Stąpał po kruchym lodzie... kruchym niczym granica między zdrowiem a szaleństwem człowieka po utracie ukochanej mu osoby. Nad nim rozprzestrzeniała się noc, ciemniejsza od jakiegokolwiek najmroczniejszego zaułka podziemi. Żadnych gwiazd. Żadnych nadziei. Jedynie księżyc złowieszczo wyłaniał się czasem za chmur, jak by pragnął przypomnieć wędrowcom jak bardzo są zgubieni.
W taką oto noc swą
podróż odbywał zakapturzony jeździec, równie tajemniczy jak
towarzyszące mu otoczenie. Cień zakrywał jego mroczne oblicze,
budząc lęk w każdym kto stanął by mu na drodze. Gotowy stawić
się losowi w każdej chwili, w końcu zatrzymał się u kresu swej
podróży. Uwiązał konia do słupa, uprzednio z niego schodząc po
czym ruszył w stronę rozprzestrzeniającego się przed nim
drewnianego budynku, starej karczmy. Bez słowa wszedł do środka,
otwierając gwałtowanie drzwi.
Wewnątrz panował
półmrok. Jedynym źródłem oświetlenia było parę świec, i
komin gdzie słabo żarzył się płomień, jak by za chwilę miał
zgasnąć, zapoczątkowując panowanie nocnych lęków. Jeździec nie
zwracając uwagi na pomieszczenie, ruszył w stronę głównego
punktu przesiąkniętej piwem i taniego tytoniu karczmy, popękanej
lady. Kobieta stojąca za nią, o siwych włosach i podeszłym wieku
nawet nie przerwała swojego zajęcia czyszczenia kielichów, jak by
spodziewała się jego przybycia.
Dopiero gdy przybysz
zajął miejsce przy barze, na chwiejącym się stołku, podniosła
swój zimny, przenikliwy wzrok.
- No proszę – odparła
głosem równie oschłym jak jej spojrzenie, kontynuując swoją
czynność – Kogo do nas tu przywiało. Szukasz roboty?
Kiwnął tylko głową.
- Myślę, że ona
będzie miała dla ciebie jakieś zlecenie... - kobieta ściszyła
głos – Wiesz, że nie jesteś tu mile widziany?
Wędrowca który
uprzednio kiwnął głową, dyskretnie rozejrzał się po lokalu, nie
zdejmując kaptura. Nie dało się nie zignorować faktu, że
większość osób znajdujących się w pomieszczeniu bacznie go
obserwowała, patrząc na niego z ukosa.
- Tia, coś o tym wiem –
mruknął podróżnik, z obojętnym tonem, jak by go to w ogóle nie
obchodziło.
W tym samym momencie
odwrócił się gwałtowanie, przewracając przy tym stołek aby
odeprzeć atak mężczyzny. Nieznajomy trzymał w zaciśniętej dłoni
nóż, ale nie miał szans z wędrowcom. Zakapturzony przybysz
wytrącił mu broń, po czym obezwładnił popychając na najbliższy
stolik. Napastnik odurzony alkoholem, wywracając mebel upadł
nieprzytomny na podłogę.
Nim przybysz zdołał
odwrócić wzrok, zaatakowali go inni. Nie miał czasu zajmować się
tą żałosną bandą alkoholików. Jednym ciosem powalił jednego z
mężczyzn, drugiemu po chwili walki przyłożył sztylet do gardła.
Przerażony przeciwnik cofnął się, potykając o przewrócony
stołek.
- Hej – usłyszał
nagle kobiecy głos.
Odwrócił się i
zobaczył stojącą na schodach, dobrze znaną mu kobietę. Tym razem
kasztanowe włosy zostały spięte w wysokiego koka, a jej smukłe
ciało opinała czarna suknia. Wyglądała gustownie, zupełnie jak
by pochodziła z wyższych sfer, a nie była właścicielką
przydrożnej karczmy.
- Dobrze cię widzieć,
Marie – uśmiechnął się wędrowiec.
- Ciebie również,
Will. Aczkolwiek wolała bym żebyś był odrobinę delikatniejszy
dla moich klientów.
Mężczyzna w odpowiedzi
posłał kobiecie uśmiech i ruszył po skrzypiących schodach
podążając za nią. Idąc spowitym cieniem korytarzem na piętrze,
doszli w końcu do jednych z drzwi. Marie wyjęła pęk kluczy, po
czym wybierając właściwy otworzyła mosiężne wrota ze skrzypem.
Gdy weszli podmuch wiatru głucho je zatrzasnął.
W komnacie panował
dobrze znany Willowi chłód i półmrok. Nie jednokrotnie bywał w
tym pomieszczeniu, więc nawet po ciemku potrafił odnaleźć fotel
obity wytartą smoczą skórą. Usiadł na nim. Marie zapaliła
świece stojącą na biurku i podparła się o hebanowy mebel.
- Szukasz roboty, co
nie? - spytała.
- No, czegoś w tym
stylu. Przydało by mi się jakieś gruntowane zlecenie, z tym
smokiem w Nasturi uporałem się w niecały tydzień.
Kobieta uśmiechnęła
się, odgarniając długie włosy.
- Nie bądź taki pewny
siebie, znałam wielu łowców smoków których to zgubiło.
- To jest jakaś robota,
czy nie? - spytał zniecierpliwiony wędrowca.
Uśmiech z twarzy Marie
zniknął a na jej twarzy pojawiła się powaga. Kobieta złapała
się za podbródek jak by coś rozważała.
- Niedaleko stąd
przybył orszak królewski. Ponoć mają jakiś poważny problem ze
smokami.
- O nie – natychmiast
odezwał się Will – Tylko nie ci idioci z orszaku.
- Nie narzekaj –
wzburzyła się Marie, krzyżując ręce – Dobrze płacą, a ty
wciąż mi wisisz za spalenie karczmy mojego brata w Solance.
