niedziela, 10 lipca 2016

Rozdział 1: Prolog i smocza umowa




Stąpał po kruchym lodzie... kruchym niczym granica między zdrowiem a szaleństwem człowieka po utracie ukochanej mu osoby. Nad nim rozprzestrzeniała się noc, ciemniejsza od jakiegokolwiek najmroczniejszego zaułka podziemi. Żadnych gwiazd. Żadnych nadziei. Jedynie księżyc złowieszczo wyłaniał się czasem za chmur, jak by pragnął przypomnieć wędrowcom jak bardzo są zgubieni.
W taką oto noc swą podróż odbywał zakapturzony jeździec, równie tajemniczy jak towarzyszące mu otoczenie. Cień zakrywał jego mroczne oblicze, budząc lęk w każdym kto stanął by mu na drodze. Gotowy stawić się losowi w każdej chwili, w końcu zatrzymał się u kresu swej podróży. Uwiązał konia do słupa, uprzednio z niego schodząc po czym ruszył w stronę rozprzestrzeniającego się przed nim drewnianego budynku, starej karczmy. Bez słowa wszedł do środka, otwierając gwałtowanie drzwi.
Wewnątrz panował półmrok. Jedynym źródłem oświetlenia było parę świec, i komin gdzie słabo żarzył się płomień, jak by za chwilę miał zgasnąć, zapoczątkowując panowanie nocnych lęków. Jeździec nie zwracając uwagi na pomieszczenie, ruszył w stronę głównego punktu przesiąkniętej piwem i taniego tytoniu karczmy, popękanej lady. Kobieta stojąca za nią, o siwych włosach i podeszłym wieku nawet nie przerwała swojego zajęcia czyszczenia kielichów, jak by spodziewała się jego przybycia.
Dopiero gdy przybysz zajął miejsce przy barze, na chwiejącym się stołku, podniosła swój zimny, przenikliwy wzrok.
- No proszę – odparła głosem równie oschłym jak jej spojrzenie, kontynuując swoją czynność – Kogo do nas tu przywiało. Szukasz roboty?
Kiwnął tylko głową.
- Myślę, że ona będzie miała dla ciebie jakieś zlecenie... - kobieta ściszyła głos – Wiesz, że nie jesteś tu mile widziany?
Wędrowca który uprzednio kiwnął głową, dyskretnie rozejrzał się po lokalu, nie zdejmując kaptura. Nie dało się nie zignorować faktu, że większość osób znajdujących się w pomieszczeniu bacznie go obserwowała, patrząc na niego z ukosa.
- Tia, coś o tym wiem – mruknął podróżnik, z obojętnym tonem, jak by go to w ogóle nie obchodziło.
W tym samym momencie odwrócił się gwałtowanie, przewracając przy tym stołek aby odeprzeć atak mężczyzny. Nieznajomy trzymał w zaciśniętej dłoni nóż, ale nie miał szans z wędrowcom. Zakapturzony przybysz wytrącił mu broń, po czym obezwładnił popychając na najbliższy stolik. Napastnik odurzony alkoholem, wywracając mebel upadł nieprzytomny na podłogę.
Nim przybysz zdołał odwrócić wzrok, zaatakowali go inni. Nie miał czasu zajmować się tą żałosną bandą alkoholików. Jednym ciosem powalił jednego z mężczyzn, drugiemu po chwili walki przyłożył sztylet do gardła. Przerażony przeciwnik cofnął się, potykając o przewrócony stołek.
- Hej – usłyszał nagle kobiecy głos.
Odwrócił się i zobaczył stojącą na schodach, dobrze znaną mu kobietę. Tym razem kasztanowe włosy zostały spięte w wysokiego koka, a jej smukłe ciało opinała czarna suknia. Wyglądała gustownie, zupełnie jak by pochodziła z wyższych sfer, a nie była właścicielką przydrożnej karczmy.
- Dobrze cię widzieć, Marie – uśmiechnął się wędrowiec.
- Ciebie również, Will. Aczkolwiek wolała bym żebyś był odrobinę delikatniejszy dla moich klientów.
Mężczyzna w odpowiedzi posłał kobiecie uśmiech i ruszył po skrzypiących schodach podążając za nią. Idąc spowitym cieniem korytarzem na piętrze, doszli w końcu do jednych z drzwi. Marie wyjęła pęk kluczy, po czym wybierając właściwy otworzyła mosiężne wrota ze skrzypem. Gdy weszli podmuch wiatru głucho je zatrzasnął.
W komnacie panował dobrze znany Willowi chłód i półmrok. Nie jednokrotnie bywał w tym pomieszczeniu, więc nawet po ciemku potrafił odnaleźć fotel obity wytartą smoczą skórą. Usiadł na nim. Marie zapaliła świece stojącą na biurku i podparła się o hebanowy mebel.
- Szukasz roboty, co nie? - spytała.
- No, czegoś w tym stylu. Przydało by mi się jakieś gruntowane zlecenie, z tym smokiem w Nasturi uporałem się w niecały tydzień.
Kobieta uśmiechnęła się, odgarniając długie włosy.
- Nie bądź taki pewny siebie, znałam wielu łowców smoków których to zgubiło.
- To jest jakaś robota, czy nie? - spytał zniecierpliwiony wędrowca.
Uśmiech z twarzy Marie zniknął a na jej twarzy pojawiła się powaga. Kobieta złapała się za podbródek jak by coś rozważała.
- Niedaleko stąd przybył orszak królewski. Ponoć mają jakiś poważny problem ze smokami.
- O nie – natychmiast odezwał się Will – Tylko nie ci idioci z orszaku.
- Nie narzekaj – wzburzyła się Marie, krzyżując ręce – Dobrze płacą, a ty wciąż mi wisisz za spalenie karczmy mojego brata w Solance.
- To był wypadek – mruknął Will.
Tamten dzień wyjątkowo wyrył mu się w pamięci. Dostał wtedy zlecenie zabicia smoków, które terroryzowały miasteczko o nazwie Solance. Marie go o to poprosiła, ze względu na młodszego brata który prowadził w tym z pozoru cichym i spokojnym miasteczku karczmę. Nie potrafił jej odmówić i ostatecznie udało mu się wykonać zlecenie, lecz w trakcie walki którą stoczył na obrzeżach miasta, niestety ucierpiało kilka domów.
- No dobra – odparł w końcu chłopak po zastanowieniu – Wezmę od nich to zlecenie. Wiesz może o co chodzi z tym smokiem?
Mimo że byli sami w pokoju, Marie rozejrzała się dookoła jak by bała się, że ktoś ją usłyszy.
- Ponoć nie wolno o tym mówić aby nie siać paniki, dlatego mam trochę niejasne informacje. Ale krążą plotki, że to stworzenie jest prawdziwą Królową Smoków. Potrafi rozkazywać w jakiś sposób smokom, jest bardzo niebezpieczna.
- Smocza Królowa? - zdziwił się Will.
- Owszem... - mina Marie smętniała, a jej wzrok powędrował w stronę zakurzonej podłogi – Ponoć zabiła już pięciu łowców, wymordowała cały oddział żołnierzy. Jest bezlitosna. Dlatego wolała bym żebyś nie brał tego zadania.
- Nie wiedziałem, że ci o mnie tak zależy – prychnął.
- Mówię poważnie! Jesteś na swój sposób wkurzający, ale wiesz że cię lubię.
Podeszła bliżej stukocząc obcasami o drewnianą podłogę, uwodzicielsko kołysząc biodrami i nachyliła się tak, aby ich oczy mogły się spotkać. Zgrabnymi, bladymi palcami przejechała po policzku smoczego łowcy i zbliżyła swoje usta do jego aby oddać mu pocałunek. Po chwili mężczyzna ją lekko odepchnął.
- Wybacz Marie – odparł – Jesteś cudowną kobietą, naprawdę. Ale wiesz, że ja nadal ją kocham.
Kobieta oddaliła się kierując się w stronę okna. Mimo, że szła odwrócona Will był w stanie wyobrazić sobie odrzucenie i smutek jaki musiał malować się jej teraz w oczach. Nie chcąc dłużej sprawiać jej zawodu wstał z zamiarem opuszczenia pokoju.
- Nawet jeśli nie żyje... – mruknęła Marie wpatrzona w daleki horyzont za oknem – Powodzenia, łowco.
- Żegnaj – rzucił na pożegnanie i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi.

***

Dotarcie do królewskiego orszaku nie zajęło mu zbyt długo, mimo że się nie śpieszył. Kłusując przez zatartą drogę pośród stepów, wieczorem z oddali ujrzał królewski namiot otoczony pomniejszymi gdzie pewno nocowała królewska świta. Na myśl o słynnym Królu Gerardzie Willowi robiło się słabo. Bywał już na królewskim dworze i obecność władcy zawsze sprawiała że czuł się niezręcznie, choć kiedyś było zupełnie inaczej.
Gdy podjechał pod pierwszy z rozstawionych namiotów, od razu naprzeciw wyszli mu dwaj, opancerzeni w wykonane z najlepszej stali zbroje, strażnicy.
- Kim jesteś? Czego szukasz? - spytał szorstkim tonem jeden z nich.
- Jestem łowcą smoków, i przybyłem po zlecenie – odpowiedział, zsiadając z konia.
Jeden z nich chciał coś powiedzieć, lecz drugi uciszył go dotknięciem w ramię. Kiwnął Willowi i odsunął się, robiąc mu drogę do królewskiego namiotu. Chłopak nie kojarzył strażnika, więc tamten przepuścił go pewno z powagi zlecenia, niż z tego że wiedział kim jest. Nie oddalając się zostawił czarnego konia pod opieką strażników i ruszył przed siebie.
Wszedł do namiotu bez zapowiedzi i od razu westchnął widząc przepych jakim zawsze otaczała się Jego Królewska Mość. Wnętrze bowiem zdobiły najróżniejsze gobeliny przestawiające polowania na zwierzynę i smoki, a na wprost wejścia, na podwyższeniu stał zdobiony tron wykonany z drewna. Siedzący na nim Król nigdy nie żałował sobie żadnych kosztów, nawet podczas podróży.
- Nie spodziewałem się ciebie – odparł król na widok smoczego łowcy.
Jak przystało na władce potężnego królestwa, ubrany był od stóp po głowę w srebrzystą zbroję, wykonaną przez najlepszych kuźniarzy w kraju. U swego boku zwisał w skórzanej pochwie, długi miecz o zdobionej najróżniejszymi drogocennymi klejnotami rękojeści. Plecy okrywał długi, ciągnący się aż do ziemi płaszcz wykonany ze skóry rzadkiego smoka, który terroryzował niegdyś ziemie. Każdy kto swymi oczami ujrzał tak odzianego władcę mimowolnie padał na kolana, pod wpływem jego niezwykłego, królewskiego majestatu.
Każdy oprócz Willa.
- A ja nie spodziewałem się tu przybyć, ale słyszałem o dobrym zleceniu – odparł Will, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu, starając się uniknąć wzrok Króla.
- Jak zawszę, tylko pieniądze ci w głowie.
- Dobrze, że tylko mi.
Król zignorował wypowiedź łowcy.
- Przejdźmy do rzeczy, William. Wiesz o kogo chodzi, prawda?
- Spodziewam się. Znowu ona? Ta Smocza Królowa czy jak tam jej nazywają.
- Tak, to ona – kiwnął głową Król – Znów pustoszeje oddziały, jest bezlitosna. Żaden z łowców nie dał jej rady. Dlatego liczyłem, że się zjawisz. Twoja sława przerasta samego ciebie.
W odpowiedzi Will wzruszył obojętnie ramionami.
- Rozumiem, że mam ją zabić? I co z tego będę miał?
Władca powstał ze swojego tronu i zbliżył się do łowcy. Podchodząc pogładził siwą brodę która sięgała mu aż do piersi. Jego bijące chłodem spojrzenie było pełen powagi, smoki od lat stwarzały królestwu wiele problemów. Dlatego Król wydał specjalny dekret o przymusowym zabijaniu smoków i ludzi którzy byli z nimi powiązanymi, uważanych za zdrajców.
- Dostaniesz wystarczająco dużo pieniędzy aby pospłacać długi oraz aby prowadzić swoje zapchlone życie w taki sam sposób jaki prowadzisz.
- Gdzie ją znajdę?
- W Fiery Cave. Jeśli teraz tam wyruszysz możesz ją jeszcze tam znaleźć.
Will kiwnął głową i dziękując odwrócił się kierując się w stronę wyjścia. Nie zamierzał w towarzystwie Króla spędzać ani chwili dłużej, nie po tym co się wydarzyło osiem lat temu. Nie ważne kim był czuł pogardę dla tego człowieka i wątpił aby cokolwiek mogło to zmienić.
- William – odezwał się Król.
- Tia? - chłopak zatrzymał się i spojrzał ostatni raz w lodowate oczy słynnego Króla Gerarda.
- Uważaj na siebie... synu.
Smoczy łowca odszedł bez odpowiedzi, nie odwracając się za siebie.

***

Fiery Cave znajdowała się na wschodnim krańcu kraju, nieopodal mórz. Kraina ta wiecznie spowita w dymie i pyle, rozprzestrzeniała się pośród górskich krajobrazów i była idealnym schronieniem dla smoków. Lite skały i ogromne pieczary gdzie w najgłębszych miejscach znajdowały się według legend ogniste rzeki, wypełnione lawą. Z pewnością roiło się tam od masy najróżniejszych smoków więc nic dziwnego, że ich sama królowa tam przesiadywała.
Droga tam zajęła mu całe dwa dni i pół nocy. Chciał zlecenie wykonać jak najszybciej więc zatrzymywał się tylko w przydrożnych karczmach na odpoczynek głównie ze względu na jego wiernego konia, który służył mu niestrudzenie od kilku dobrych lat. Udawał się na spoczynek późną nocą, a wyruszał w ponowną podróż kiedy tylko wzeszło słońce.
Gdy z daleka ujrzał góry pośród których znajdowała się Fiery Cave, jego serce zabiło mocniej. Jak zawsze kiedy dostawał zlecenie zabicia smoka, pojawiała się w nim mściwa ekscytacja i z przyjemnością przychodziło mu zrobić zadanie.
Na swoje szczęście nie raz bywał w tym miejscu i trochę orientował się w górzystym terenie. Podczas swojej długiej podróży wybrał nawet obszary w których mogła znajdować się Dragnella. Musiał jednak pozostać ostrożnym aby nie trafić na inne smoki. Walka z nimi mogłaby przykuć uwagę Dragnelli, która albo by uciekła albo sama zdecydowała się stawić mu czoło. Gdy by do boju stanął sam z nią i jeszcze jedną rozzłoszczoną kreaturą jego szanse na wygraną znacznie by zmalały. Znał siłę Smoczej Królowej od ich ostatniego pojedynku, kiedy miał okazję spotkać się z nią oko w oko na żywo.
Mimo swej wielkiej niechęci do zamków i królewskiej rodzinny do której niestety należał, od czasu do czasu odwiedzał rodzinne pałace aby zobaczyć się z jednym z powodów dla którego jeszcze żył. Aby zobaczyć się ze swoją najukochańszą siostrą, Melisą.
Melisa była wyjątkowo piękna, podobnie jak on po matce odziedziczyła kruczoczarne włosy i alabastrową, bladą skórę. Uwielbiała się stroić i zakładać stroję matki, ale wbrew pozorom nie była płytka jak większość księżniczek. Zawsze z bratem zaczytywała się w najróżniejszych zbiorach ksiąg o legendach, smokach i dzielnych wyczynach rycerzy. Sami w wolnej chwili wymyślali własne, najczęściej podczas konnych przejażdżek przez pobliski las. Kiedy Will był zmuszony opuścić zamek, najciężej było mu rozstać się z ukochaną siostrą.
Melisa gdy go zobaczyła od razu padła mu w ramiona. Była tak uradowana, że bez namysłu zaczęła mu opowiadać co jej się przytrafiło, nie zawsze poprawnie składając zdania. Will tylko przytakiwał siostrze starając się być dla niej jak zawsze uśmiechnięty oraz cieszyć się jej widokiem.
Gdy miło spędzał czas otoczony towarzystwem siostry nagle usłyszał krzyki kobiet. Will natychmiast wybiegł na korytarz i skierował się do sali tronowej skąd pochodziły. W zamku panował zamęt, ludzie biegali, potykali i przewracali, rycerze w popłochu wyciągali broń aby bronić króla. Chłopak podążył za nimi, przerażony wizją, że gdy nic nie zrobi może ucierpieć jego siostra.
Kiedy dotarł do największej w zamku królewskiej komnaty panowało jeszcze większe zamieszanie. Zrozpaczeni dworzanie i magnaci w popłochu starali się uciekać, kobiety krzyczały, po sali wciąż roznosiły się krzyki ''Zabije nas!'' i ''Już po nas!''
Zdezorientowany Will, który jednocześnie starał się zachować spokój spojrzał w kierunku skąd wszyscy uciekali i wtedy zobaczył ją. Dragonellę.
Jej zielone oczy pałały istnym żarem, posyłając do wszystkich mordercze spojrzenie z piekła rodem. Jej skórę pokrywały brązowe smocze łuski, a place miała zakończone długimi, czarnymi pazurami. Szła powolnym krokiem, a za nią ciągnęły się długie aż do ziemi, szerokie smocze skrzydła gotowe wzbić się w każdej chwili. Po jej bokach oraz z tyłu ciężkie kroki stawiały trzy smoki, o twardszej skórze od jakiekolwiek stali. Natomiast ona sama odziana była tylko w skórzany gorset i opinające spodnie, jak by sama jej magia i siła wystarczały jej aby ją chronić. Jej strój jak na kobietę w królestwie był nie do pomyślenia.
Ale ona nie była kobietą. Była istnym monstrum.
- Witam wszystkich! - krzyknęła z wyraźnym entuzjazmem – Tak się cieszę, że zastałam samego króla! Mamy do pogadania.
Gdy skończyła mówić jeden z jej smoków zaryczał jak by chciał podkreślić wagę jej słów. Will zaczaił się w cieniu, szykując swoją magię aby w razie czego móc się obronić. Co prawda jego znajomość zaklęć wciąż pozostawiała wiele do życzenia, ale obawiał się że jego same umiejętności walki z mieczem mogą tym razem nie wystarczyć.
Król Gerard natychmiast powstał ze swojego tronu i wyjął ze skórzanej pochwy mosiężny miecz. Wycelował go w stronę półsmoczycy
- Nie mam nic ci do powiedzenia, morderczyni – krzyknął oburzony – Wynoś się!
Odpowiedź nie usatyswakcjonowała monstrum. Posłała z ukosa Królowi pełne nienawiści spojrzenie, a na jej ustach pojawił się drwiący uśmiech.
- Oh, czyżby? - odparła, pełnym ironią głosem.
Pstryknęła palcami, a towarzyszące jej smoki jak by wybudzone z transu, wszystkie jednocześnie zaryczały siejąc grozę i panikę. Jedynie rycerze, gotowi w każdej chwili oddać swoje życie w obronie Króla, zaszarżowali do przodu, atakując smoki. Dragonella wzniosła się w powietrze za pomocą swych potężnych skrzydeł i wymijając rycerzy którzy byli zbyt zajęci walką ze smokami aby ją powstrzymać, zwróciła się w kierunku Króla.
Nie... nie Króla, stojącej nieopodal Melisy, która jak zawsze nieustraszona zamiast uciekać, postanowiła wszystko zobaczyć na swoje własne oczy. Umysł Willa nawet nie zorientował się do końca co się dzieje, kiedy jego ciało rzuciło się aby chronić ukochaną siostrę. Wziął zamach i w porę odepchnął półsmoczyce, która lecąc ze zbyt szybką prędkością nie miała szans wyhamować przed ostrzem miecza. Jedyne co ją ochroniło była jej gruba, smocza skóra na której pojawiła się nie głęboka rana.
Dragnella wrzasnęła z bólu, ale nie poddawała się. Jej ciało pokryło się ogniem, a z oczu buchnęły płomienie pełne nienawiści. Półsmoczyca rzuciła się na Willa który bezlitośnie odpierał każdy jej atak. Był w stanie za siostrę oddać swoje marne życie i w jej obronie włożył całą swoją siłę. Ścisnął mocniej rękojeść miecza.
- Aknomeum! - wykrzyknął, uwalniając zaklęcie.
Ostrzę jego miecza spowił fioletowy dym czaru, sprawiając że stawał się dla przeciwnika śmiercionośną trucizną. Rozwinięcie tej magi dawało również atuty samemu wojownikowi który używał broni, lecz Will o tym rodzaju czarów dowiedział się zaledwie rok temu a praktykował je od zaledwie paru miesięcy. Opanowanie tej magi zajmie mu jeszcze kilka lat jeśli będzie intensywnie ćwiczył. Natomiast Dragonella urodziła się pół smokiem więc magię miała we krwi. Szansę na wygraną w pojedynku magicznym były nikłe. Dlatego Will musiał wykorzystać swój spryt i umiejętności w walce mieczem.
- Natychmiast uciekaj! - krzyknął w stronę siostry.
- Pomogę ci...
- Powiedziałem uciekaj – wrzasnął.
Nie mógł już nikogo więcej stracić, a na pewno nie siostry. Melisa usłuchała się w końcu jego słów i z jedną ze służących które wybiegły po dziewczynę, wkrótce zniknęła w ciemnościach korytarzy. Will odetchnął z ulgą. Teraz wiedząc że jego siostra będzie po części bezpieczna, całą swoją uwagę mógł w pełni poświęcić swojej przeciwniczce.
Smoczyca nie zamierzała dłużej czekać, gdy ponownie zaatakowała, Will mocniej pochwycił swój miecz aby odeprzeć atak. Wystarczyło aby tylko lekko zadrapał jej skórę aby trucizna mogła dostać się do jej krwiobiegu. Jednak tym razem ilekroć zadawał ciosy za każdym razem zostawały one albo wymiecione albo trafiały na smoczy ogień który je z tajemniczą siłą odpychał. Will nigdy jeszcze nie zmierzył się z taką magią, choć pokonał setki smoków.
Postanowił zmienić strategię. Dragonelli w dużym stopniu w wymijaniu ataków pomagały skrzydła, więc musiał je albo uszkodzić albo sprawić aby nie mogła ich używać. Biorąc pod uwagę, że doskonale odpierała jego ciosy pozostawała do wyboru druga opcja. W jednej chwili spostrzegł w drugim kącie sali korytarz, w którym na pewno Smocza Królowa nie mogłaby latać. Modląc się w duchu, że nie zastanie tam żadnych ludzi oraz że Dragonella będzie go gonić, natychmiast rzucił się w jego kierunku.
Gdy biegł przedzierając się przez innych żołnierzy, którzy starając się bronić Króla atakowali opancerzone smoki, od razu poczuł na karku ciepło i zrozumiał, że smoczyca za nim śledzi. Atakowała go od tyłu, jednak dzięki długiemu płaszczowi, z czarnej smoczej skóry, był choć odrobinę odporny na jej zaklęcia. Przeważnie jego opancerzenie chroniło go przed ogniem, lecz tym razem czuł, że magia jaka posługuje się Dragonella znacznie rożni się od posługiwania się zwyczajnym, smoczym ogniem.
Wbiegł w ciemności korytarza, a za nim zgodnie z jego planem wleciała smoczyca. W wąskim tunelu nie miała szans aby dłużej się unosić, więc wylądowała parę metrów od Willa.
- I co teraz? - rzucił drwiąco w jej stronę.
Spodziewał się ujrzeć na jej twarzy złość, że teraz jej uniki będą mniej skuteczne. Lecz ku jego zdziwniu Smocza Królowa posłała mu uśmiech.
- Uważasz, że bez moich skrzydeł jestem bezużyteczna – prychnęła – To się jeszcze okaże.
Włożyła koniuszki dwóch palcy do ust i gwizdnęła. Po chwili u jej boku znalazł się jeden z trzech smoków które jej towarzyszyły. Zionął ogniem i uderzył głową w jedną z kamiennych ścian, a potem w równoległą. Po paru próbach kamieniste bloki zwaliły się, ciągnąc za sobą całą konstrukcje korytarza. Willowi w porę udało się z niego wybiec, unikając poważnych ran. Gdy mijał pojedyncze skały które pod wpływem uderzenia smok rozrzucił na wszystkie strony, skorzystał z zamieszania i przeciął mieczem błonę jednego ze skrzydeł Dragonelli gdy ta umykała na bok. Nie była to poważna rana, ledwie draśnięcie, lecz smoczyca wrzasnęła z bólu. Dla Willa dźwięk ten był lepszy od muzyki. Jego trucizna zadziałała.
Oddalił się kilkanaście metrów aby oglądać jak smoczyca umiera. Powinno to nastąpić natychmiast, jednak Smocza Królowa mimo że zwijała się z niewyobrażalnego bólu, wciąż stała podparta o jednego ze swoich smoczych towarzyszy. Po chwili wsiadła na niego i wzbiła się wraz z nim w powietrze. W ich ślady poszły inne smoki, które nie odniosły prawie żadnych ran mimo że stoczyło z nimi walkę masa żołnierzy. Sama Dragonella na pożegnanie rzuciła łowcy spojrzenie pełne nienawiści, a Will zrozumiał że jeśli przeżyje będzie chciała się na nim zemścić. Jedną z rzeczy jakich się nauczył podczas bycia smoczym łowcą to, że są to niezwykle mściwe stworzenia i bez względu na wszystko znajdą sposób aby się zemścić.
Tak teraz on sam wchodził na jej terytorium, mimo że wiedział, że Dargonella przy pierwszej lepszej okazji z przyjemnością go zabije. I dobrze. Może przynajmniej dzięki temu ich walka będzie odrobinę ciekawsza.
Pierwsza pieczara na którą się natknął i do której prowadziła wydeptana nie wiadomo przez kogo ścieżka, okazała się pusta. Sądząc po śladach smoczych łap odciśniętych na piasecznym podłożu były świeże, więc w duchu podziękował za swoje szczęście że nikogo nie zastał.
Kolejna z jaskiń imponowała wielkością, bez zwątpienia zmieściło by się w niej kilkadziesiąt smoków. Zwisające zewsząd stalaktyty i stalagmity przywodziły Willowi na myśli paszczę ogromnego potwora, najeżoną ostrymi zębami. Im dalej się w nią zagłębiał, tym mniejsze istniały szansę aby mógł z powrotem z niej wyjść cały i zdrowy. Idąc przez nią kątem oka nagle w oddali dostrzegł poruszający się w ciemnościach, opływowy kształt. Chwycił za rękojeść miecza, lecz nie wyjmując go podszedł bliżej. Jego oczom ukazał się w końcu smok o lśniących, srebrzystych łuskach. Jego wydłużony pysk był cały skąpany we krwi a ciemne, mądre oczy skupione na mięsie które leżało pod smoczymi łapami, zakończonymi ostrymi niczym brzytwa pazurami. Gdy by na niego zapolował dostał by za samą skórę przynajmniej pięć sztuk złota. Westchnął na myśl, że koło nosa przejdzie mu taki okaz. Odwrócił wzrok i korzystając z tego że monstrum go nie zauważyło, pośpiesznie ruszył dalej.
Wkrótce z oddali spostrzegł ognistą rzekę, płynącą wzdłuż jaskini. Zbliżył się do niej. Ostatnia pieczara w której mogła znajdować się Dragonella znajdowała się u źródła tej rzeki, a jedyną do niej drogą był wąski przesmyk jeśli szło się jej wzdłuż. Nie zważając na niewyobrażalne ciepło jakie promieniowało od płynącej lawy, Will ruszył w kierunku miejsca gdzie wypływała ze skały.
Po godzinie drogi przystanął aby odpocząć. Oparty o skałę, w skupieniu spoglądał na przepływającą powoli lawę w ognistej rzece. Jego myśli krążyły nad wymyślaniem możliwych scenariuszy jego spotkania i walki z Dragonellą. Miał nadzieje, że uda mu się ją zaskoczyć i zranić zanim zorientuje się co się wokół niej dzieje. Z drugiej strony już dawno mogła wiedzieć o jego obecności, a może już nawet na niego czekała uzbrojona i w towarzystwie opancerzonych smoków. Uśmiechnął się. Od paru lat i tak wiele nie miał do stracenia. Krążył po kraju, wykonując pojedyncze zlecenia, zaciągając długi i je spłacając. Od czasu do czasu odwiedzał siostrę, lub wpadał na pogawędkę u Mary, która liczyła że pewnego dnia okaże się dla niego kimś więcej niż przyjaciółką. Gdy by tylko mógł wrócić do dawnych dni, które spędzał razem z ukochaną. Gdy by tylko znów miał kogoś dla kogo mógłby walczyć, kogoś dla kogo był kimś znacznie więcej niż tylko mordercą smoków i nieudacznikiem który wiecznie tylko zawodzi.
Wstał ze swojego miejsca, nie mogąc dłużej myśleć o swojej byłej dziewczynie. Teraz nie mógł, musiał skupić się na zadaniu i zabić Smoczą Królową. Zrobi to tylko i wyłącznie dla niej. Dla Caireen.
W końcu dotarł do celu swojej podróży. Lawa wypływała ze skały, tworząc niewielki, ognisty wodospad. Uważnie omiótł wzrokiem pieczarę i znacznie mu ulżyło gdy jego oczom nie ukazał się żaden smok. Znacznie mu ulżyło a jednocześnie zapłonęły w nim uczucia gniewu i nienawiści kiedy w końcu ujrzał Smoczą Królową. Nie wierzył w swoje szczęście, zupełnie jak by los chciał dać mu szansę aby w końcu ostatecznie mógł się zemścić.
Ledwo udało mu się ją zobaczyć. Siedziała na skale, skąpana światłem zachodzącego słońca i w skupieniu podziwiała widok jaki rozprzestrzeniał się u wylotu jaskini. Poniżej znajdowały się strome skały, więc jedynym wejściem była albo mordercza droga przez pieczary w niewyobrażalnym gorącu, albo wlecenie od góry. Idealne schronienie przed ludźmi i łowcami którzy mogli by chcieć odebrać jej życie. Musiał przyznać, że zdziwił się widząc ją siedzącą i po prostu patrzącą w dal jak by była zwyczajnym człowiekiem. Bardziej wyobrażał sobie, że będzie jak miniony przez niego smok rozrywała swoją ofiarę, umazana cała we krwi. Taki widok zdecydowanie dodał by mu motywacji aby ją uśmiercić.
Delikatnie postawił krok i sięgnął po swój miecz. Zamierzał zaatakować ją z zaskoczenia, lecz gdy wyjął swoją broń, jej głowa natychmiast się odwróciła w jego kierunku. Widocznie nie było sposoby aby oszukać niezwykle wyczulony, smoczy słuch jaki posiadała.
Zeszła ze skały i zbliżyła się, nie spuszczając z niego wzroku. Wyszedł jej naprzeciw. Teraz, stojąc znacznie bliżej mógł się w pełni przyjrzeć. Całą skórę bez wyjątków pokrywały brązowe łuski, które jedynie lekko rozjaśniały się na twarzy i klatce piersiowej. Długie, bordowe włosy kaskadami opadały na ramiona i plecy dziewczyny niczym aksamitny płaszcz. Długie, o rozpiętości paru metrów skrzydła gotowe w każdej chwili wznieść w niebiosa swoją właścicielkę. Długie palce, zakończone czarnymi szponami i żarzące się toksyczną zielenią oczy drapieżnika, zdolne przewidzieć każdy ruch swojej ofiary.
Urodzona morderczyni. Prawdziwa maszyna do zabijania.
- A ty to kto? - spytała. Jej głos wydawał się dziwnie melodyjny, zupełnie nie pasował do okrutnej kreatury którą była.
Nie odpowiedział. Ścisnął tylko mocniej rękojeść swojego miecza. Wyjął go ze skórzanej pochwy, aby zadać cios. Zamachnął przed sobą broń, jednak nie trafił.
- Ej! - krzyknęła dziewczyna w porę robiąc unik.
Smoczyca odskoczyła w bok, przez co chłopak trafił tylko w skałę. Ścisnął mocniej broń aby ponownie zaszarżować. Wcześniej czy później będzie musiał użyć magi, ale najpierw chciał trochę zmęczyć swoją ofiarę. Po tym co zrobiły mu te potwory kochał rozkoszować się widokiem ich cierpienia i powolnej śmierci. Zemsta. To ona uczyniła go jednym z najlepszych łowców w kraju.
Zaskoczenie ze strony półsmoczycy zniknęło i za pomocą zaklęć, z jej dłoni buchnął płomień. Zacisnęła je w pięści i wykrzykując nazwę zaklęcia ruszyła w stronę Willa, wyraźnie rozwścieczona. Chłopak zrobił unik i zadał kolejny cios w stronę półsmoczycy, atakując jej ramię. Dziewczyna w porę się schyliła i ominęła ataku wzbijając się w powietrze. Podmuch wiatru który stworzyły jej skrzydła gwałtowanie przygwoździł Willa do skalnej ściany. Jęknął z bólu.
Zrozumiał, że w tej walce będzie musiał używać magi, przeciwnika jakim była Dragonella nie należało się lekceważyć. Różniła się znacznie od smoków, one polegając na swojej sile nie robiły zgrabnych uników, zresztą dziewczyna miała ludzki rozum i umiała przewidzieć każdy jego ruch.
- Aknotrivium! - wykrzyczał zaklęcie unosząc miecz do góry.
W jednej chwili jego miecz pokrył się srebrzystym blaskiem i znacznie wydłużył. Czar sprawiał że zadawane ciosy były szybsze a wojownik używający broni mógł zadawać porażenia skacząc nawet dwa metry wzwyż. Skierował wzrok na Dragonellę która z zaciśniętymi pięściami, spowitymi żarzącym się ogniem spoglądała na Willa z góry, jak by wręcz czekała aż chłopak użyje czaru który uniesie go do góry.
- Już wymiękasz? - zadrwiła.
Łowca chwycił miecz dwoma rękami i z niesamowitą prędkością wzbił się do góry z bojowym krzykiem napierając na smoczyce. Dziewczyna nie zamierzała robić uniku, jej smoczy ogień i ostrze Willa skrzyżowały się niczym dwa żelazne miecze.
W ten sposób rozpoczęła się cała seria ciosów, jakie między sobą wymieniali będąc w powietrzu. Will próbował jak za pierwszym razem zranić Dragonellę w skrzydło, jednak okazało się to niemożliwe. Dziewczyna nie dawała sobie popełnić drugi raz tego samego błędu i kiedy tylko łowca próbował zranić ją w jedno z jej skrzydeł, natychmiast robiła unik albo odparowywała jego atak, mimo że używał magii szybkości.
Walka w powietrzu szybko przyniosła Willowi zmęczenie. Chłopak zeskoczył z powrotem na ziemię, szybko zmieniając czar swojego miecza na taki który dawał mu podwojoną siłę. Dziewczyna była szybka, a jej ogniste ciosy niesamowicie silne, jednak porywisty podmuch wiatru i zaklęcie miecza powinny ją osłabić. Już nie raz tym sposobem pokonał niejednego smoka.
Zdjął z głowy kaptur i odgarnął na bok potargane czarne włosy. Nagle na twarzy Dragonelli pojawiło się zdziwienie. Zdezorientowana przekrzywiła na bok głowę i zmarszczyła brwi, a płomienie w jej oczach zgasły, podobnie jak ogień którym płonęły zaciśnięte w pięści dłonie.
- Czekaj – odparła – Czy ja cię skądś znam?
Will nie zamierzał odpowiadać. Zaatakował i powalił ciosem dziewczynę, która nie spodziewała się że chłopak rzuci się na nią z mieczem, kiedy ta w pokojowy sposób będzie chciała z nim porozmawiać.
- Ej! To nie sprawiedliwe! - wyraziła swój sprzeciw.
Dragonella padła na ziemie, uderzając głową o skałę. Obolała próbowała stanąć, ale Will był szybszy i przyparł ją z powrotem do ściany. Z całej siły nadepnął na skrzydło, aby mu nie uciekła i aby mógł zadać ostateczny cios. Dziewczyna wrzasnęła z bólu, prawdopodobnie podwojona siła czaru złamała skrzydło. Teraz mu w żaden sposób nie ucieknie.
- A czy ty byłaś sprawiedliwa zabijając tylu ludzi? Czy smoki była sprawiedliwe kiedy zabiły moją dziewczynę? – krzyczał rozwścieczony biorąc zamach ostrzem. Nie miała prawa mówić o sprawiedliwości. – Zdychaj! Za Caireen!
Oczy smoczycy otworzyły się nagle szerzej, ukazując bijącą od nich szmaragdową zieleń.
- Czekaj! - krzyknęła.
Mimowolnie mężczyzna zatrzymał broń zaledwie parę centymetrów od piersi smoczycy gdzie w szaleńczym tempie biło zimnokrwiste, pozbawione uczuć serce.
- Czego? - warknął.
- Ja znam jedną Caireen!
- Jest wiele Caireen.
- Ale ja znam tą twoją! Ona żyje.
- Łżesz! Zabiły ją smoki!
Will wziął kolejny zamach, ale tym razem smoczycy zgrabnie udało się go ominąć i wydostała się spod przewagi swojego przeciwnika. Łowcy zaimponowało to, że mimo miała złamane skrzydło które pewno sprawiało jej niewiarygodny ból, potrafiła wyswobodzić się z jego uścisku i uniknąć zadany cios.
- Negocjujmy! - krzyknęła, odskakując w bok przed kolejnym atakiem Willa.
Dziewczyna nie atakowała, swoją siłę jedynie skoncentrowała na odpieraniu ciosów zadawanych przez śmiercionośny miecz.
- Niby o czym? - prychnął.
- Ja mam coś co ty chcesz a ty możesz mi coś załatwić co ja chce.
- Co niby mogę chcieć od ciebie? - rzucił i po raz kolejny zaatakował.
Wyraźnie zmęczona dziewczyna stworzyła ognisty mur który uniemożliwił Willowi zbliżenie się do niej. W zasadzie było to nieskuteczne posunięcie, ze względu na płaszcz łowcy wykonanego ze smoczej skóry, który chronił go przed płomieniami.
- Ja mam twoją Caireen, a ty masz znajomości na królewskim dworze, no nie?
- Kłamiesz! Niby skąd znasz ją znasz? Niby skąd wiesz, że ją znałem?
- Bo powiedziała mi o tobie, William.
Chłopak zamarł na dźwięk słów smoczycy. Musiała kłamać. Caireen porwały smoki cztery lata temu, a potem ją rozszarpały na strzępy. A mimo wszystko nie mógł odciągnąć od siebie tej myśli, że jego ukochana jakimś cudem przeżyła. Opuścił miecz i skierował swój wzrok na dziewczynę. Skąd mogła znać jego imię?
- A niby skąd wiesz, że mam znajomości na królewskim dworze?
Dragonella przewróciła oczami i zgasiła ognisty mur, który trochę zagłuszał ich rozmowy. Skierowała go na swoje zranione skrzydło, co zdziwiło Willa. Widocznie dla Smoczej Królowej ogień miał właściwości regeneracyjne.
- Znam twoją magię. Widziałam cię kiedy raz byłam w królewskim zamku – mówiła idąc powolnym krokiem – Na królewskim dworze nie pałętają się raczej byle jacy łowcy. Broniłeś króla, musisz być jakimś honorowym rycerzykiem czy czymś w tym rodzaju.
Will chciał zaprzeczyć, nie miał zamiaru być spostrzegany jako oddany sługa króla czy jako jego obrońca. Jedyną osobą jaką wtedy bronił była jego siostra, dla której zrobił by wszystko. Był jednak ciekawy co miała do powiedzenia, więc w milczeniu słuchał dalej, podparty o jedną ze skał jaskini.
- Widzisz, mnie król jakoś specjalnie nie chce słuchać – kontynuowała chodząc tam i z powrotem otoczona płomieniami, od czasu do czasu rzucając okiem na Willa – Co prawda trochę nerwowo przebiegają nasze spotkania, więc zaczęłam tracić nadzieję, że się dogadam z tych upartym osłem.
Chłopakowi ledwo udało się powstrzymać uśmiech. To określenie pasowało do króla aż za dobrze.
- A nie podoba mi się to rozporządzenie jakie wprowadził ponad osiem lat temu o eksterminacji smoków. Mając ciebie po swojej stronie nasze rozmowy mogły by w końcu przynieść pozytywne skutki. Co ty na to?
- Co będę z tego miał? - wypalił od razu czarnowłosy.
Półsmoczyca zatrzymała się i wlepiła w niego parę zielonych ślepi.
- Mówiłam, że twoja Caireen żyje. Jest w Dragon Village za Silver Mountain. Nikt poza smokiem lub mną nie przejdzie żywy tej góry. Przyprowadzę ci ją w zamian za moje udane negocjacje z królem. Umowa stoi?
- Coś kręcisz – chłopak bez ogródek wyraził swoje zdanie na temat propozycji Dragonelli. Nie wierzył i wciąż bardziej atrakcyjne wydawało mu się jego zlecenie i obcięcie głowy smoczycy, zważając na to, że miała złamane skrzydło.
Półsmoczyca w odpowiedzi wzruszyła ramionami.
- Rozumiem, że mi nie ufasz ale co masz do stracenia?
- Na przykład swoje życie? Jestem łowcą a ty jakąś smoczą hybrydą.
Na dźwięk obelgi jaką usłyszała Dragonella, jej oczy zapaliły się szmaragdowym, zabójczym ogniem a z zaciśniętych pięści sypały się pojedyncze iskry. Will już chciał chwycić za rękojeść swojego miecza, gotów w każdej chwili ponownie stawić czoło swojej przeciwniczce, gdy nagle ta wzięła głęboki oddech i wróciła do rozmowy.
- Uwierz mi, ta hybryda jest twoją jedyną drogą do Caireen. To co, rycerzyku? Mamy umową czy mam cię zabić?
Ostatnie zdanie wypowiedziała przez zaciśnięte zęby, zupełnie nie żartowała. Will rozważając propozycję Dragonelli odwrócił swój wzrok w stronę przepaści, za rozprzestrzeniającymi się za nią lasami i ledwie widocznymi osadami gdzie ludzie prowadzili spokojny tryb życia. Rodząc się, zakochując, pracując, mając dzieci i umierając w gronie najbliższych którzy ciepło ich wspominają. On i Caireen prowadzili kiedyś podobne życie, choć on nie do końca umiał to docenić więc ją stracił. Co noc zastanawiał się ile by oddał aby móc choć jeszcze jeden raz ją ujrzeć. Całą i zdrową, witającego go z uśmiechem na twarzy i błyskiem w oczach które widziały w życiu tyle niedoli i ludzkiego cierpienia. Oddał by życie aby móc dotknąć jej delikatnej, brzoskwiniowej skóry i gładzić długie, kasztanowe włosy które czesała przed oknem długimi godzinami, oczekując na jego powrót.
Nawet nie musiał myśleć nad odpowiedzią. Wysunął do przodu otwartą dłoń i spojrzał Dragonelli w oczy.
- Zgoda. Ty mi dajesz Caireen, ja załatwiam ci pokojowe negocjacje z królem.
  Z twarzy smoczycy w jednej chwili zniknęła cała wrogość, a na ustach zagościł lekki uśmiech. Wyciągnęła przed siebie dłoń pokrytą smoczymi łuskami i uścisnęła nią dłoń Willa, zapoczątkowując podróż która przyniosła znacznie więcej niż zakładała umowa...

5 komentarzy:

  1. Genialnie się zapowiada * . * razem z twoim talentem do pisarstwa to już w ogóle cudo :3 no i smoooki <3 czekam na kolejne części ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Niby mówiłaś że długie ale nawet się nie skapnęłam jak dotarłam do końca... i wiesz trochę mi szkoda bo bardzo chętnie czytała bym to do wieczora :p wciągnęło mnie i już zaczęłam sobie snuć swoje teorie XD Czekam na więcej i weny życzę Pączusiu :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialne! Chyba dzięki Tobie przekonam się do czytania lektur XD ta opowieść jest przecudowana!!! Może długie ale bardzo ciekawe ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń