą żałosną bandą alkoholików. Jednym ciosem powalił jednego z mężczyzn, drugiemu po chwili walki przyłożył sztylet do gardła. Przerażony przeciwnik cofnął się, potykając o przewrócony stołek.
- Hej – usłyszał nagle kobiecy głos.
Odwrócił się i zobaczył stojącą na schodach, dobrze znaną mu kobietę. Tym razem kasztanowe włosy zostały spięte w wysokiego koka, a jej smukłe ciało opinała czarna suknia. Wyglądała gustownie, zupełnie jak by pochodziła z wyższych sfer, a nie była właścicielką przydrożnej karczmy.
- Dobrze cię widzieć, Marie – uśmiechnął się wędrowiec.
- Ciebie również, Will. Aczkolwiek wolała bym żebyś był odrobinę delikatniejszy dla moich klientów.
Mężczyzna w odpowiedzi posłał kobiecie uśmiech i ruszył po skrzypiących schodach podążając za nią. Idąc spowitym cieniem korytarzem na piętrze, doszli w końcu do jednych z drzwi. Marie wyjęła pęk kluczy, po czym wybierając właściwy otworzyła mosiężne wrota ze skrzypem. Gdy weszli podmuch wiatru głucho je zatrzasnął.
W komnacie panował dobrze znany Willowi chłód i półmrok. Nie jednokrotnie bywał w tym pomieszczeniu, więc nawet po ciemku potrafił odnaleźć fotel obity wytartą smoczą skórą. Usiadł na nim. Marie zapaliła świece stojącą na biurku i podparła się o hebanowy mebel.
- Szukasz roboty, co nie? - spytała.
- No, czegoś w tym stylu. Przydało by mi się jakieś gruntowane zlecenie, z tym smokiem w Nasturi uporałem się w niecały tydzień.
Kobieta uśmiechnęła się, odgarniając długie włosy.
- Nie bądź taki pewny siebie, znałam wielu łowców smoków których to zgubiło.
- To jest jakaś robota, czy nie? - spytał zniecierpliwiony wędrowca.
Uśmiech z twarzy Marie zniknął a na jej twarzy pojawiła się powaga. Kobieta złapała się za podbródek jak by coś rozważała.
- Niedaleko stąd przybył orszak królewski. Ponoć mają jakiś poważny problem ze smokami.
- O nie – natychmiast odezwał się Will – Tylko nie ci idioci z orszaku.
- Nie narzekaj – wzburzyła się Marie, krzyżując ręce – Dobrze płacą, a ty wciąż mi wisisz za spalenie karczmy mojego brata w Solance.
- To był wypadek – mruknął Will.
Tamten dzień wyjątkowo wyrył mu się w pamięci. Dostał wtedy zlecenie zabicia smoków, które terroryzowały miasteczko o nazwie Solance. Marie go o to poprosiła, ze względu na młodszego brata który prowadził w tym z pozoru cichym i spokojnym miasteczku karczmę. Nie potrafił jej odmówić i ostatecznie udało mu się wykonać zlecenie, lecz w trakcie walki którą stoczył na obrzeżach miasta, niestety ucierpiało kilka domów.
- No dobra – odparł w końcu chłopak po zastanowieniu – Wezmę od nich to zlecenie. Wiesz może o co chodzi z tym smokiem?
Mimo że byli sami w pokoju, Marie rozejrzała się dookoła jak by bała się, że ktoś ją usłyszy.
- Ponoć nie wolno o tym mówić aby nie siać paniki, dlatego mam trochę niejasne informacje. Ale krążą plotki, że to stworzenie jest prawdziwą Królową Smoków. Potrafi rozkazywać w jakiś sposób smokom, jest bardzo niebezpieczna.
- Smocza Królowa? - zdziwił się Will.
- Owszem... - mina Marie smętniała, a jej wzrok powędrował w stronę zakurzonej podłogi – Ponoć zabiła już pięciu łowców, wymordowała cały oddział żołnierzy. Jest bezlitosna. Dlatego wolała bym żebyś nie brał tego zadania.
- Nie wiedziałem, że ci o mnie tak zależy – prychnął.
- Mówię poważnie! Jesteś na swój sposób wkurzający, ale wiesz że cię lubię.
Podeszła bliżej stukocząc obcasami o drewnianą podłogę, uwodzicielsko kołysząc biodrami i nachyliła się tak, aby ich oczy mogły się spotkać. Zgrabnymi, bladymi palcami przejechała po policzku smoczego łowcy i zbliżyła swoje usta do jego aby oddać mu pocałunek. Po chwili mężczyzna ją lekko odepchnął.
- Wybacz Marie – odparł – Jesteś cudowną kobietą, naprawdę. Ale wiesz, że ja nadal ją kocham.
Kobieta oddaliła się kierując się w stronę okna. Mimo, że szła odwrócona Will był w stanie wyobrazić sobie odrzucenie i smutek jaki musiał malować się jej teraz w oczach. Nie chcąc dłużej sprawiać jej zawodu wstał z zamiarem opuszczenia pokoju.
- Nawet jeśli nie żyje... – mruknęła Marie wpatrzona w daleki horyzont za oknem – Powodzenia, łowco.
- Żegnaj – rzucił na pożegnanie i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi.

***

Dotarcie do królewskiego orszaku nie zajęło mu zbyt długo, mimo że się nie śpieszył. Kłusując przez zatartą drogę pośród stepów, wieczorem z oddali ujrzał królewski namiot otoczony pomniejszymi gdzie pewno nocowała królewska świta. Na myśl o słynnym Królu Gerardzie Willowi robiło się słabo. Bywał już na królewskim dworze i obecność władcy zawsze sprawiała że czuł się niezręcznie, choć kiedyś było zupełnie inaczej.
Gdy podjechał pod pierwszy z rozstawionych namiotów, od razu naprzeciw wyszli mu dwaj, opancerzeni w wykonane z najlepszej stali zbroje, strażnicy.
- Kim jesteś? Czego szukasz? - spytał szorstkim tonem jeden z nich.
- Jestem łowcą smoków, i przybyłem po zlecenie – odpowiedział, zsiadając z konia.
Jeden z nich chciał coś powiedzieć, lecz drugi uciszył go dotknięciem w ramię. Kiwnął Willowi i odsunął się, robiąc mu drogę do królewskiego namiotu. Chłopak nie kojarzył strażnika, więc tamten przepuścił go pewno z powagi zlecenia, niż z tego że wiedział kim jest. Nie oddalając się zostawił czarnego konia pod opieką strażników i ruszył przed siebie.
Wszedł do namiotu bez zapowiedzi i od razu westchnął widząc przepych jakim zawsze otaczała się Jego Królewska Mość. Wnętrze bowiem zdobiły najróżniejsze gobeliny przestawiające polowania na zwierzynę i smoki, a na wprost wejścia, na podwyższeniu stał zdobiony tron wykonany z drewna. Siedzący na nim Król nigdy nie żałował sobie żadnych kosztów, nawet podczas podróży.
- Nie spodziewałem się ciebie – odparł król na widok smoczego łowcy.
Jak przystało na władce potężnego królestwa, ubrany był od stóp po głowę w srebrzystą zbroję, wykonaną przez najlepszych kuźniarzy w kraju. U swego boku zwisał w skórzanej pochwie, długi miecz o zdobionej najróżniejszymi drogocennymi klejnotami rękojeści. Plecy okrywał długi, ciągnący się aż do ziemi płaszcz wykonany ze skóry rzadkiego smoka, który terroryzował niegdyś ziemie. Każdy kto swymi oczami ujrzał tak odzianego władcę mimowolnie padał na kolana, pod wpływem jego niezwykłego, królewskiego majestatu.
Każdy oprócz Willa.
- A ja nie spodziewałem się tu przybyć, ale słyszałem o dobrym zleceniu – odparł Will, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu, starając się uniknąć wzrok Króla.
- Jak zawszę, tylko pieniądze ci w głowie.
- Dobrze, że tylko mi.
Król zignorował wypowiedź łowcy.
- Przejdźmy do rzeczy, William. Wiesz o kogo chodzi, prawda?
- Spodziewam się. Znowu ona? Ta Smocza Królowa czy jak tam jej nazywają.
- Tak, to ona – kiwnął głową Król – Znów pustoszeje oddziały, jest bezlitosna. Żaden z łowców nie dał jej rady. Dlatego liczyłem, że się zjawisz. Twoja sława przerasta samego ciebie.
W odpowiedzi Will wzruszył obojętnie ramionami.
- Rozumiem, że mam ją zabić? I co z tego będę miał?
Władca powstał ze swojego tronu i zbliżył się do łowcy. Podchodząc pogładził siwą brodę która sięgała mu aż do piersi. Jego bijące chłodem spojrzenie było pełen powagi, smoki od lat stwarzały królestwu wiele problemów. Dlatego Król wydał specjalny dekret o przymusowym zabijaniu smoków i ludzi którzy byli z nimi powiązanymi, uważanych za zdrajców.
- Dostaniesz wystarczająco dużo pieniędzy aby pospłacać długi oraz aby prowadzić swoje zapchlone życie w taki sam sposób jaki prowadzisz.
- Gdzie ją znajdę?
- W Fiery Cave. Jeśli teraz tam wyruszysz możesz ją jeszcze tam znaleźć.
Will kiwnął głową i dziękując odwrócił się kierując się w stronę wyjścia. Nie zamierzał w towarzystwie Króla spędzać ani chwili dłużej, nie po tym co się wydarzyło osiem lat temu. Nie ważne kim był czuł pogardę dla tego człowieka i wątpił aby cokolwiek mogło to zmienić.
- William – odezwał się Król.
- Tia? - chłopak zatrzymał się i spojrzał ostatni raz w lodowate oczy słynnego Króla Gerarda.
- Uważaj na siebie... synu.
Smoczy łowca odszedł bez odpowiedzi, nie odwracając się za siebie.

***

Fiery Cave znajdowała się na wschodnim krańcu kraju, nieopodal mórz. Kraina ta wiecznie spowita w dymie i pyle, rozprzestrzeniała się pośród górskich krajobrazów i była idealnym schronieniem dla smoków. Lite skały i ogromne pieczary gdzie w najgłębszych miejscach znajdowały się według legend ogniste rzeki, wypełnione lawą. Z pewnością roiło się tam od masy najróżniejszych smoków więc nic dziwnego, że ich sama królowa tam przesiadywała.
Droga tam zajęła mu całe dwa dni i pół nocy. Chciał zlecenie wykonać jak najszybciej więc zatrzymywał się tylko w przydrożnych karczmach na odpoczynek głównie ze względu na jego wiernego konia, który służył mu niestrudzenie od kilku dobrych lat. Udawał się na spoczynek późną nocą, a wyruszał w ponowną podróż kiedy tylko wzeszło słońce.
Gdy z daleka ujrzał góry pośród których znajdowała się Fiery Cave, jego serce zabiło mocniej. Jak zawsze kiedy dostawał zlecenie zabicia smoka, pojawiała się w nim mściwa ekscytacja i z przyjemnością przychodziło mu zrobić zadanie.
Na swoje szczęście nie raz bywał w tym miejscu i trochę orientował się w górzystym terenie. Podczas swojej długiej podróży wybrał nawet obszary w których mogła znajdować się Dragnella. Musiał jednak pozostać ostrożnym aby nie trafić na inne smoki. Walka z nimi mogłaby przykuć uwagę Dragnelli, która albo by uciekła albo sama zdecydowała się stawić mu czoło. Gdy by do boju stanął sam z nią i jeszcze jedną rozzłoszczoną kreaturą jego szanse na wygraną znacznie by zmalały. Znał siłę Smoczej Królowej od ich ostatniego pojedynku, kiedy miał okazję spotkać się z nią oko w oko na żywo.
Mimo swej wielkiej niechęci do zamków i królewskiej rodzinny do której niestety należał, od czasu do czasu odwiedzał rodzinne pałace aby zobaczyć się z jednym z powodów dla którego jeszcze żył. Aby zobaczyć się ze swoją najukochańszą siostrą, Melisą.
Melisa była wyjątkowo piękna, podobnie jak on po matce odziedziczyła kruczoczarne włosy i alabastrową, bladą skórę. Uwielbiała się stroić i zakładać stroję matki, ale wbrew pozorom nie była płytka jak większość księżniczek. Zawsze z bratem zaczytywała się w najróżniejszych zbiorach ksiąg o legendach, smokach i dzielnych wyczynach rycerzy. Sami w wolnej chwili wymyślali własne, najczęściej podczas konnych przejażdżek przez pobliski las. Kiedy Will był zmuszony opuścić zamek, najciężej było mu rozstać się z ukochaną siostrą.
Melisa gdy go zobaczyła od razu padła mu w ramiona. Była tak uradowana, że bez namysłu zaczęła mu opowiadać co jej się przytrafiło, nie zawsze poprawnie składając zdania. Will tylko przytakiwał siostrze starając się być dla niej jak zawsze uśmiechnięty oraz cieszyć się jej widokiem.
Gdy miło spędzał czas otoczony towarzystwem siostry nagle usłyszał krzyki kobiet. Will natychmiast wybiegł na korytarz i skierował się do sali tronowej skąd pochodziły. W zamku panował zamęt, ludzie biegali, potykali i przewracali, rycerze w popłochu wyciągali broń aby bronić króla. Chłopak podążył za nimi, przerażony wizją, że gdy nic nie zrobi może ucierpieć jego siostra.
Kiedy dotarł do największej w zamku królewskiej komnaty panowało jeszcze większe zamieszanie. Zrozpaczeni dworzanie i magnaci w popłochu starali się uciekać, kobiety krzyczały, po sali wciąż roznosiły się krzyki ''Zabije nas!'' i ''Już po nas!''
Zdezorientowany Will, który jednocześnie starał się zachować spokój spojrzał w kierunku skąd wszyscy uciekali i wtedy zobaczył ją. Dragonellę.
Jej zielone oczy pałały istnym żarem, posyłając do wszystkich mordercze spojrzenie z piekła rodem. Jej skórę pokrywały brązowe smocze łuski, a place miała zakończone długimi, czarnymi pazurami. Szła powolnym krokiem, a za nią ciągnęły się długie aż do ziemi, szerokie smocze skrzydła gotowe wzbić się w każdej chwili. Po jej bokach oraz z tyłu ciężkie kroki stawiały trzy smoki, o twardszej skórze od jakiekolwiek stali. Natomiast ona sama odziana była tylko w skórzany gorset i opinające spodnie, jak by sama jej magia i siła wystarczały jej aby ją chronić. Jej strój jak na kobietę w królestwie był nie do pomyślenia.
Ale ona nie była kobietą. Była istnym monstrum.
- Witam wszystkich! - krzyknęła z wyraźnym entuzjazmem – Tak się cieszę, że zastałam samego króla! Mamy do pogadania.
Gdy skończyła mówić jeden z jej smoków zaryczał jak by chciał podkreślić wagę jej słów. Will zaczaił się w cieniu, szykując swoją magię aby w razie czego móc się obronić. Co prawda jego znajomość zaklęć wciąż pozostawiała wiele do życzenia, ale obawiał się że jego same umiejętności walki z mieczem mogą tym razem nie wystarczyć.
Król Gerard natychmiast powstał ze swojego tronu i wyjął ze skórzanej pochwy mosiężny miecz. Wycelował go w stronę półsmoczycy
- Nie mam nic ci do powiedzenia, morderczyni – krzyknął oburzony – Wynoś się!
Odpowiedź nie usatyswakcjonowała monstrum. Posłała z ukosa Królowi pełne nienawiści spojrzenie, a na jej ustach pojawił się drwiący uśmiech.
- Oh, czyżby? - odparła, pełnym ironią głosem.
Pstryknęła palcami, a towarzyszące jej smoki jak by wybudzone z transu, wszystkie jednocześnie zaryczały siejąc grozę i panikę. Jedynie rycerze, gotowi w każdej chwili oddać swoje życie w obronie Króla, zaszarżowali do przodu, atakując smoki. Dragonella wzniosła się w powietrze za pomocą swych potężnych skrzydeł i wymijając rycerzy którzy byli zbyt zajęci walką ze smokami aby ją powstrzymać, zwróciła się w kierunku Króla.
Nie... nie Króla, stojącej nieopodal Melisy, która jak zawsze nieustraszona zamiast uciekać, postanowiła wszystko zobaczyć na swoje własne oczy. Umysł Willa nawet nie zorientował się do końca co się dzieje, kiedy jego ciało rzuciło się aby chronić ukochaną siostrę. Wziął zamach i w porę odepchnął półsmoczyce, która lecąc ze zbyt szybką prędkością nie miała szans wyhamować przed ostrzem miecza. Jedyne co ją ochroniło była jej gruba, smocza skóra na której pojawiła się nie głęboka rana.
Dragnella wrzasnęła z bólu, ale nie poddawała się. Jej ciało pokryło się ogniem, a z oczu buchnęły płomienie pełne nienawiści. Półsmoczyca rzuciła się na Willa który bezlitośnie odpierał każdy jej atak. Był w stanie za siostrę oddać swoje marne życie i w jej obronie włożył całą swoją siłę. Ścisnął mocniej rękojeść miecza.
- Aknomeum! - wykrzyknął, uwalniając zaklęcie.
Ostrzę jego miecza spowił fioletowy dym czaru, sprawiając że stawał się dla przeciwnika śmiercionośną trucizną. Rozwinięcie tej magi dawało również atuty samemu wojownikowi który używał broni, lecz Will o tym rodzaju czarów dowiedział się zaledwie rok temu a praktykował je od zaledwie paru miesięcy. Opanowanie tej magi zajmie mu jeszcze kilka lat jeśli będzie intensywnie ćwiczył. Natomiast Dragonella urodziła się pół smokiem więc magię miała we krwi. Szansę na wygraną w pojedynku magicznym były nikłe. Dlatego Will musiał wykorzystać swój spryt i umiejętności w walce mieczem.
- Natychmiast uciekaj! - krzyknął w stronę siostry.
- Pomogę ci...
- Powiedziałem uciekaj – wrzasnął.
Nie mógł już nikogo więcej stracić, a na pewno nie siostry. Melisa usłuchała się w końcu jego słów i z jedną ze służących które wybiegły po dziewczynę, wkrótce zniknęła w ciemnościach korytarzy. Will odetchnął z ulgą. Teraz wiedząc że jego siostra będzie po części bezpieczna, całą swoją uwagę mógł w pełni poświęcić swojej przeciwniczce.
Smoczyca nie zamierzała dłużej czekać, gdy ponownie zaatakowała, Will mocniej pochwycił swój miecz aby odeprzeć atak. Wystarczyło aby tylko lekko zadrapał jej skórę aby trucizna mogła dostać się do jej krwiobiegu. Jednak tym razem ilekroć zadawał ciosy za każdym razem zostawały one albo wymiecione albo trafiały na smoczy ogień który je z tajemniczą siłą odpychał. Will nigdy jeszcze nie zmierzył się z taką magią, choć pokonał setki smoków.
Postanowił zmienić strategię. Dragonelli w dużym stopniu w wymijaniu ataków pomagały skrzydła, więc musiał je albo uszkodzić albo sprawić aby nie mogła ich używać. Biorąc pod uwagę, że doskonale odpierała jego ciosy pozostawała do wyboru druga opcja. W jednej chwili spostrzegł w drugim kącie sali korytarz, w którym na pewno Smocza Królowa nie mogłaby latać. Modląc się w duchu, że nie zastanie tam żadnych ludzi oraz że Dragonella będzie go gonić, natychmiast rzucił się w jego kierunku.
Gdy biegł przedzierając się przez innych żołnierzy, którzy starając się bronić Króla atakowali opancerzone smoki, od razu poczuł na karku ciepło i zrozumiał, że smoczyca za nim śledzi. Atakowała go od tyłu, jednak dzięki długiemu płaszczowi, z czarnej smoczej skóry, był choć odrobinę odporny na jej zaklęcia. Przeważnie jego opancerzenie chroniło go przed ogniem, lecz tym razem czuł, że magia jaka posługuje się Dragonella znacznie rożni się od posługiwania się zwyczajnym, smoczym ogniem.
Wbiegł w ciemności korytarza, a za nim zgodnie z jego planem wleciała smoczyca. W wąskim tunelu nie miała szans aby dłużej się unosić, więc wylądowała parę metrów od Willa.
- I co teraz? - rzucił drwiąco w jej stronę.
Spodziewał się ujrzeć na jej twarzy złość, że teraz jej uniki będą mniej skuteczne. Lecz ku jego zdziwniu Smocza Królowa posłała mu uśmiech.
- Uważasz, że bez moich skrzydeł jestem bezużyteczna – prychnęła – To się jeszcze okaże.
Włożyła koniuszki dwóch palcy do ust i gwizdnęła. Po chwili u jej boku znalazł się jeden z trzech smoków które jej towarzyszyły. Zionął ogniem i uderzył głową w jedną z kamiennych ścian, a potem w równoległą. Po paru próbach kamieniste bloki zwaliły się, ciągnąc za sobą całą konstrukcje korytarza. Willowi w porę udało się z niego wybiec, unikając poważnych ran. Gdy mijał pojedyncze skały które pod wpływem uderzenia smok rozrzucił na wszystkie strony, skorzystał z zamieszania i przeciął mieczem błonę jednego ze skrzydeł Dragonelli gdy ta umykała na bok. Nie była to poważna rana, ledwie draśnięcie, lecz smoczyca wrzasnęła z bólu. Dla Willa dźwięk ten był lepszy od muzyki. Jego trucizna zadziałała.
Oddalił się kilkanaście metrów aby oglądać jak smoczyca umiera. Powinno to nastąpić natychmiast, jednak Smocza Królowa mimo że zwijała się z niewyobrażalnego bólu, wciąż stała podparta o jednego ze swoich smoczych towarzyszy. Po chwili wsiadła na niego i wzbiła się wraz z nim w powietrze. W ich ślady poszły inne smoki, które nie odniosły prawie żadnych ran mimo że stoczyło z nimi walkę masa żołnierzy. Sama Dragonella na pożegnanie rzuciła łowcy spojrzenie pełne nienawiści, a Will zrozumiał że jeśli przeżyje będzie chciała się na nim zemścić. Jedną z rzeczy jakich się nauczył podczas bycia smoczym łowcą to, że są to niezwykle mściwe stworzenia i bez względu na wszystko znajdą sposób aby się zemścić.
Tak teraz on sam wchodził na jej terytorium, mimo że wiedział, że Dargonella przy pierwszej lepszej okazji z przyjemnością go zabije. I dobrze. Może przynajmniej dzięki temu ich walka będzie odrobinę ciekawsza.
Pierwsza pieczara na którą się natknął i do której prowadziła wydeptana nie wiadomo przez kogo ścieżka, okazała się pusta. Sądząc po śladach smoczych łap odciśniętych na piasecznym podłożu były świeże, więc w duchu podziękował za swoje szczęście że nikogo nie zastał.
Kolejna z jaskiń imponowała wielkością, bez zwątpienia zmieściło by się w niej kilkadziesiąt smoków. Zwisające zewsząd stalaktyty i stalagmity przywodziły Willowi na myśli paszczę ogromnego potwora, najeżoną ostrymi zębami. Im dalej się w nią zagłębiał, tym mniejsze istniały szansę aby mógł z powrotem z niej wyjść cały i zdrowy. Idąc przez nią kątem oka nagle w oddali dostrzegł poruszający się w ciemnościach, opływowy kształt. Chwycił za rękojeść miecza, lecz nie wyjmując go podszedł bliżej. Jego oczom ukazał się w końcu smok o lśniących, srebrzystych łuskach. Jego wydłużony pysk był cały skąpany we krwi a ciemne, mądre oczy skupione na mięsie które leżało pod smoczymi łapami, zakończonymi ostrymi niczym brzytwa pazurami. Gdy by na niego zapolował dostał by za samą skórę przynajmniej pięć sztuk złota. Westchnął na myśl, że koło nosa przejdzie mu taki okaz. Odwrócił wzrok i korzystając z tego że monstrum go nie zauważyło, pośpiesznie ruszył dalej.
Wkrótce z oddali spostrzegł ognistą rzekę, płynącą wzdłuż jaskini. Zbliżył się do niej. Ostatnia pieczara w której mogła znajdować się Dragonella znajdowała się u źródła tej rzeki, a jedyną do niej drogą był wąski przesmyk jeśli szło się jej wzdłuż. Nie zważając na niewyobrażalne ciepło jakie promieniowało od płynącej lawy, Will ruszył w kierunku miejsca gdzie wypływała ze skały.
Po godzinie drogi przystanął aby odpocząć. Oparty o skałę, w skupieniu spoglądał na przepływającą powoli lawę w ognistej rzece. Jego myśli krążyły nad wymyślaniem możliwych scenariuszy jego spotkania i walki z Dragonellą. Miał nadzieje, że uda mu się ją zaskoczyć i zranić zanim zorientuje się co się wokół niej dzieje. Z drugiej strony już dawno mogła wiedzieć o jego obecności, a może już nawet na niego czekała uzbrojona i w towarzystwie opancerzonych smoków. Uśmiechnął się. Od paru lat i tak wiele nie miał do stracenia. Krążył po kraju, wykonując pojedyncze zlecenia, zaciągając długi i je spłacając. Od czasu do czasu odwiedzał siostrę, lub wpadał na pogawędkę u Mary, która liczyła że pewnego dnia okaże się dla niego kimś więcej niż przyjaciółką. Gdy by tylko mógł wrócić do dawnych dni, które spędzał razem z ukochaną. Gdy by tylko znów miał kogoś dla kogo mógłby walczyć, kogoś dla kogo był kimś znacznie więcej niż tylko mordercą smoków i nieudacznikiem który wiecznie tylko zawodzi.
Wstał ze swojego miejsca, nie mogąc dłużej myśleć o swojej byłej dziewczynie. Teraz nie mógł, musiał skupić się na zadaniu i zabić Smoczą Królową. Zrobi to tylko i wyłącznie dla niej. Dla Caireen.
W końcu dotarł do celu swojej podróży. Lawa wypływała ze skały, tworząc niewielki, ognisty wodospad. Uważnie omiótł wzrokiem pieczarę i znacznie mu ulżyło gdy jego oczom nie ukazał się żaden smok. Znacznie mu ulżyło a jednocześnie zapłonęły w nim uczucia gniewu i nienawiści kiedy w końcu ujrzał Smoczą Królową. Nie wierzył w swoje szczęście, zupełnie jak by los chciał dać mu szansę aby w końcu ostatecznie mógł się zemścić.
Ledwo udało mu się ją zobaczyć. Siedziała na skale, skąpana światłem zachodzącego słońca i w skupieniu podziwiała widok jaki rozprzestrzeniał się u wylotu jaskini. Poniżej znajdowały się strome skały, więc jedynym wejściem była albo mordercza droga przez pieczary w niewyobrażalnym gorącu, albo wlecenie od góry. Idealne schronienie przed ludźmi i łowcami którzy mogli by chcieć odebrać jej życie. Musiał przyznać, że zdziwił się widząc ją siedzącą i po prostu patrzącą w dal jak by była zwyczajnym człowiekiem. Bardziej wyobrażał sobie, że będzie jak miniony przez niego smok rozrywała swoją ofiarę, umazana cała we krwi. Taki widok zdecydowanie dodał by mu motywacji aby ją uśmiercić.
Delikatnie postawił krok i sięgnął po swój miecz. Zamierzał zaatakować ją z zaskoczenia, lecz gdy wyjął swoją broń, jej głowa natychmiast się odwróciła w jego kierunku. Widocznie nie było sposoby aby oszukać niezwykle wyczulony, smoczy słuch jaki posiadała.
Zeszła ze skały i zbliżyła się, nie spuszczając z niego wzroku. Wyszedł jej naprzeciw. Teraz, stojąc znacznie bliżej mógł się w pełni przyjrzeć. Całą skórę bez wyjątków pokrywały brązowe łuski, które jedynie lekko rozjaśniały się na twarzy i klatce piersiowej. Długie, bordowe włosy kaskadami opadały na ramiona i plecy dziewczyny niczym aksamitny płaszcz. Długie, o rozpiętości paru metrów skrzydła gotowe w każdej chwili wznieść w niebiosa swoją właścicielkę. Długie palce, zakończone czarnymi szponami i żarzące się toksyczną zielenią oczy drapieżnika, zdolne przewidzieć każdy ruch swojej ofiary.
Urodzona morderczyni. Prawdziwa maszyna do zabijania.
- A ty to kto? - spytała. Jej głos wydawał się dziwnie melodyjny, zupełnie nie pasował do okrutnej kreatury którą była.
Nie odpowiedział. Ścisnął tylko mocniej rękojeść swojego miecza. Wyjął go ze skórzanej pochwy, aby zadać cios. Zamachnął przed sobą broń, jednak nie trafił.
- Ej! - krzyknęła dziewczyna w porę robiąc unik.
Smoczyca odskoczyła w bok, przez co chłopak trafił tylko w skałę. Ścisnął mocniej broń aby ponownie zaszarżować. Wcześniej czy później będzie musiał użyć magi, ale najpierw chciał trochę zmęczyć swoją ofiarę. Po tym co zrobiły mu te potwory kochał rozkoszować się widokiem ich cierpienia i powolnej śmierci. Zemsta. To ona uczyniła go jednym z najlepszych łowców w kraju.
Zaskoczenie ze strony półsmoczycy zniknęło i za pomocą zaklęć, z jej dłoni buchnął płomień. Zacisnęła je w pięści i wykrzykując nazwę zaklęcia ruszyła w stronę Willa, wyraźnie rozwścieczona. Chłopak zrobił unik i zadał kolejny cios w stronę półsmoczycy, atakując jej ramię. Dziewczyna w porę się schyliła i ominęła ataku wzbijając się w powietrze. Podmuch wiatru który stworzyły jej skrzydła gwałtowanie przygwoździł Willa do skalnej ściany. Jęknął z bólu.
Zrozumiał, że w tej walce będzie musiał używać magi, przeciwnika jakim była Dragonella nie należało się lekceważyć. Różniła się znacznie od smoków, one polegając na swojej sile nie robiły zgrabnych uników, zresztą dziewczyna miała ludzki rozum i umiała przewidzieć każdy jego ruch.
- Aknotrivium! - wykrzyczał zaklęcie unosząc miecz do góry.
W jednej chwili jego miecz pokrył się srebrzystym blaskiem i znacznie wydłużył. Czar sprawiał że zadawane ciosy były szybsze a wojownik używający broni mógł zadawać porażenia skacząc nawet dwa metry wzwyż. Skierował wzrok na Dragonellę która z zaciśniętymi pięściami, spowitymi żarzącym się ogniem spoglądała na Willa z góry, jak by wręcz czekała aż chłopak użyje czaru który uniesie go do góry.
- Już wymiękasz? - zadrwiła.
Łowca chwycił miecz dwoma rękami i z niesamowitą prędkością wzbił się do góry z bojowym krzykiem napierając na smoczyce. Dziewczyna nie zamierzała robić uniku, jej smoczy ogień i ostrze Willa skrzyżowały się niczym dwa żelazne miecze.
W ten sposób rozpoczęła się cała seria ciosów, jakie między sobą wymieniali będąc w powietrzu. Will próbował jak za pierwszym razem zranić Dragonellę w skrzydło, jednak okazało się to niemożliwe. Dziewczyna nie dawała sobie popełnić drugi raz tego samego błędu i kiedy tylko łowca próbował zranić ją w jedno z jej skrzydeł, natychmiast robiła unik albo odparowywała jego atak, mimo że używał magii szybkości.
Walka w powietrzu szybko przyniosła Willowi zmęczenie. Chłopak zeskoczył z powrotem na ziemię, szybko zmieniając czar swojego miecza na taki który dawał mu podwojoną siłę. Dziewczyna była szybka, a jej ogniste ciosy niesamowicie silne, jednak porywisty podmuch wiatru i zaklęcie miecza powinny ją osłabić. Już nie raz tym sposobem pokonał niejednego smoka.
Zdjął z głowy kaptur i odgarnął na bok potargane czarne włosy. Nagle na twarzy Dragonelli pojawiło się zdziwienie. Zdezorientowana przekrzywiła na bok głowę i zmarszczyła brwi, a płomienie w jej oczach zgasły, podobnie jak ogień którym płonęły zaciśnięte w pięści dłonie.
- Czekaj – odparła – Czy ja cię skądś znam?
Will nie zamierzał odpowiadać. Zaatakował i powalił ciosem dziewczynę, która nie spodziewała się że chłopak rzuci się na nią z mieczem, kiedy ta w pokojowy sposób będzie chciała z nim porozmawiać.
- Ej! To nie sprawiedliwe! - wyraziła swój sprzeciw.
Dragonella padła na ziemie, uderzając głową o skałę. Obolała próbowała stanąć, ale Will był szybszy i przyparł ją z powrotem do ściany. Z całej siły nadepnął na skrzydło, aby mu nie uciekła i aby mógł zadać ostateczny cios. Dziewczyna wrzasnęła z bólu, prawdopodobnie podwojona siła czaru złamała skrzydło. Teraz mu w żaden sposób nie ucieknie.
- A czy ty byłaś sprawiedliwa zabijając tylu ludzi? Czy smoki była sprawiedliwe kiedy zabiły moją dziewczynę? – krzyczał rozwścieczony biorąc zamach ostrzem. Nie miała prawa mówić o sprawiedliwości. – Zdychaj! Za Caireen!
Oczy smoczycy otworzyły się nagle szerzej, ukazując bijącą od nich szmaragdową zieleń.
- Czekaj! - krzyknęła.
Mimowolnie mężczyzna zatrzymał broń zaledwie parę centymetrów od piersi smoczycy gdzie w szaleńczym tempie biło zimnokrwiste, pozbawione uczuć serce.
- Czego? - warknął.
- Ja znam jedną Caireen!
- Jest wiele Caireen.
- Ale ja znam tą twoją! Ona żyje.
- Łżesz! Zabiły ją smoki!
Will wziął kolejny zamach, ale tym razem smoczycy zgrabnie udało się go ominąć i wydostała się spod przewagi swojego przeciwnika. Łowcy zaimponowało to, że mimo miała złamane skrzydło które pewno sprawiało jej niewiarygodny ból, potrafiła wyswobodzić się z jego uścisku i uniknąć zadany cios.
- Negocjujmy! - krzyknęła, odskakując w bok przed kolejnym atakiem Willa.
Dziewczyna nie atakowała, swoją siłę jedynie skoncentrowała na odpieraniu ciosów zadawanych przez śmiercionośny miecz.
- Niby o czym? - prychnął.
- Ja mam coś co ty chcesz a ty możesz mi coś załatwić co ja chce.
- Co niby mogę chcieć od ciebie? - rzucił i po raz kolejny zaatakował.
Wyraźnie zmęczona dziewczyna stworzyła ognisty mur który uniemożliwił Willowi zbliżenie się do niej. W zasadzie było to nieskuteczne posunięcie, ze względu na płaszcz łowcy wykonanego ze smoczej skóry, który chronił go przed płomieniami.
- Ja mam twoją Caireen, a ty masz znajomości na królewskim dworze, no nie?
- Kłamiesz! Niby skąd znasz ją znasz? Niby skąd wiesz, że ją znałem?
- Bo powiedziała mi o tobie, William.
Chłopak zamarł na dźwięk słów smoczycy. Musiała kłamać. Caireen porwały smoki cztery lata temu, a potem ją rozszarpały na strzępy. A mimo wszystko nie mógł odciągnąć od siebie tej myśli, że jego ukochana jakimś cudem przeżyła. Opuścił miecz i skierował swój wzrok na dziewczynę. Skąd mogła znać jego imię?
- A niby skąd wiesz, że mam znajomości na królewskim dworze?
Dragonella przewróciła oczami i zgasiła ognisty mur, który trochę zagłuszał ich rozmowy. Skierowała go na swoje zranione skrzydło, co zdziwiło Willa. Widocznie dla Smoczej Królowej ogień miał właściwości regeneracyjne.
- Znam twoją magię. Widziałam cię kiedy raz byłam w królewskim zamku – mówiła idąc powolnym krokiem – Na królewskim dworze nie pałętają się raczej byle jacy łowcy. Broniłeś króla, musisz być jakimś honorowym rycerzykiem czy czymś w tym rodzaju.
Will chciał zaprzeczyć, nie miał zamiaru być spostrzegany jako oddany sługa króla czy jako jego obrońca. Jedyną osobą jaką wtedy bronił była jego siostra, dla której zrobił by wszystko. Był jednak ciekawy co miała do powiedzenia, więc w milczeniu słuchał dalej, podparty o jedną ze skał jaskini.
- Widzisz, mnie król jakoś specjalnie nie chce słuchać – kontynuowała chodząc tam i z powrotem otoczona płomieniami, od czasu do czasu rzucając okiem na Willa – Co prawda trochę nerwowo przebiegają nasze spotkania, więc zaczęłam tracić nadzieję, że się dogadam z tych upartym osłem.
Chłopakowi ledwo udało się powstrzymać uśmiech. To określenie pasowało do króla aż za dobrze.
- A nie podoba mi się to rozporządzenie jakie wprowadził ponad osiem lat temu o eksterminacji smoków. Mając ciebie po swojej stronie nasze rozmowy mogły by w końcu przynieść pozytywne skutki. Co ty na to?
- Co będę z tego miał? - wypalił od razu czarnowłosy.
Półsmoczyca zatrzymała się i wlepiła w niego parę zielonych ślepi.
- Mówiłam, że twoja Caireen żyje. Jest w Dragon Village za Silver Mountain. Nikt poza smokiem lub mną nie przejdzie żywy tej góry. Przyprowadzę ci ją w zamian za moje udane negocjacje z królem. Umowa stoi?
- Coś kręcisz – chłopak bez ogródek wyraził swoje zdanie na temat propozycji Dragonelli. Nie wierzył i wciąż bardziej atrakcyjne wydawało mu się jego zlecenie i obcięcie głowy smoczycy, zważając na to, że miała złamane skrzydło.
Półsmoczyca w odpowiedzi wzruszyła ramionami.
- Rozumiem, że mi nie ufasz ale co masz do stracenia?
- Na przykład swoje życie? Jestem łowcą a ty jakąś smoczą hybrydą.
Na dźwięk obelgi jaką usłyszała Dragonella, jej oczy zapaliły się szmaragdowym, zabójczym ogniem a z zaciśniętych pięści sypały się pojedyncze iskry. Will już chciał chwycić za rękojeść swojego miecza, gotów w każdej chwili ponownie stawić czoło swojej przeciwniczce, gdy nagle ta wzięła głęboki oddech i wróciła do rozmowy.
- Uwierz mi, ta hybryda jest twoją jedyną drogą do Caireen. To co, rycerzyku? Mamy umową czy mam cię zabić?
Ostatnie zdanie wypowiedziała przez zaciśnięte zęby, zupełnie nie żartowała. Will rozważając propozycję Dragonelli odwrócił swój wzrok w stronę przepaści, za rozprzestrzeniającymi się za nią lasami i ledwie widocznymi osadami gdzie ludzie prowadzili spokojny tryb życia. Rodząc się, zakochując, pracując, mając dzieci i umierając w gronie najbliższych którzy ciepło ich wspominają. On i Caireen prowadzili kiedyś podobne życie, choć on nie do końca umiał to docenić więc ją stracił. Co noc zastanawiał się ile by oddał aby móc choć jeszcze jeden raz ją ujrzeć. Całą i zdrową, witającego go z uśmiechem na twarzy i błyskiem w oczach które widziały w życiu tyle niedoli i ludzkiego cierpienia. Oddał by życie aby móc dotknąć jej delikatnej, brzoskwiniowej skóry i gładzić długie, kasztanowe włosy które czesała przed oknem długimi godzinami, oczekując na jego powrót.
Nawet nie musiał myśleć nad odpowiedzią. Wysunął do przodu otwartą dłoń i spojrzał Dragonelli w oczy.
- Zgoda. Ty mi dajesz Caireen, ja załatwiam ci pokojowe negocjacje z królem.
  Z twarzy smoczycy w jednej chwili zniknęła cała wrogość, a na ustach zagościł lekki uśmiech. Wyciągnęła przed siebie dłoń pokrytą smoczymi łuskami i uścisnęła nią dłoń Willa, zapoczątkowując podróż która przyniosła znacznie więcej niż zakładała umowa...