- To był wypadek –
mruknął Will.
Tamten dzień wyjątkowo
wyrył mu się w pamięci. Dostał wtedy zlecenie zabicia smoków,
które terroryzowały miasteczko o nazwie Solance. Marie go o to
poprosiła, ze względu na młodszego brata który prowadził w tym z
pozoru cichym i spokojnym miasteczku karczmę. Nie potrafił jej
odmówić i ostatecznie udało mu się wykonać zlecenie, lecz w
trakcie walki którą stoczył na obrzeżach miasta, niestety
ucierpiało kilka domów.
- No dobra – odparł w
końcu chłopak po zastanowieniu – Wezmę od nich to zlecenie.
Wiesz może o co chodzi z tym smokiem?
Mimo że byli sami w
pokoju, Marie rozejrzała się dookoła jak by bała się, że ktoś
ją usłyszy.
- Ponoć nie wolno o tym
mówić aby nie siać paniki, dlatego mam trochę niejasne
informacje. Ale krążą plotki, że to stworzenie jest prawdziwą
Królową Smoków. Potrafi rozkazywać w jakiś sposób smokom, jest
bardzo niebezpieczna.
- Smocza Królowa? -
zdziwił się Will.
- Owszem... - mina Marie
smętniała, a jej wzrok powędrował w stronę zakurzonej podłogi –
Ponoć zabiła już pięciu łowców, wymordowała cały oddział
żołnierzy. Jest bezlitosna. Dlatego wolała bym żebyś nie brał
tego zadania.
- Nie wiedziałem, że
ci o mnie tak zależy – prychnął.
- Mówię poważnie!
Jesteś na swój sposób wkurzający, ale wiesz że cię lubię.
Podeszła bliżej
stukocząc obcasami o drewnianą podłogę, uwodzicielsko kołysząc
biodrami i nachyliła się tak, aby ich oczy mogły się spotkać.
Zgrabnymi, bladymi palcami przejechała po policzku smoczego łowcy i
zbliżyła swoje usta do jego aby oddać mu pocałunek. Po chwili
mężczyzna ją lekko odepchnął.
- Wybacz Marie –
odparł – Jesteś cudowną kobietą, naprawdę. Ale wiesz, że ja
nadal ją kocham.
Kobieta oddaliła się
kierując się w stronę okna. Mimo, że szła odwrócona Will był w
stanie wyobrazić sobie odrzucenie i smutek jaki musiał malować się
jej teraz w oczach. Nie chcąc dłużej sprawiać jej zawodu wstał z
zamiarem opuszczenia pokoju.
- Nawet jeśli nie
żyje... – mruknęła Marie wpatrzona w daleki horyzont za oknem –
Powodzenia, łowco.
- Żegnaj – rzucił na
pożegnanie i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi.
***
Dotarcie do królewskiego
orszaku nie zajęło mu zbyt długo, mimo że się nie śpieszył.
Kłusując przez zatartą drogę pośród stepów, wieczorem z oddali
ujrzał królewski namiot otoczony pomniejszymi gdzie pewno nocowała
królewska świta. Na myśl o słynnym Królu Gerardzie Willowi
robiło się słabo. Bywał już na królewskim dworze i obecność
władcy zawsze sprawiała że czuł się niezręcznie, choć kiedyś
było zupełnie inaczej.
Gdy podjechał pod
pierwszy z rozstawionych namiotów, od razu naprzeciw wyszli mu dwaj,
opancerzeni w wykonane z najlepszej stali zbroje, strażnicy.
- Kim jesteś? Czego
szukasz? - spytał szorstkim tonem jeden z nich.
- Jestem łowcą smoków,
i przybyłem po zlecenie – odpowiedział, zsiadając z konia.
Jeden z nich chciał coś
powiedzieć, lecz drugi uciszył go dotknięciem w ramię. Kiwnął
Willowi i odsunął się, robiąc mu drogę do królewskiego namiotu.
Chłopak nie kojarzył strażnika, więc tamten przepuścił go pewno
z powagi zlecenia, niż z tego że wiedział kim jest. Nie oddalając
się zostawił czarnego konia pod opieką strażników i ruszył
przed siebie.
Wszedł do namiotu bez
zapowiedzi i od razu westchnął widząc przepych jakim zawsze
otaczała się Jego Królewska Mość. Wnętrze bowiem zdobiły
najróżniejsze gobeliny przestawiające polowania na zwierzynę i
smoki, a na wprost wejścia, na podwyższeniu stał zdobiony tron
wykonany z drewna. Siedzący na nim Król nigdy nie żałował sobie
żadnych kosztów, nawet podczas podróży.
- Nie spodziewałem się
ciebie – odparł król na widok smoczego łowcy.
Jak przystało na władce
potężnego królestwa, ubrany był od stóp po głowę w srebrzystą
zbroję, wykonaną przez najlepszych kuźniarzy w kraju. U swego boku
zwisał w skórzanej pochwie, długi miecz o zdobionej
najróżniejszymi drogocennymi klejnotami rękojeści. Plecy okrywał
długi, ciągnący się aż do ziemi płaszcz wykonany ze skóry
rzadkiego smoka, który terroryzował niegdyś ziemie. Każdy kto
swymi oczami ujrzał tak odzianego władcę mimowolnie padał na
kolana, pod wpływem jego niezwykłego, królewskiego majestatu.
Każdy oprócz Willa.
- A ja nie spodziewałem
się tu przybyć, ale słyszałem o dobrym zleceniu – odparł Will,
błądząc wzrokiem po pomieszczeniu, starając się uniknąć wzrok
Króla.
- Jak zawszę, tylko
pieniądze ci w głowie.
- Dobrze, że tylko mi.
Król zignorował
wypowiedź łowcy.
- Przejdźmy do rzeczy,
William. Wiesz o kogo chodzi, prawda?
- Spodziewam się. Znowu
ona? Ta Smocza Królowa czy jak tam jej nazywają.
- Tak, to ona – kiwnął
głową Król – Znów pustoszeje oddziały, jest bezlitosna. Żaden
z łowców nie dał jej rady. Dlatego liczyłem, że się zjawisz.
Twoja sława przerasta samego ciebie.
W odpowiedzi Will
wzruszył obojętnie ramionami.
- Rozumiem, że mam ją
zabić? I co z tego będę miał?
Władca powstał ze
swojego tronu i zbliżył się do łowcy. Podchodząc pogładził
siwą brodę która sięgała mu aż do piersi. Jego bijące chłodem
spojrzenie było pełen powagi, smoki od lat stwarzały królestwu
wiele problemów. Dlatego Król wydał specjalny dekret o przymusowym
zabijaniu smoków i ludzi którzy byli z nimi powiązanymi, uważanych
za zdrajców.
- Dostaniesz
wystarczająco dużo pieniędzy aby pospłacać długi oraz aby
prowadzić swoje zapchlone życie w taki sam sposób jaki prowadzisz.
- Gdzie ją znajdę?
- W Fiery Cave. Jeśli
teraz tam wyruszysz możesz ją jeszcze tam znaleźć.
Will kiwnął głową i
dziękując odwrócił się kierując się w stronę wyjścia. Nie
zamierzał w towarzystwie Króla spędzać ani chwili dłużej, nie
po tym co się wydarzyło osiem lat temu. Nie ważne kim był czuł
pogardę dla tego człowieka i wątpił aby cokolwiek mogło to
zmienić.
- William – odezwał
się Król.
- Tia? - chłopak
zatrzymał się i spojrzał ostatni raz w lodowate oczy słynnego
Króla Gerarda.
- Uważaj na siebie...
synu.
Smoczy łowca odszedł
bez odpowiedzi, nie odwracając się za siebie.
***
Fiery Cave znajdowała
się na wschodnim krańcu kraju, nieopodal mórz. Kraina ta wiecznie
spowita w dymie i pyle, rozprzestrzeniała się pośród górskich
krajobrazów i była idealnym schronieniem dla smoków. Lite skały i
ogromne pieczary gdzie w najgłębszych miejscach znajdowały się
według legend ogniste rzeki, wypełnione lawą. Z pewnością roiło
się tam od masy najróżniejszych smoków więc nic dziwnego, że
ich sama królowa tam przesiadywała.
Droga tam zajęła mu
całe dwa dni i pół nocy. Chciał zlecenie wykonać jak najszybciej
więc zatrzymywał się tylko w przydrożnych karczmach na odpoczynek
głównie ze względu na jego wiernego konia, który służył mu
niestrudzenie od kilku dobrych lat. Udawał się na spoczynek późną
nocą, a wyruszał w ponowną podróż kiedy tylko wzeszło słońce.
Gdy z daleka ujrzał
góry pośród których znajdowała się Fiery Cave, jego serce
zabiło mocniej. Jak zawsze kiedy dostawał zlecenie zabicia smoka,
pojawiała się w nim mściwa ekscytacja i z przyjemnością
przychodziło mu zrobić zadanie.
Na swoje szczęście nie
raz bywał w tym miejscu i trochę orientował się w górzystym
terenie. Podczas swojej długiej podróży wybrał nawet obszary w
których mogła znajdować się Dragnella. Musiał jednak pozostać
ostrożnym aby nie trafić na inne smoki. Walka z nimi mogłaby
przykuć uwagę Dragnelli, która albo by uciekła albo sama
zdecydowała się stawić mu czoło. Gdy by do boju stanął sam z
nią i jeszcze jedną rozzłoszczoną kreaturą jego szanse na
wygraną znacznie by zmalały. Znał siłę Smoczej Królowej od ich
ostatniego pojedynku, kiedy miał okazję spotkać się z nią oko w
oko na żywo.
Mimo swej wielkiej
niechęci do zamków i królewskiej rodzinny do której niestety
należał, od czasu do czasu odwiedzał rodzinne pałace aby zobaczyć
się z jednym z powodów dla którego jeszcze żył. Aby zobaczyć
się ze swoją najukochańszą siostrą, Melisą.
Melisa była wyjątkowo
piękna, podobnie jak on po matce odziedziczyła kruczoczarne włosy
i alabastrową, bladą skórę. Uwielbiała się stroić i zakładać
stroję matki, ale wbrew pozorom nie była płytka jak większość
księżniczek. Zawsze z bratem zaczytywała się w najróżniejszych
zbiorach ksiąg o legendach, smokach i dzielnych wyczynach rycerzy.
Sami w wolnej chwili wymyślali własne, najczęściej podczas
konnych przejażdżek przez pobliski las. Kiedy Will był zmuszony
opuścić zamek, najciężej było mu rozstać się z ukochaną
siostrą.
Melisa gdy go zobaczyła
od razu padła mu w ramiona. Była tak uradowana, że bez namysłu
zaczęła mu opowiadać co jej się przytrafiło, nie zawsze
poprawnie składając zdania. Will tylko przytakiwał siostrze
starając się być dla niej jak zawsze uśmiechnięty oraz cieszyć
się jej widokiem.
Gdy miło spędzał czas
otoczony towarzystwem siostry nagle usłyszał krzyki kobiet. Will
natychmiast wybiegł na korytarz i skierował się do sali tronowej
skąd pochodziły. W zamku panował zamęt, ludzie biegali, potykali
i przewracali, rycerze w popłochu wyciągali broń aby bronić
króla. Chłopak podążył za nimi, przerażony wizją, że gdy nic
nie zrobi może ucierpieć jego siostra.
Kiedy dotarł do
największej w zamku królewskiej komnaty panowało jeszcze większe
zamieszanie. Zrozpaczeni dworzanie i magnaci w popłochu starali się
uciekać, kobiety krzyczały, po sali wciąż roznosiły się krzyki
''Zabije nas!'' i ''Już po nas!''
Zdezorientowany Will,
który jednocześnie starał się zachować spokój spojrzał w
kierunku skąd wszyscy uciekali i wtedy zobaczył ją. Dragonellę.
Jej zielone oczy pałały
istnym żarem, posyłając do wszystkich mordercze spojrzenie z
piekła rodem. Jej skórę pokrywały brązowe smocze łuski, a place
miała zakończone długimi, czarnymi pazurami. Szła powolnym
krokiem, a za nią ciągnęły się długie aż do ziemi, szerokie
smocze skrzydła gotowe wzbić się w każdej chwili. Po jej bokach
oraz z tyłu ciężkie kroki stawiały trzy smoki, o twardszej skórze
od jakiekolwiek stali. Natomiast ona sama odziana była tylko w
skórzany gorset i opinające spodnie, jak by sama jej magia i siła
wystarczały jej aby ją chronić. Jej strój jak na kobietę w
królestwie był nie do pomyślenia.
Ale ona nie była
kobietą. Była istnym monstrum.
- Witam wszystkich! -
krzyknęła z wyraźnym entuzjazmem – Tak się cieszę, że
zastałam samego króla! Mamy do pogadania.
Gdy skończyła mówić
jeden z jej smoków zaryczał jak by chciał podkreślić wagę jej
słów. Will zaczaił się w cieniu, szykując swoją magię aby w
razie czego móc się obronić. Co prawda jego znajomość zaklęć
wciąż pozostawiała wiele do życzenia, ale obawiał się że jego
same umiejętności walki z mieczem mogą tym razem nie wystarczyć.
Król Gerard natychmiast
powstał ze swojego tronu i wyjął ze skórzanej pochwy mosiężny
miecz. Wycelował go w stronę półsmoczycy
- Nie mam nic ci do
powiedzenia, morderczyni – krzyknął oburzony – Wynoś się!
Odpowiedź nie
usatyswakcjonowała monstrum. Posłała z ukosa Królowi pełne
nienawiści spojrzenie, a na jej ustach pojawił się drwiący
uśmiech.
- Oh, czyżby? -
odparła, pełnym ironią głosem.
Pstryknęła palcami, a
towarzyszące jej smoki jak by wybudzone z transu, wszystkie
jednocześnie zaryczały siejąc grozę i panikę. Jedynie rycerze,
gotowi w każdej chwili oddać swoje życie w obronie Króla,
zaszarżowali do przodu, atakując smoki. Dragonella wzniosła się w
powietrze za pomocą swych potężnych skrzydeł i wymijając rycerzy
którzy byli zbyt zajęci walką ze smokami aby ją powstrzymać,
zwróciła się w kierunku Króla.
Nie... nie Króla,
stojącej nieopodal Melisy, która jak zawsze nieustraszona zamiast
uciekać, postanowiła wszystko zobaczyć na swoje własne oczy.
Umysł Willa nawet nie zorientował się do końca co się dzieje,
kiedy jego ciało rzuciło się aby chronić ukochaną siostrę.
Wziął zamach i w porę odepchnął półsmoczyce, która lecąc ze
zbyt szybką prędkością nie miała szans wyhamować przed ostrzem
miecza. Jedyne co ją ochroniło była jej gruba, smocza skóra na
której pojawiła się nie głęboka rana.
Dragnella wrzasnęła z
bólu, ale nie poddawała się. Jej ciało pokryło się ogniem, a z
oczu buchnęły płomienie pełne nienawiści. Półsmoczyca rzuciła
się na Willa który bezlitośnie odpierał każdy jej atak. Był w
stanie za siostrę oddać swoje marne życie i w jej obronie włożył
całą swoją siłę. Ścisnął mocniej rękojeść miecza.
- Aknomeum! -
wykrzyknął, uwalniając zaklęcie.
Ostrzę jego miecza
spowił fioletowy dym czaru, sprawiając że stawał się dla
przeciwnika śmiercionośną trucizną. Rozwinięcie tej magi dawało
również atuty samemu wojownikowi który używał broni, lecz Will o
tym rodzaju czarów dowiedział się zaledwie rok temu a praktykował
je od zaledwie paru miesięcy. Opanowanie tej magi zajmie mu jeszcze
kilka lat jeśli będzie intensywnie ćwiczył. Natomiast Dragonella
urodziła się pół smokiem więc magię miała we krwi. Szansę na
wygraną w pojedynku magicznym były nikłe. Dlatego Will musiał
wykorzystać swój spryt i umiejętności w walce mieczem.
- Natychmiast uciekaj! -
krzyknął w stronę siostry.
- Pomogę ci...
- Powiedziałem uciekaj
– wrzasnął.
Nie mógł już nikogo
więcej stracić, a na pewno nie siostry. Melisa usłuchała się w
końcu jego słów i z jedną ze służących które wybiegły po
dziewczynę, wkrótce zniknęła w ciemnościach korytarzy. Will
odetchnął z ulgą. Teraz wiedząc że jego siostra będzie po
części bezpieczna, całą swoją uwagę mógł w pełni poświęcić
swojej przeciwniczce.
Smoczyca nie zamierzała
dłużej czekać, gdy ponownie zaatakowała, Will mocniej pochwycił
swój miecz aby odeprzeć atak. Wystarczyło aby tylko lekko zadrapał
jej skórę aby trucizna mogła dostać się do jej krwiobiegu.
Jednak tym razem ilekroć zadawał ciosy za każdym razem zostawały
one albo wymiecione albo trafiały na smoczy ogień który je z
tajemniczą siłą odpychał. Will nigdy jeszcze nie zmierzył się z
taką magią, choć pokonał setki smoków.
Postanowił zmienić
strategię. Dragonelli w dużym stopniu w wymijaniu ataków pomagały
skrzydła, więc musiał je albo uszkodzić albo sprawić aby nie
mogła ich używać. Biorąc pod uwagę, że doskonale odpierała
jego ciosy pozostawała do wyboru druga opcja. W jednej chwili
spostrzegł w drugim kącie sali korytarz, w którym na pewno Smocza
Królowa nie mogłaby latać. Modląc się w duchu, że nie zastanie
tam żadnych ludzi oraz że Dragonella będzie go gonić, natychmiast
rzucił się w jego kierunku.
Gdy biegł przedzierając
się przez innych żołnierzy, którzy starając się bronić Króla
atakowali opancerzone smoki, od razu poczuł na karku ciepło i
zrozumiał, że smoczyca za nim śledzi. Atakowała go od tyłu,
jednak dzięki długiemu płaszczowi, z czarnej smoczej skóry, był
choć odrobinę odporny na jej zaklęcia. Przeważnie jego
opancerzenie chroniło go przed ogniem, lecz tym razem czuł, że
magia jaka posługuje się Dragonella znacznie rożni się od
posługiwania się zwyczajnym, smoczym ogniem.
Wbiegł w ciemności
korytarza, a za nim zgodnie z jego planem wleciała smoczyca. W
wąskim tunelu nie miała szans aby dłużej się unosić, więc
wylądowała parę metrów od Willa.
- I co teraz? - rzucił
drwiąco w jej stronę.
Spodziewał się ujrzeć
na jej twarzy złość, że teraz jej uniki będą mniej skuteczne.
Lecz ku jego zdziwniu Smocza Królowa posłała mu uśmiech.
- Uważasz, że bez
moich skrzydeł jestem bezużyteczna – prychnęła – To się
jeszcze okaże.
Włożyła koniuszki
dwóch palcy do ust i gwizdnęła. Po chwili u jej boku znalazł się
jeden z trzech smoków które jej towarzyszyły. Zionął ogniem i
uderzył głową w jedną z kamiennych ścian, a potem w równoległą.
Po paru próbach kamieniste bloki zwaliły się, ciągnąc za sobą
całą konstrukcje korytarza. Willowi w porę udało się z niego
wybiec, unikając poważnych ran. Gdy mijał pojedyncze skały które
pod wpływem uderzenia smok rozrzucił na wszystkie strony,
skorzystał z zamieszania i przeciął mieczem błonę jednego ze
skrzydeł Dragonelli gdy ta umykała na bok. Nie była to poważna
rana, ledwie draśnięcie, lecz smoczyca wrzasnęła z bólu. Dla
Willa dźwięk ten był lepszy od muzyki. Jego trucizna zadziałała.
Oddalił się
kilkanaście metrów aby oglądać jak smoczyca umiera. Powinno to
nastąpić natychmiast, jednak Smocza Królowa mimo że zwijała się
z niewyobrażalnego bólu, wciąż stała podparta o jednego ze
swoich smoczych towarzyszy. Po chwili wsiadła na niego i wzbiła się
wraz z nim w powietrze. W ich ślady poszły inne smoki, które nie
odniosły prawie żadnych ran mimo że stoczyło z nimi walkę masa
żołnierzy. Sama Dragonella na pożegnanie rzuciła łowcy
spojrzenie pełne nienawiści, a Will zrozumiał że jeśli przeżyje
będzie chciała się na nim zemścić. Jedną z rzeczy jakich się
nauczył podczas bycia smoczym łowcą to, że są to niezwykle
mściwe stworzenia i bez względu na wszystko znajdą sposób aby się
zemścić.
Tak teraz on sam
wchodził na jej terytorium, mimo że wiedział, że Dargonella przy
pierwszej lepszej okazji z przyjemnością go zabije. I dobrze. Może
przynajmniej dzięki temu ich walka będzie odrobinę ciekawsza.
Pierwsza pieczara na
którą się natknął i do której prowadziła wydeptana nie wiadomo
przez kogo ścieżka, okazała się pusta. Sądząc po śladach
smoczych łap odciśniętych na piasecznym podłożu były świeże,
więc w duchu podziękował za swoje szczęście że nikogo nie
zastał.
Kolejna z jaskiń
imponowała wielkością, bez zwątpienia zmieściło by się w niej
kilkadziesiąt smoków. Zwisające zewsząd stalaktyty i stalagmity
przywodziły Willowi na myśli paszczę ogromnego potwora, najeżoną
ostrymi zębami. Im dalej się w nią zagłębiał, tym mniejsze
istniały szansę aby mógł z powrotem z niej wyjść cały i
zdrowy. Idąc przez nią kątem oka nagle w oddali dostrzegł
poruszający się w ciemnościach, opływowy kształt. Chwycił za
rękojeść miecza, lecz nie wyjmując go podszedł bliżej. Jego
oczom ukazał się w końcu smok o lśniących, srebrzystych łuskach.
Jego wydłużony pysk był cały skąpany we krwi a ciemne, mądre
oczy skupione na mięsie które leżało pod smoczymi łapami,
zakończonymi ostrymi niczym brzytwa pazurami. Gdy by na niego
zapolował dostał by za samą skórę przynajmniej pięć sztuk
złota. Westchnął na myśl, że koło nosa przejdzie mu taki okaz.
Odwrócił wzrok i korzystając z tego że monstrum go nie zauważyło,
pośpiesznie ruszył dalej.
Wkrótce z oddali
spostrzegł ognistą rzekę, płynącą wzdłuż jaskini. Zbliżył
się do niej. Ostatnia pieczara w której mogła znajdować się
Dragonella znajdowała się u źródła tej rzeki, a jedyną do niej
drogą był wąski przesmyk jeśli szło się jej wzdłuż. Nie
zważając na niewyobrażalne ciepło jakie promieniowało od
płynącej lawy, Will ruszył w kierunku miejsca gdzie wypływała ze
skały.
Po godzinie drogi
przystanął aby odpocząć. Oparty o skałę, w skupieniu spoglądał
na przepływającą powoli lawę w ognistej rzece. Jego myśli
krążyły nad wymyślaniem możliwych scenariuszy jego spotkania i
walki z Dragonellą. Miał nadzieje, że uda mu się ją zaskoczyć i
zranić zanim zorientuje się co się wokół niej dzieje. Z drugiej
strony już dawno mogła wiedzieć o jego obecności, a może już
nawet na niego czekała uzbrojona i w towarzystwie opancerzonych
smoków. Uśmiechnął się. Od paru lat i tak wiele nie miał do
stracenia. Krążył po kraju, wykonując pojedyncze zlecenia,
zaciągając długi i je spłacając. Od czasu do czasu odwiedzał
siostrę, lub wpadał na pogawędkę u Mary, która liczyła że
pewnego dnia okaże się dla niego kimś więcej niż przyjaciółką.
Gdy by tylko mógł wrócić do dawnych dni, które spędzał razem z
ukochaną. Gdy by tylko znów miał kogoś dla kogo mógłby walczyć,
kogoś dla kogo był kimś znacznie więcej niż tylko mordercą
smoków i nieudacznikiem który wiecznie tylko zawodzi.
Wstał ze swojego
miejsca, nie mogąc dłużej myśleć o swojej byłej dziewczynie.
Teraz nie mógł, musiał skupić się na zadaniu i zabić Smoczą
Królową. Zrobi to tylko i wyłącznie dla niej. Dla Caireen.
W końcu dotarł do celu
swojej podróży. Lawa wypływała ze skały, tworząc niewielki,
ognisty wodospad. Uważnie omiótł wzrokiem pieczarę i znacznie mu
ulżyło gdy jego oczom nie ukazał się żaden smok. Znacznie mu
ulżyło a jednocześnie zapłonęły w nim uczucia gniewu i
nienawiści kiedy w końcu ujrzał Smoczą Królową. Nie wierzył w
swoje szczęście, zupełnie jak by los chciał dać mu szansę aby w
końcu ostatecznie mógł się zemścić.
Ledwo udało mu się ją
zobaczyć. Siedziała na skale, skąpana światłem zachodzącego
słońca i w skupieniu podziwiała widok jaki rozprzestrzeniał się
u wylotu jaskini. Poniżej znajdowały się strome skały, więc
jedynym wejściem była albo mordercza droga przez pieczary w
niewyobrażalnym gorącu, albo wlecenie od góry. Idealne schronienie
przed ludźmi i łowcami którzy mogli by chcieć odebrać jej życie.
Musiał przyznać, że zdziwił się widząc ją siedzącą i po
prostu patrzącą w dal jak by była zwyczajnym człowiekiem.
Bardziej wyobrażał sobie, że będzie jak miniony przez niego smok
rozrywała swoją ofiarę, umazana cała we krwi. Taki widok
zdecydowanie dodał by mu motywacji aby ją uśmiercić.
Delikatnie postawił
krok i sięgnął po swój miecz. Zamierzał zaatakować ją z
zaskoczenia, lecz gdy wyjął swoją broń, jej głowa natychmiast
się odwróciła w jego kierunku. Widocznie nie było sposoby aby
oszukać niezwykle wyczulony, smoczy słuch jaki posiadała.
Zeszła ze skały i
zbliżyła się, nie spuszczając z niego wzroku. Wyszedł jej
naprzeciw. Teraz, stojąc znacznie bliżej mógł się w pełni
przyjrzeć. Całą skórę bez wyjątków pokrywały brązowe łuski,
które jedynie lekko rozjaśniały się na twarzy i klatce
piersiowej. Długie, bordowe włosy kaskadami opadały na ramiona i
plecy dziewczyny niczym aksamitny płaszcz. Długie, o rozpiętości
paru metrów skrzydła gotowe w każdej chwili wznieść w niebiosa
swoją właścicielkę. Długie palce, zakończone czarnymi szponami
i żarzące się toksyczną zielenią oczy drapieżnika, zdolne
przewidzieć każdy ruch swojej ofiary.
Urodzona morderczyni.
Prawdziwa maszyna do zabijania.
- A ty to kto? -
spytała. Jej głos wydawał się dziwnie melodyjny, zupełnie nie
pasował do okrutnej kreatury którą była.
Nie odpowiedział.
Ścisnął tylko mocniej rękojeść swojego miecza. Wyjął go ze
skórzanej pochwy, aby zadać cios. Zamachnął przed sobą broń,
jednak nie trafił.
- Ej! - krzyknęła
dziewczyna w porę robiąc unik.
Smoczyca odskoczyła w
bok, przez co chłopak trafił tylko w skałę. Ścisnął mocniej
broń aby ponownie zaszarżować. Wcześniej czy później będzie
musiał użyć magi, ale najpierw chciał trochę zmęczyć swoją
ofiarę. Po tym co zrobiły mu te potwory kochał rozkoszować się
widokiem ich cierpienia i powolnej śmierci. Zemsta. To ona uczyniła
go jednym z najlepszych łowców w kraju.
Zaskoczenie ze strony
półsmoczycy zniknęło i za pomocą zaklęć, z jej dłoni buchnął
płomień. Zacisnęła je w pięści i wykrzykując nazwę zaklęcia
ruszyła w stronę Willa, wyraźnie rozwścieczona. Chłopak zrobił
unik i zadał kolejny cios w stronę półsmoczycy, atakując jej
ramię. Dziewczyna w porę się schyliła i ominęła ataku wzbijając
się w powietrze. Podmuch wiatru który stworzyły jej skrzydła
gwałtowanie przygwoździł Willa do skalnej ściany. Jęknął z
bólu.
Zrozumiał, że w tej
walce będzie musiał używać magi, przeciwnika jakim była
Dragonella nie należało się lekceważyć. Różniła się znacznie
od smoków, one polegając na swojej sile nie robiły zgrabnych
uników, zresztą dziewczyna miała ludzki rozum i umiała
przewidzieć każdy jego ruch.
- Aknotrivium! -
wykrzyczał zaklęcie unosząc miecz do góry.
W jednej chwili jego
miecz pokrył się srebrzystym blaskiem i znacznie wydłużył. Czar
sprawiał że zadawane ciosy były szybsze a wojownik używający
broni mógł zadawać porażenia skacząc nawet dwa metry wzwyż.
Skierował wzrok na Dragonellę która z zaciśniętymi pięściami,
spowitymi żarzącym się ogniem spoglądała na Willa z góry, jak
by wręcz czekała aż chłopak użyje czaru który uniesie go do
góry.
- Już wymiękasz? -
zadrwiła.
Łowca chwycił miecz
dwoma rękami i z niesamowitą prędkością wzbił się do góry z
bojowym krzykiem napierając na smoczyce. Dziewczyna nie zamierzała
robić uniku, jej smoczy ogień i ostrze Willa skrzyżowały się
niczym dwa żelazne miecze.
W ten sposób rozpoczęła
się cała seria ciosów, jakie między sobą wymieniali będąc w
powietrzu. Will próbował jak za pierwszym razem zranić Dragonellę
w skrzydło, jednak okazało się to niemożliwe. Dziewczyna nie
dawała sobie popełnić drugi raz tego samego błędu i kiedy tylko
łowca próbował zranić ją w jedno z jej skrzydeł, natychmiast
robiła unik albo odparowywała jego atak, mimo że używał magii
szybkości.
Walka w powietrzu szybko
przyniosła Willowi zmęczenie. Chłopak zeskoczył z powrotem na
ziemię, szybko zmieniając czar swojego miecza na taki który dawał
mu podwojoną siłę. Dziewczyna była szybka, a jej ogniste ciosy
niesamowicie silne, jednak porywisty podmuch wiatru i zaklęcie
miecza powinny ją osłabić. Już nie raz tym sposobem pokonał
niejednego smoka.
Zdjął z głowy kaptur
i odgarnął na bok potargane czarne włosy. Nagle na twarzy
Dragonelli pojawiło się zdziwienie. Zdezorientowana przekrzywiła
na bok głowę i zmarszczyła brwi, a płomienie w jej oczach zgasły,
podobnie jak ogień którym płonęły zaciśnięte w pięści
dłonie.
- Czekaj – odparła –
Czy ja cię skądś znam?
Will nie zamierzał
odpowiadać. Zaatakował i powalił ciosem dziewczynę, która nie
spodziewała się że chłopak rzuci się na nią z mieczem, kiedy ta
w pokojowy sposób będzie chciała z nim porozmawiać.
- Ej! To nie
sprawiedliwe! - wyraziła swój sprzeciw.
Dragonella padła na
ziemie, uderzając głową o skałę. Obolała próbowała stanąć,
ale Will był szybszy i przyparł ją z powrotem do ściany. Z całej
siły nadepnął na skrzydło, aby mu nie uciekła i aby mógł zadać
ostateczny cios. Dziewczyna wrzasnęła z bólu, prawdopodobnie
podwojona siła czaru złamała skrzydło. Teraz mu w żaden sposób
nie ucieknie.
- A czy ty byłaś
sprawiedliwa zabijając tylu ludzi? Czy smoki była sprawiedliwe
kiedy zabiły moją dziewczynę? – krzyczał rozwścieczony biorąc
zamach ostrzem. Nie miała prawa mówić o sprawiedliwości. –
Zdychaj! Za Caireen!
Oczy smoczycy otworzyły
się nagle szerzej, ukazując bijącą od nich szmaragdową zieleń.
- Czekaj! - krzyknęła.
Mimowolnie mężczyzna
zatrzymał broń zaledwie parę centymetrów od piersi smoczycy gdzie
w szaleńczym tempie biło zimnokrwiste, pozbawione uczuć serce.
- Czego? - warknął.
- Ja znam jedną
Caireen!
- Jest wiele Caireen.
- Ale ja znam tą twoją!
Ona żyje.
- Łżesz! Zabiły ją
smoki!
Will wziął kolejny
zamach, ale tym razem smoczycy zgrabnie udało się go ominąć i
wydostała się spod przewagi swojego przeciwnika. Łowcy
zaimponowało to, że mimo miała złamane skrzydło które pewno
sprawiało jej niewiarygodny ból, potrafiła wyswobodzić się z
jego uścisku i uniknąć zadany cios.
- Negocjujmy! -
krzyknęła, odskakując w bok przed kolejnym atakiem Willa.
Dziewczyna nie
atakowała, swoją siłę jedynie skoncentrowała na odpieraniu
ciosów zadawanych przez śmiercionośny miecz.
- Niby o czym? -
prychnął.
- Ja mam coś co ty
chcesz a ty możesz mi coś załatwić co ja chce.
- Co niby mogę chcieć
od ciebie? - rzucił i po raz kolejny zaatakował.
Wyraźnie zmęczona
dziewczyna stworzyła ognisty mur który uniemożliwił Willowi
zbliżenie się do niej. W zasadzie było to nieskuteczne posunięcie,
ze względu na płaszcz łowcy wykonanego ze smoczej skóry, który
chronił go przed płomieniami.
- Ja mam twoją Caireen,
a ty masz znajomości na królewskim dworze, no nie?
- Kłamiesz! Niby skąd
znasz ją znasz? Niby skąd wiesz, że ją znałem?
- Bo powiedziała mi o
tobie, William.
Chłopak zamarł na
dźwięk słów smoczycy. Musiała kłamać. Caireen porwały smoki
cztery lata temu, a potem ją rozszarpały na strzępy. A mimo
wszystko nie mógł odciągnąć od siebie tej myśli, że jego
ukochana jakimś cudem przeżyła. Opuścił miecz i skierował swój
wzrok na dziewczynę. Skąd mogła znać jego imię?
- A niby skąd wiesz, że
mam znajomości na królewskim dworze?
Dragonella przewróciła
oczami i zgasiła ognisty mur, który trochę zagłuszał ich
rozmowy. Skierowała go na swoje zranione skrzydło, co zdziwiło
Willa. Widocznie dla Smoczej Królowej ogień miał właściwości
regeneracyjne.
- Znam twoją magię.
Widziałam cię kiedy raz byłam w królewskim zamku – mówiła
idąc powolnym krokiem – Na królewskim dworze nie pałętają się
raczej byle jacy łowcy. Broniłeś króla, musisz być jakimś
honorowym rycerzykiem czy czymś w tym rodzaju.
Will chciał zaprzeczyć,
nie miał zamiaru być spostrzegany jako oddany sługa króla czy
jako jego obrońca. Jedyną osobą jaką wtedy bronił była jego
siostra, dla której zrobił by wszystko. Był jednak ciekawy co
miała do powiedzenia, więc w milczeniu słuchał dalej, podparty o
jedną ze skał jaskini.
- Widzisz, mnie król
jakoś specjalnie nie chce słuchać – kontynuowała chodząc tam i
z powrotem otoczona płomieniami, od czasu do czasu rzucając okiem
na Willa – Co prawda trochę nerwowo przebiegają nasze spotkania,
więc zaczęłam tracić nadzieję, że się dogadam z tych upartym
osłem.
Chłopakowi ledwo udało
się powstrzymać uśmiech. To określenie pasowało do króla aż za
dobrze.
- A nie podoba mi się
to rozporządzenie jakie wprowadził ponad osiem lat temu o
eksterminacji smoków. Mając ciebie po swojej stronie nasze rozmowy
mogły by w końcu przynieść pozytywne skutki. Co ty na to?
- Co będę z tego miał?
- wypalił od razu czarnowłosy.
Półsmoczyca zatrzymała
się i wlepiła w niego parę zielonych ślepi.
- Mówiłam, że twoja
Caireen żyje. Jest w Dragon Village za Silver Mountain. Nikt poza
smokiem lub mną nie przejdzie żywy tej góry. Przyprowadzę ci ją
w zamian za moje udane negocjacje z królem. Umowa stoi?
- Coś kręcisz –
chłopak bez ogródek wyraził swoje zdanie na temat propozycji
Dragonelli. Nie wierzył i wciąż bardziej atrakcyjne wydawało mu
się jego zlecenie i obcięcie głowy smoczycy, zważając na to, że
miała złamane skrzydło.
Półsmoczyca w
odpowiedzi wzruszyła ramionami.
- Rozumiem, że mi nie
ufasz ale co masz do stracenia?
- Na przykład swoje
życie? Jestem łowcą a ty jakąś smoczą hybrydą.
Na dźwięk obelgi jaką
usłyszała Dragonella, jej oczy zapaliły się szmaragdowym,
zabójczym ogniem a z zaciśniętych pięści sypały się pojedyncze
iskry. Will już chciał chwycić za rękojeść swojego miecza,
gotów w każdej chwili ponownie stawić czoło swojej przeciwniczce,
gdy nagle ta wzięła głęboki oddech i wróciła do rozmowy.
- Uwierz mi, ta hybryda
jest twoją jedyną drogą do Caireen. To co, rycerzyku? Mamy umową
czy mam cię zabić?
Ostatnie zdanie
wypowiedziała przez zaciśnięte zęby, zupełnie nie żartowała.
Will rozważając propozycję Dragonelli odwrócił swój wzrok w
stronę przepaści, za rozprzestrzeniającymi się za nią lasami i
ledwie widocznymi osadami gdzie ludzie prowadzili spokojny tryb
życia. Rodząc się, zakochując, pracując, mając dzieci i
umierając w gronie najbliższych którzy ciepło ich wspominają. On
i Caireen prowadzili kiedyś podobne życie, choć on nie do końca
umiał to docenić więc ją stracił. Co noc zastanawiał się ile
by oddał aby móc choć jeszcze jeden raz ją ujrzeć. Całą i
zdrową, witającego go z uśmiechem na twarzy i błyskiem w oczach
które widziały w życiu tyle niedoli i ludzkiego cierpienia. Oddał
by życie aby móc dotknąć jej delikatnej, brzoskwiniowej skóry i
gładzić długie, kasztanowe włosy które czesała przed oknem
długimi godzinami, oczekując na jego powrót.
Nawet nie musiał myśleć
nad odpowiedzią. Wysunął do przodu otwartą dłoń i spojrzał
Dragonelli w oczy.
- Zgoda. Ty mi dajesz
Caireen, ja załatwiam ci pokojowe negocjacje z królem.
Z twarzy smoczycy w
jednej chwili zniknęła cała wrogość, a na ustach zagościł
lekki uśmiech. Wyciągnęła przed siebie dłoń pokrytą smoczymi
łuskami i uścisnęła nią dłoń Willa, zapoczątkowując podróż
która przyniosła znacznie więcej niż zakładała umowa...
Genialnie się zapowiada * . * razem z twoim talentem do pisarstwa to już w ogóle cudo :3 no i smoooki <3 czekam na kolejne części ^^
OdpowiedzUsuńDziękuje ^^ Bardzo mi miło ;D
UsuńNiby mówiłaś że długie ale nawet się nie skapnęłam jak dotarłam do końca... i wiesz trochę mi szkoda bo bardzo chętnie czytała bym to do wieczora :p wciągnęło mnie i już zaczęłam sobie snuć swoje teorie XD Czekam na więcej i weny życzę Pączusiu :*
OdpowiedzUsuńGenialne! Chyba dzięki Tobie przekonam się do czytania lektur XD ta opowieść jest przecudowana!!! Może długie ale bardzo ciekawe ^^
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń